♂♀ Dollhouse
♂♀ Dollhouse
Niech bóg Reita ma was w swojej opiece.
odwiedzin:
uoh, u got me hatin' on the club
środa, 28 października 2009 13:22:31Freja zostawała dziś po godzinach i szlag ją trafiał dość konkretny. Nadgodziny bowiem są boleśnie realne tylko do dnia wypłaty, kiedy to wsiąkają w papier bez śladu i człowiek zostaje z paskiem starannie przepisanego rozliczenia, niezadowolony i świadomy, że nie ma żadnego dowodu na potwierdzenie niegdysiejszych nadgodzin. Zgodnie z regulaminem, liczą się tylko wtedy, gdy przełożony wyraźnie i na piśmie każe ci zostać dłużej. Żadna świnia nie bedzie dość głupia, żeby coś podobnego napisać. Zresztą czasem nawet nie musi nic mówić.
Freja kończyła więc swoją robotę, w stanie prawnym wskazującym na własną, nieprzymuszoną wolę. Przekopała się przez stos faktur i dotarła do zapomnianej poczty, którą należało otworzyć i starannie odnotować w Książce Poczty, następnie porozkładać do odpowiednich [albo i nie] segregatorów i zapomnieć.
Sięgnęła po sztylet. To jest po nóż od poczty, pardon. Zwykle tkwił wsunięty ostrzem w szczelinę między naszymi biurkami.
Ręka Freji przecięła powietrze. Zaabsorbowana odcyfrowywaniem adresu i wpisywaniem go do Książki, spróbowała namacać sztylet palcami. Może się przesunął? Skończyła wpisywać adres i dopiero wtedy rozejrzała się, zirytowana, za pożądanym narzędziem. Nigdzie go nie było. W szczelinie, w stojaku na ołówki, w moim zachachmęconym z magazynu ordnerze prezesa, w szufladach, wreszcie pod papierzyskami i pod biurkiem - sztyletu brak.
Freja usiadła na moim krześle, zapatrzyła się bezmyślnie w ścianę, z kopertą w jednej ręce, piórem w drugiej. Udzielił ej się typowy, biurowy absent, który dopada każdego w podobnych miejscach pracy. Po jakimś kwadransie uświadomiła sobie, że traci przecież czas, wygląda na upośledzoną, w dodatku może przecież rozerwać tę piekielną kopertę!
Rozerwała papier cokolwiek zbyt energicznie, uszkadzając dokument w środku. Zaklęła. Gdzież podział się ten nóż do poczty?! Obecnie pragnęła go jeszcze bardziej, oczyma duszy oglądając skrwawione zwłoki Świni, z rzeczonym narzędziem w oku.
Gdzieś w gabinecie dyrektora rozdzwonił się telefon.
Nieświadoma przygód mojego biurkowego noża, kopałam Rukisława pod stołem. Byłam wściekła, nie bardzo uczesana, w porannym makijażu, but mnie obdzierał żywcem ze skóry, a ten kretyn zatargał mnie do Stokrotki. To jest - lokal miał chyba jakiś tam inny szyld, ale kiedyś, wieki temu, było tu coś o nazwie "Stokrotka" i ta nazwa przylgnęła na mur. Całe miasto latało do klubu o zupełnie idiotycznej nazwie, na nic nie patrząc. Dla mnie mogłaby być nawet pelargonia, co za różnica, tylko nie w takim stanie! Obawiałam się wejść do łazienki, mają tam takie wielkie lustra... Słodka Mamono!
Ale czemu nie mogło być gorzej?
- Maruko! - Coś małego pod barem darło się, skakało i machało na mnie.
Czy to międzynarodowy Dzień Trudnych Spotkań?!
- Chyba lepiej do niej zejdę - oznajmiłam z desperacją. Przeklęta Ichigo była gotowa robić wiochę zawsze i wszędzie, jeśli uznała, że ktoś ją ignoruje. Nie przestałaby się drzeć do wiosny.
Zabrałam swojego drinka i zeszłam z balkonu na dół, gdzie najpierw oberwałam z łokcia za zwłokę.
- Ty, co ty sobie myślisz? - ofuknęło mnie małe coś. - Najpierw nie odzywasz sie latami, a teraz tak sobie przychodzisz?!
Wytrzeszczyłam na nią gały. Typowe dla Ichigo - jak gdzieś się znajdzie, to już jest u siebie, nawet w publicznej toalecie.
- JA się nie odzywałam? Czy mi się wydaje, czy tylko przestałam chodzić do Stokrotki? Jak ci było żal, mogłaś mnie odwiedzić. Wiesz, gdzie mieszkam.
- Słyszałam, że nas obgadujesz!
Przewróciłam oczami. Kogo ja nie obgaduję, kobieto!
- No cóż. Siebie też nie oszczędzam - mruknęłam. I wybrałam niewłaściwy moment na wypicie drinka, bo Ichigo przeszła nagle od pretensji do rewelacji:
- 4ge sie żeni! - I, jak to się pisze w blogach, nastapił *PIIISK* - Niezłe, co?
Zakrztusiłam się. Jeszcze chwila, a naplułabym sobie na buty.
- I co mnie to niby obchodzi?! - wydarłam się, kiedy już przyszłam do siebie. W Stokrotce jak zykle panował gwar, ale już kilka osób przyglądało nam się z uwagą.
- Jak to co? Przecież to jest przestępstwo. Znaczy mieć drugą żonę.
- A miał pierwszą? - zdziwiłam się.
I zajarzyłam. Chciałam się uderzyć dłonią w czoło i byłabym sobie rozbiła szklankę na głowie, zresztą należało mi się. Ochlapałam kogoś, ale chwilowo nie zwróciłam na to uwagi.
- Lebiodo ty, kto ci takiego badziewia nawciskał?! - Miotałam się i wywijałam tą szklanką na wszystkie strony. - Taki on mój mąż, jak ja twoja matka! A wtedy to... - Rozejrzałam się i ściszyłam głos. - Wtedy to był kit, żeby spławić kogoś całkiem innego. Skończcie opowiadać te bzdury, na litość...
Urwałam, spojrzałam ze zdziwieniem na własną rękę, którą ktoś chwycił i unieruchomił w powietrzu; dalej na cokolwiek wkurzonego Uruhę. Kremowy drink skapywał mu z twarzy.
- Och... - powiedziałam przygłupio - Dobry wieczór...?
Telefon zadzwonił drugi raz. Mana, prawdziwa przodowniczka pracy, gryzmoliła coś jeszcze w kalendarzu spotkań i zirytowała się trochę. Co za impertynencja, wydzwaniać do Gabinetu o takiej porze...
Tak. Mana była właśnie taką sobą, która używa... Używałaby takich słów, jak "impertynencja", gdyby raczyła zaszczycić rodzaj ludzki swoim głosem.
Wstała zza biurka bez pośpiechu i otworzyła drzwi gabinetu bez pukania - dyrektor wyszedł dwie godziny temu.
Telefon wciąż dzwonił, a Mana trwała w bezruchu. Po czym powoli zamknęła drzwi, wróciła do biurka i usiadła za nim. Przez kilka sekund patrzyła przed siebie z dziwnym wyrazem twarzy. Już samo to, że na tej twarzy pojawił się jakiś wyraz, było niecodziennym zjawiskiem.
Mana sięgnęła po własny telefon i wybrała prywatny numer Sanaki.
Stayed at home like a good girls do
But tonight baby you got me sad and blue
Now you got me like whoahhhhhhhh
You got me hatin' on the club
Jako absolwentka szkoły o profilu cokolwiek gastronomicznym, dobrze wiem, jak to jest oberwać lepiącym, spożywczym świństwem po fryzurze. Jak żywa stanęła mi przed oczyma nasza droga Magdalena, gdy podczas zajęć z technologii wywaliłam jej na włosy kubek gęstej, tłustej śmietany. W odwecie za wysmarowanie mnie masłem. O! Rany kota, naprawdę biegaliśmy wtedy po sali i rzucaliśmy się torebkami po herbacie...?!
*trauma*
Ehm. W każdym razie w przypadku odseparowania od własnej łazienki i szamponu, zostaje jedna sprawdzona metoda. Trzeba wypożyczyć płyn do mycia naczyń i wsadzić łeb pod kran. Po takiej kuracji trudno liczyć na połysk, chociaż śmiem twierdzić, że nie każdy szampon tak znowu różni się od płynu do naczyń. No dobra, może nie ma cytrynowego zapachu.
- Przykro mi, ale to nie zejdzie - oznajmiłam ponuro, przyglądając się koszuli pod światło. Uruha mył obok głowę pod kranem i odpowiedział do umywalki coś, czego zapewne wolałabym nie cytować w szanującym się blogu. Byłam na tyle uczynna, że spróbowałam przeprać koszulę, ale nie dało to większych efektów poza tym, że stała się strasznie mokra i sponiewierana. Może postarałabym się bardziej, ale zostałam uprzednio zmuszona do odwiedzenia męskiej toalety i ten fakt usposobił mnie nieprzychylnie do poszkodowanego. Z dwojga złego lepiej ja u nich, niż on u nas, akurat!
- A w ogóle to kto zdechł i uczynił cię bogatym? - zapytałam z odrazą. Dobrze wiem, że koleś jest spłukany na równi ze mną. Skąd się wziął w takim lokalu?
- Pamiętasz te czerwone z oderwanym fleczkiem?
Buty. moje szpilki, jasne, ze pamiętam. Od pół roku mam zanieść je do szewca... Chwila moment...
- Co z nimi? - spytałam podejrzliwie.
- Sprzedałem je.
- Chyba kpisz?!
- Wisiałaś mi forsę.
- Ale nie buty!!! Nie teee! - Foch z przytupem. - Masz pojęcie, ile kosztowały?!
- A owszem, teraz już mam - Wykręcał wodę z włosów, wyraźnie zadowolony z siebie. O! Świecie, świecie!
- Ty świnio! To były jedyne czerwone! Nie mam już czerwonych butów!
- No popatrz, jak ty teraz bedziesz żyć?
A to bydle! Przejechałabym mu po plecach mokrym łachem, ale mieliśmy zbyt liczne audytorium. Po łazience wałęsało się stado facetów, ja stałam bezczelnie pośrodku i mijali mnie z wyraźnym zakłopotaniem. Tradycyjnie wzbudzałam sensację, ale wcale nie w taki sposób, żeby się tym cieszyć. Gdzieś pod drzwiami tkwił Ruki i wodził ponurym spojrzeniem ode mnie do Uruhy i z powrotem. Co ja takiego w sobie mam, że pobudzam ludzi do wysnuwania absolutnie idiotycznych wniosków? Uruha au naturel jest straszliwym paszczurem, ja jeszcze gorszym i obydwoje wiemy o tym doskonale. Wskutek biurokratycznej pomyłki wynajęto nam to samo zrujnowane mieszkanie i tak tkwiliśmy razem pod jednym dachem, bez większych szans na wyjaśnienie sprawy z Urzędem. Z czasem weszło nam to w nawyk i tylko osoby postronne miały skłonność do wytrzeszczania ślepi, zadawania głupich pytań i, oczywiście - wysnuwania absolutnie idiotycznych wniosków.
- Nie chcę się naprzykrzać, ale może zechciałabyś już wyjść? - zapytał Ruki głosem podejrzanie uprzejmym.
- Ach... - Przypomniałam sobie, kto płaci rachunek. - Już, e... Za moment.
Zwróciłam mokrą koszulę, jak skończona kretynka powiedziałam "do widzenia" do obecnych facetów i wyszłam na korytarz, trzaskając obcasami. Jak na złość, prawy pantofel zaczął mnie żreć jeszcze bardziej, co ostatecznie wytrąciło mnie z równowagi.
- Twój przyjaciel?
- Co? Ach, nie! - Wspinałam się po schodach, marząc o zdjęciu pantofla i mój talent do kłamliwych wyjaśnień zdechł nagle. - Zawsze myślę o nim jak o swoim wrogu. To, rozumiesz, stawia mnie w bardzo upierdliwej sytuacji.
- Zdradza cię?
- Nie, ale wyżera moje słodycze. Strasznie tego nie lubię.
- To rzeczywiście przykre.
- O tak, szczególnie kiedy... - Odwróciłam się. Rukisław miał naprawdę nieodgadniony wyraz twarzy, ale mnie już zaczynały wracać zagubione resztki rozumu. - Co? Znaczy... Nie bądź kretynem, ten facet to zgroza, szczególnie jak wstanie z łóżka.
- Ty to wiesz najlepiej.
- SWOJEGO łóżka, wbij to sobie do głowy! W normalnych warunkach nie tknęłabym TEGO kilometrowym kijem!
"I ciebie też", pomyślałam. "Ale czy ja w ogóle w życiu doczekam się normalnych warunków?!"
Reszta wieczoru upłynęła pod znakiem sprawozdania z domowego pola bitwy. Uskarżanie się na los zawsze poprawia mi nastrój, więc wracałam do domu zadowolona jak świnia i przez myśl mi nie przeszło, że to preludium przed prawdziwym koszmarem. Zaledwie na ulicy rozstałam się z Rukisławem [a trzeba przyznać, że odsyłanie go do diabła jest cokolwiek trudnym zadaniem], zaledwie odwróciłam się do bramy, w której znowu ktoś wykręcił żarówki z lamp, zaledwie pomyślałam, że to jednak nie był najgorszy dzień w moim życiu...
Na piętrze otwarło się okno mojego własnego pokoju i wyjrzał przez nie Uruha. Włosy miał w tak cudownym nieładzie, że prawie kwiknęłam z czystej złośliwosci. Wyglądał też na kogoś, kto przez pewien czas czaił się, by zrzucić mnie ze schodów, ale w końcu się znudził.
- Czyś ty zwariowała?!!
Wytrzeszczyłam ślepia, zdumiona tak oryginalnym powitaniem.
- Lata temu - przyznałam się. - A co?
- Policja cię szuka! Jakaś histeryczka z twojego biura wydzwania tu co minutę, zamordowałaś kogoś?!
- Nie, ja jeszcze nie - odpowiedziałam dość niejasno, ogłuszona rewelacjami.
- Właź na górę! Jak znowu zadzwoni ten telefon, albo sama go odbierzesz, albo go rozwalę!
Uruha w przypływie furii ma brzydki zwyczaj dotrzymywania słowa, więc z samego przywiązania do telefonu wbiegłam po schodach bardzo szybko. Byłam przekonana, że prawy but wyżarł mi stopę do kości. Drzwi zostawiłam otwarte, rzuciłam torbę na oślep i na jednej nodze doskakałam do aparatu. Rzeczywiście dzwonił jak szalony.
- Maruk - rzuciłam do słuchawki i zaraz pożałowałam, że przyłożyłam ją do ucha.
- KRETYNKO! - wrzasnęła Freja. Wiedziałam, że śpiewa w chórku i w ogóle ma wysoki głos, ale tym razem dała radę mnie zaskoczyć. Nieomal upuściłam słuchawkę i potrząsnęłam głową. Jak dobrze, że jestem odrobinę głucha na lewe ucho, przez prawe mogłam sobie uszkodzić resztki mózgu. Freja histeryzowała już w najlepsze.
- Dlaczego dźgałaś tego faceta?!! Zwariowałaś! Nie wypuszczą mnie do rana!!! DLACZEGO JAKIŚ IDIOTA ODBIERA TWÓJ TELEFON?!!
- Idiota tu mieszka - wyjaśniłam ponuro. - I nikogo nie dźgałam, ale to sie da jeszcze nadrobić.
- NIE ZABIJAJ WIĘCEJ LUDZI!!! Przyjeżdżaj!
- Uspokój się.
- ...i co on ci zrobił?! Wredny był i w ogóle, ale bądźże człowiekiem i dlaczego sztyletem, idiotko, a Mana wpadła w histerię i rzucała teczkami, a Sanaka... a on...
- Freejaa...?
- ...skończona idiotko, nie mogłaś go dźgać jak sama zostałaś po godzinach, co ja będe teraz za ciebie robotę wykonywać, ty się dasz powiesić, a ja tu zostanę i jeszcze Świnia się pyta, co on ci takiego zrobił, żeby go tak dźgać cztery razy, no wiesz...
- NA LITOŚĆ BOSKĄ, CO TY BREDZISZ?!!
- Jeszcze się mnie pytasz, Gackta zadźgałaś nożem do poczty, całkiem zwariowałaś?!!
Freja zatkała się na moment, musiała odsapnąć, a ja aż usiadłam. Ktoś tu cierpiał na paranoję i to nie byłam ja. Ochłonęłam trochę i postanowiłam zastosować metodę krótkich, rzeczowych pytań.
- Freja, jesteś w biurze?
- Tak.
- Gackt nie żyje?
- Tak!
- Sanaka zatrzymał wszystkich do przesłuchania?
- Tak.
- A to cham.
- Tak!
- No dobrze, a dlaczego uważasz, że to JA zasztyletowałam Gacia?
- Jakoś tak... sobie pomyślałam.
Zapadła krępująca cisza.
- Tak sobie pomyślałaś...? - spytałam bardzo, ale to bardzo uprzejmie.
- No...
- I zapewne... Tak zupełnie przypadkiem powiedziałaś o tym Sanace?
- Chyba... ee... Chyba to powiedziałam.
- Sanace? - upewniłam się.
- Nie, tak ogólnie... jakoś...
Czyli darła mordę na pół miasta, że to ja jestem mordercą. Bajecznie.
- Ty skończona idiotko, to nie ja!
- Nie ty?
- NIE! To znaczy, owszem, nie cierpię gada... Nie cierpiałam. No i używam noża do poczty, ale DO POCZTY, ty głąbie! Kompletnie ci odbiło!
- Ale wiesz, ty zawsze latasz z tym nożem i w ogóle... Mówiłaś różne głupie rzeczy. I masz taką czwórkową obsesję. Ja... Ja straciłam trochę głowę.
- Zauważyłam jakby - wycedziłam przez zęby i rozważyłam sytuację. Nie przedstawiała się kolorowo.
- Będę tam za pół godziny - rzuciłam do słuchawki i odłożyłam ją na widełki. Jasna... Jasssna... Gackt zajmował drugie miejsce mojej Listy. Planowałam go zamordować, ale nie teraz, nie TAK! Miałam plan, porządnie ułożony, pewny, gotowy do realizacji. Ale w odpowiedniej kolejności, bez pośpiechu... Co za jakieś bydle weszło mi w drogę, zaszlachtowało moją ofiarę i to w sposób, który... rzuca... podejrzenia na mnie.
Siedziałam bez ruchu, patrząc nieprzytomnie gdzieś przed siebie. To, co zobaczyłam oczyma wyobraźni nadzwyczajnie przypominało szubienicę.
- O losie...
Uruha ciekawie wyjrzał z kuchni.
- I co? Zabili kogoś?
Odwróciłam się do niego bardzo powoli i bardzo musiałam źle wyglądać, bo aż się cofnął.
- Przynieś mi zielone buty - powiedziałam głosem, którego sama bym się wystraszyła w ciemnym zaułku. - I radzę ci - zrób to szybko i bez gadania.

Agatha się przewraca w grobie, ale cóż zrobić. Mózg nie ten, talentu też jakby brak.
Freja kończyła więc swoją robotę, w stanie prawnym wskazującym na własną, nieprzymuszoną wolę. Przekopała się przez stos faktur i dotarła do zapomnianej poczty, którą należało otworzyć i starannie odnotować w Książce Poczty, następnie porozkładać do odpowiednich [albo i nie] segregatorów i zapomnieć.
Sięgnęła po sztylet. To jest po nóż od poczty, pardon. Zwykle tkwił wsunięty ostrzem w szczelinę między naszymi biurkami.
Ręka Freji przecięła powietrze. Zaabsorbowana odcyfrowywaniem adresu i wpisywaniem go do Książki, spróbowała namacać sztylet palcami. Może się przesunął? Skończyła wpisywać adres i dopiero wtedy rozejrzała się, zirytowana, za pożądanym narzędziem. Nigdzie go nie było. W szczelinie, w stojaku na ołówki, w moim zachachmęconym z magazynu ordnerze prezesa, w szufladach, wreszcie pod papierzyskami i pod biurkiem - sztyletu brak.
Freja usiadła na moim krześle, zapatrzyła się bezmyślnie w ścianę, z kopertą w jednej ręce, piórem w drugiej. Udzielił ej się typowy, biurowy absent, który dopada każdego w podobnych miejscach pracy. Po jakimś kwadransie uświadomiła sobie, że traci przecież czas, wygląda na upośledzoną, w dodatku może przecież rozerwać tę piekielną kopertę!
Rozerwała papier cokolwiek zbyt energicznie, uszkadzając dokument w środku. Zaklęła. Gdzież podział się ten nóż do poczty?! Obecnie pragnęła go jeszcze bardziej, oczyma duszy oglądając skrwawione zwłoki Świni, z rzeczonym narzędziem w oku.
Gdzieś w gabinecie dyrektora rozdzwonił się telefon.
Nieświadoma przygód mojego biurkowego noża, kopałam Rukisława pod stołem. Byłam wściekła, nie bardzo uczesana, w porannym makijażu, but mnie obdzierał żywcem ze skóry, a ten kretyn zatargał mnie do Stokrotki. To jest - lokal miał chyba jakiś tam inny szyld, ale kiedyś, wieki temu, było tu coś o nazwie "Stokrotka" i ta nazwa przylgnęła na mur. Całe miasto latało do klubu o zupełnie idiotycznej nazwie, na nic nie patrząc. Dla mnie mogłaby być nawet pelargonia, co za różnica, tylko nie w takim stanie! Obawiałam się wejść do łazienki, mają tam takie wielkie lustra... Słodka Mamono!
Ale czemu nie mogło być gorzej?
- Maruko! - Coś małego pod barem darło się, skakało i machało na mnie.
Czy to międzynarodowy Dzień Trudnych Spotkań?!
- Chyba lepiej do niej zejdę - oznajmiłam z desperacją. Przeklęta Ichigo była gotowa robić wiochę zawsze i wszędzie, jeśli uznała, że ktoś ją ignoruje. Nie przestałaby się drzeć do wiosny.
Zabrałam swojego drinka i zeszłam z balkonu na dół, gdzie najpierw oberwałam z łokcia za zwłokę.
- Ty, co ty sobie myślisz? - ofuknęło mnie małe coś. - Najpierw nie odzywasz sie latami, a teraz tak sobie przychodzisz?!
Wytrzeszczyłam na nią gały. Typowe dla Ichigo - jak gdzieś się znajdzie, to już jest u siebie, nawet w publicznej toalecie.
- JA się nie odzywałam? Czy mi się wydaje, czy tylko przestałam chodzić do Stokrotki? Jak ci było żal, mogłaś mnie odwiedzić. Wiesz, gdzie mieszkam.
- Słyszałam, że nas obgadujesz!
Przewróciłam oczami. Kogo ja nie obgaduję, kobieto!
- No cóż. Siebie też nie oszczędzam - mruknęłam. I wybrałam niewłaściwy moment na wypicie drinka, bo Ichigo przeszła nagle od pretensji do rewelacji:
- 4ge sie żeni! - I, jak to się pisze w blogach, nastapił *PIIISK* - Niezłe, co?
Zakrztusiłam się. Jeszcze chwila, a naplułabym sobie na buty.
- I co mnie to niby obchodzi?! - wydarłam się, kiedy już przyszłam do siebie. W Stokrotce jak zykle panował gwar, ale już kilka osób przyglądało nam się z uwagą.
- Jak to co? Przecież to jest przestępstwo. Znaczy mieć drugą żonę.
- A miał pierwszą? - zdziwiłam się.
I zajarzyłam. Chciałam się uderzyć dłonią w czoło i byłabym sobie rozbiła szklankę na głowie, zresztą należało mi się. Ochlapałam kogoś, ale chwilowo nie zwróciłam na to uwagi.
- Lebiodo ty, kto ci takiego badziewia nawciskał?! - Miotałam się i wywijałam tą szklanką na wszystkie strony. - Taki on mój mąż, jak ja twoja matka! A wtedy to... - Rozejrzałam się i ściszyłam głos. - Wtedy to był kit, żeby spławić kogoś całkiem innego. Skończcie opowiadać te bzdury, na litość...
Urwałam, spojrzałam ze zdziwieniem na własną rękę, którą ktoś chwycił i unieruchomił w powietrzu; dalej na cokolwiek wkurzonego Uruhę. Kremowy drink skapywał mu z twarzy.
- Och... - powiedziałam przygłupio - Dobry wieczór...?
Telefon zadzwonił drugi raz. Mana, prawdziwa przodowniczka pracy, gryzmoliła coś jeszcze w kalendarzu spotkań i zirytowała się trochę. Co za impertynencja, wydzwaniać do Gabinetu o takiej porze...
Tak. Mana była właśnie taką sobą, która używa... Używałaby takich słów, jak "impertynencja", gdyby raczyła zaszczycić rodzaj ludzki swoim głosem.
Wstała zza biurka bez pośpiechu i otworzyła drzwi gabinetu bez pukania - dyrektor wyszedł dwie godziny temu.
Telefon wciąż dzwonił, a Mana trwała w bezruchu. Po czym powoli zamknęła drzwi, wróciła do biurka i usiadła za nim. Przez kilka sekund patrzyła przed siebie z dziwnym wyrazem twarzy. Już samo to, że na tej twarzy pojawił się jakiś wyraz, było niecodziennym zjawiskiem.
Mana sięgnęła po własny telefon i wybrała prywatny numer Sanaki.
Stayed at home like a good girls do
But tonight baby you got me sad and blue
Now you got me like whoahhhhhhhh
You got me hatin' on the club
Jako absolwentka szkoły o profilu cokolwiek gastronomicznym, dobrze wiem, jak to jest oberwać lepiącym, spożywczym świństwem po fryzurze. Jak żywa stanęła mi przed oczyma nasza droga Magdalena, gdy podczas zajęć z technologii wywaliłam jej na włosy kubek gęstej, tłustej śmietany. W odwecie za wysmarowanie mnie masłem. O! Rany kota, naprawdę biegaliśmy wtedy po sali i rzucaliśmy się torebkami po herbacie...?!
*trauma*
Ehm. W każdym razie w przypadku odseparowania od własnej łazienki i szamponu, zostaje jedna sprawdzona metoda. Trzeba wypożyczyć płyn do mycia naczyń i wsadzić łeb pod kran. Po takiej kuracji trudno liczyć na połysk, chociaż śmiem twierdzić, że nie każdy szampon tak znowu różni się od płynu do naczyń. No dobra, może nie ma cytrynowego zapachu.
- Przykro mi, ale to nie zejdzie - oznajmiłam ponuro, przyglądając się koszuli pod światło. Uruha mył obok głowę pod kranem i odpowiedział do umywalki coś, czego zapewne wolałabym nie cytować w szanującym się blogu. Byłam na tyle uczynna, że spróbowałam przeprać koszulę, ale nie dało to większych efektów poza tym, że stała się strasznie mokra i sponiewierana. Może postarałabym się bardziej, ale zostałam uprzednio zmuszona do odwiedzenia męskiej toalety i ten fakt usposobił mnie nieprzychylnie do poszkodowanego. Z dwojga złego lepiej ja u nich, niż on u nas, akurat!
- A w ogóle to kto zdechł i uczynił cię bogatym? - zapytałam z odrazą. Dobrze wiem, że koleś jest spłukany na równi ze mną. Skąd się wziął w takim lokalu?
- Pamiętasz te czerwone z oderwanym fleczkiem?
Buty. moje szpilki, jasne, ze pamiętam. Od pół roku mam zanieść je do szewca... Chwila moment...
- Co z nimi? - spytałam podejrzliwie.
- Sprzedałem je.
- Chyba kpisz?!
- Wisiałaś mi forsę.
- Ale nie buty!!! Nie teee! - Foch z przytupem. - Masz pojęcie, ile kosztowały?!
- A owszem, teraz już mam - Wykręcał wodę z włosów, wyraźnie zadowolony z siebie. O! Świecie, świecie!
- Ty świnio! To były jedyne czerwone! Nie mam już czerwonych butów!
- No popatrz, jak ty teraz bedziesz żyć?
A to bydle! Przejechałabym mu po plecach mokrym łachem, ale mieliśmy zbyt liczne audytorium. Po łazience wałęsało się stado facetów, ja stałam bezczelnie pośrodku i mijali mnie z wyraźnym zakłopotaniem. Tradycyjnie wzbudzałam sensację, ale wcale nie w taki sposób, żeby się tym cieszyć. Gdzieś pod drzwiami tkwił Ruki i wodził ponurym spojrzeniem ode mnie do Uruhy i z powrotem. Co ja takiego w sobie mam, że pobudzam ludzi do wysnuwania absolutnie idiotycznych wniosków? Uruha au naturel jest straszliwym paszczurem, ja jeszcze gorszym i obydwoje wiemy o tym doskonale. Wskutek biurokratycznej pomyłki wynajęto nam to samo zrujnowane mieszkanie i tak tkwiliśmy razem pod jednym dachem, bez większych szans na wyjaśnienie sprawy z Urzędem. Z czasem weszło nam to w nawyk i tylko osoby postronne miały skłonność do wytrzeszczania ślepi, zadawania głupich pytań i, oczywiście - wysnuwania absolutnie idiotycznych wniosków.
- Nie chcę się naprzykrzać, ale może zechciałabyś już wyjść? - zapytał Ruki głosem podejrzanie uprzejmym.
- Ach... - Przypomniałam sobie, kto płaci rachunek. - Już, e... Za moment.
Zwróciłam mokrą koszulę, jak skończona kretynka powiedziałam "do widzenia" do obecnych facetów i wyszłam na korytarz, trzaskając obcasami. Jak na złość, prawy pantofel zaczął mnie żreć jeszcze bardziej, co ostatecznie wytrąciło mnie z równowagi.
- Twój przyjaciel?
- Co? Ach, nie! - Wspinałam się po schodach, marząc o zdjęciu pantofla i mój talent do kłamliwych wyjaśnień zdechł nagle. - Zawsze myślę o nim jak o swoim wrogu. To, rozumiesz, stawia mnie w bardzo upierdliwej sytuacji.
- Zdradza cię?
- Nie, ale wyżera moje słodycze. Strasznie tego nie lubię.
- To rzeczywiście przykre.
- O tak, szczególnie kiedy... - Odwróciłam się. Rukisław miał naprawdę nieodgadniony wyraz twarzy, ale mnie już zaczynały wracać zagubione resztki rozumu. - Co? Znaczy... Nie bądź kretynem, ten facet to zgroza, szczególnie jak wstanie z łóżka.
- Ty to wiesz najlepiej.
- SWOJEGO łóżka, wbij to sobie do głowy! W normalnych warunkach nie tknęłabym TEGO kilometrowym kijem!
"I ciebie też", pomyślałam. "Ale czy ja w ogóle w życiu doczekam się normalnych warunków?!"
Reszta wieczoru upłynęła pod znakiem sprawozdania z domowego pola bitwy. Uskarżanie się na los zawsze poprawia mi nastrój, więc wracałam do domu zadowolona jak świnia i przez myśl mi nie przeszło, że to preludium przed prawdziwym koszmarem. Zaledwie na ulicy rozstałam się z Rukisławem [a trzeba przyznać, że odsyłanie go do diabła jest cokolwiek trudnym zadaniem], zaledwie odwróciłam się do bramy, w której znowu ktoś wykręcił żarówki z lamp, zaledwie pomyślałam, że to jednak nie był najgorszy dzień w moim życiu...
Na piętrze otwarło się okno mojego własnego pokoju i wyjrzał przez nie Uruha. Włosy miał w tak cudownym nieładzie, że prawie kwiknęłam z czystej złośliwosci. Wyglądał też na kogoś, kto przez pewien czas czaił się, by zrzucić mnie ze schodów, ale w końcu się znudził.
- Czyś ty zwariowała?!!
Wytrzeszczyłam ślepia, zdumiona tak oryginalnym powitaniem.
- Lata temu - przyznałam się. - A co?
- Policja cię szuka! Jakaś histeryczka z twojego biura wydzwania tu co minutę, zamordowałaś kogoś?!
- Nie, ja jeszcze nie - odpowiedziałam dość niejasno, ogłuszona rewelacjami.
- Właź na górę! Jak znowu zadzwoni ten telefon, albo sama go odbierzesz, albo go rozwalę!
Uruha w przypływie furii ma brzydki zwyczaj dotrzymywania słowa, więc z samego przywiązania do telefonu wbiegłam po schodach bardzo szybko. Byłam przekonana, że prawy but wyżarł mi stopę do kości. Drzwi zostawiłam otwarte, rzuciłam torbę na oślep i na jednej nodze doskakałam do aparatu. Rzeczywiście dzwonił jak szalony.
- Maruk - rzuciłam do słuchawki i zaraz pożałowałam, że przyłożyłam ją do ucha.
- KRETYNKO! - wrzasnęła Freja. Wiedziałam, że śpiewa w chórku i w ogóle ma wysoki głos, ale tym razem dała radę mnie zaskoczyć. Nieomal upuściłam słuchawkę i potrząsnęłam głową. Jak dobrze, że jestem odrobinę głucha na lewe ucho, przez prawe mogłam sobie uszkodzić resztki mózgu. Freja histeryzowała już w najlepsze.
- Dlaczego dźgałaś tego faceta?!! Zwariowałaś! Nie wypuszczą mnie do rana!!! DLACZEGO JAKIŚ IDIOTA ODBIERA TWÓJ TELEFON?!!
- Idiota tu mieszka - wyjaśniłam ponuro. - I nikogo nie dźgałam, ale to sie da jeszcze nadrobić.
- NIE ZABIJAJ WIĘCEJ LUDZI!!! Przyjeżdżaj!
- Uspokój się.
- ...i co on ci zrobił?! Wredny był i w ogóle, ale bądźże człowiekiem i dlaczego sztyletem, idiotko, a Mana wpadła w histerię i rzucała teczkami, a Sanaka... a on...
- Freejaa...?
- ...skończona idiotko, nie mogłaś go dźgać jak sama zostałaś po godzinach, co ja będe teraz za ciebie robotę wykonywać, ty się dasz powiesić, a ja tu zostanę i jeszcze Świnia się pyta, co on ci takiego zrobił, żeby go tak dźgać cztery razy, no wiesz...
- NA LITOŚĆ BOSKĄ, CO TY BREDZISZ?!!
- Jeszcze się mnie pytasz, Gackta zadźgałaś nożem do poczty, całkiem zwariowałaś?!!
Freja zatkała się na moment, musiała odsapnąć, a ja aż usiadłam. Ktoś tu cierpiał na paranoję i to nie byłam ja. Ochłonęłam trochę i postanowiłam zastosować metodę krótkich, rzeczowych pytań.
- Freja, jesteś w biurze?
- Tak.
- Gackt nie żyje?
- Tak!
- Sanaka zatrzymał wszystkich do przesłuchania?
- Tak.
- A to cham.
- Tak!
- No dobrze, a dlaczego uważasz, że to JA zasztyletowałam Gacia?
- Jakoś tak... sobie pomyślałam.
Zapadła krępująca cisza.
- Tak sobie pomyślałaś...? - spytałam bardzo, ale to bardzo uprzejmie.
- No...
- I zapewne... Tak zupełnie przypadkiem powiedziałaś o tym Sanace?
- Chyba... ee... Chyba to powiedziałam.
- Sanace? - upewniłam się.
- Nie, tak ogólnie... jakoś...
Czyli darła mordę na pół miasta, że to ja jestem mordercą. Bajecznie.
- Ty skończona idiotko, to nie ja!
- Nie ty?
- NIE! To znaczy, owszem, nie cierpię gada... Nie cierpiałam. No i używam noża do poczty, ale DO POCZTY, ty głąbie! Kompletnie ci odbiło!
- Ale wiesz, ty zawsze latasz z tym nożem i w ogóle... Mówiłaś różne głupie rzeczy. I masz taką czwórkową obsesję. Ja... Ja straciłam trochę głowę.
- Zauważyłam jakby - wycedziłam przez zęby i rozważyłam sytuację. Nie przedstawiała się kolorowo.
- Będę tam za pół godziny - rzuciłam do słuchawki i odłożyłam ją na widełki. Jasna... Jasssna... Gackt zajmował drugie miejsce mojej Listy. Planowałam go zamordować, ale nie teraz, nie TAK! Miałam plan, porządnie ułożony, pewny, gotowy do realizacji. Ale w odpowiedniej kolejności, bez pośpiechu... Co za jakieś bydle weszło mi w drogę, zaszlachtowało moją ofiarę i to w sposób, który... rzuca... podejrzenia na mnie.
Siedziałam bez ruchu, patrząc nieprzytomnie gdzieś przed siebie. To, co zobaczyłam oczyma wyobraźni nadzwyczajnie przypominało szubienicę.
- O losie...
Uruha ciekawie wyjrzał z kuchni.
- I co? Zabili kogoś?
Odwróciłam się do niego bardzo powoli i bardzo musiałam źle wyglądać, bo aż się cofnął.
- Przynieś mi zielone buty - powiedziałam głosem, którego sama bym się wystraszyła w ciemnym zaułku. - I radzę ci - zrób to szybko i bez gadania.

Agatha się przewraca w grobie, ale cóż zrobić. Mózg nie ten, talentu też jakby brak.
Komentarze (12) Dodaj
niedziela, 25 października 2009 20:35:30
freja
no tak; nie ma litości dla fanek sanaki?
maruko
nie ma
freja
ehh, rasistka
maruko
miłośniczka dobrego smaku
Zresztą, niech się same bronią. Czy bronią Sanaki, on się do niczego więcej nie nadaje; chociaż i do tego słabo, bardzo słabo...
Miauczy kotek: miau!
- Coś ty, kotku, miał?
- Miałem ja miseczkę mleczka,
Teraz pusta już miseczka,
A jeszcze bym chciał.
Rano wytrząsałam z portfela kilka monet, choć wcześniej obracałam je w palcach i liczyłam wielokrotnie. Z całą pewnością miałam gdzieś tam kilka banknotów! *przepływają nikłe wspomnienia zbędnych par butów* Jeden banknot. Ale nigdzie go nie wid... *słodycze...* I właśnie tyle z niego zostało. Wrzucałam monety z powrotem do portfela z autowyrzutem. Tępe bydle bez podstawowego zmysłu arytmetyki! Tak ubliżałam sobie z rana, przed [tradycyjnie spóźnionym] wyjściem do pracy.
Westchnęłam teraz, spoglądając na inspektora Sanakę, myśląc o haraczu dla Yuany i bezwiednie sięgając po szklankę z Soczkiem. Moja zwykła rozbiezność zwroku, myśli i czynów miała mi przysporzyć problemów w przyszłości. Bo Yuana, dość tępy, by odruchowo podążyc za moim spojrzeniem i wysnuć absolutnie idiotyczne wnioski, również zauważył Sanakę. I, oczywiście, wysnuł absolutnie idiotyczne wnioski.
Powiedział coś około "widzimy się po pracy" i umknął szybko przed Sanaką, przyglądajac mu się upracie i nad wyraz podejrzliwie. W rezultacie zderzył się z drzwiami, ale Sanaka nie zwrócił na niego uwagi, szedł w moją stronę, emanując bezinteresowną sympatią.
Wolałabym, żeby szczerzyły się do mnie własne, domowe karaluchy.
- Dzień dobry - rzuciłam bardzo formalnie, porwałam pierwszą lepszą stronę i zaczełam przepisywać ją w skupieniu, co chwila poprawiając okulary. Przepisywanie rękopisów nie jest moim obowiązkiem samym w sobie, ale wątpię, żeby Sanaka cokolwiek o tym wiedział. Kobieta w biurze po prostu przekłada papiery i pisze na maszynie, no i poprawia okulary. Każdy o tym wie i nikt nie zagląda w te wszystkie teczki, by przekonać się, że między fakturami błąkają się złośliwe liściki o Świni, przepisy kulinarne, kserówki najgłupszych, babskich powieści i dokumenty sprzed stu lat, dawno przeznaczone do śmieci. Bez zbędnej skromności przyznam, że jestem mistrzem w pozornie przypadkowym rzucaniu papierów, tak by w ciągu jednego dnia ułożyły się w niemożliwy do przekopania mur, prawdopodobnie widoczny z kosmosu.
- Dzien dobry - odpowiedział automatycznie, ale miał co innego na myśli - Kończy pani prace o siedemnastej?
Chciał chyba usiąść na brzegu biurka, jak miał w zwyczaju, ale złośliwie ustawiłam szklankę w jedynym pustym miejscu.
- Mam dodatkową pracę - skłamałam gładko. - Zostaję do późna, później jestem umówiona.
Oczami wyobraźni widziałam, jak obraca sobie w głowie ostatnie zdanie. Chyba nie przypadło mu do gustu.
- Aha. Szkoda. W takim razie przypomnę się jutro.
Wyraźnie poirytowany zwinął się zaraz i zniknął w korytarzu.
- Co to był za pasztet? - spytała uprzejmie Freja.
- Sanaka. Co, ty Sanaki nie znasz? Próbowałaś go poderwać przez cały pierwszy rok tutaj.
- Mówiłam o tym brzydszym? - wyjasniła cierpliwie Freja.
- To znaczy brzydszym od czego? Bo od Sanaki to juz raczej się nie da...
- Ten w spodniach z szelkami. Twój znajomy?
To obrzydliwe, jak dwuznacznie brzmią takie niewinne uwagi w ustach niewinnie rumianej Freji, z tym zakłopotanym spojrzeniem wiktoriańskiej przyzwoitości.
- Nie znam go. Nie tak, jak ci się głupio wydaje. Zawsze coś żuje, ma badziewną pracę i w ogóle fuj.
- Często tu przychodzi.
- Nie mogę zaczaić się na schodach i za każdym razem go zrzucać! - zirytowałam się. "Zresztą nie zrozumiałby aluzji, nawet gdybym wbiła mu ją do głowy siekierą", pomyślałam.
- Ale może on coś do ciebie czuje? - zamyśliła się Freja. - No wiesz... Zawsze przychodzi osobiście i w ogóle... A może to bardzo ważne przesyłki?
Z nagłym zainteresowaniem spojrzała na zalakowaną kopertę, nieświadomie zgłaszając kandydaturę na szóste miejsce mojej Listy.
- Ależ skąd!
Siegnęłam po sztylet. To jest po oryginalny nóż do poczty, którego czasem używaliśmy do krojenia chleba i innych około kuchennych czynności. Rozcięłam przesyłkę i podałam zawartość Freji. Zaczęła czytać zachłannie, później zmarszczyła brwi, wreszcie oderwała wzrok od kartki i popatrzyła na mnie dziko.
- Co to niby jest?
- Nie wiem - skłamałam z maniackim uśmiechem. - Jakiś skończony kretyn wysyła mi to od czasu do czasu. Okropne, prawda?
- Ale kto je pisze?!
- Nie wiem, nie mam zbyt wielu znajomości między wariatami - Wzruszyłam ramionami. - Zawsze sądziłam, że to pomyłka, ale zbieram je, bo może ktoś się po to zgłosi. Poza tym jestem szalenie ciekawa, o co chodzi komuś, kto siada, pisze takie badziewie i wyrzuca mnóstwo pieniędzy na przesłanie ich pod błędny adres... Priorytetem.
Zawsze miałam szczególne natchnienie do wymyślania kłamstw na poczekaniu, ale ostatnio przechodziłam samą siebie.
Freja odruchowo siegnęła po rozciętą kopertę.
- "Pani Hansen" - przeczytała na głos. - Gdyby było imię, może stałoby się jasne, że to pomyłka. A tak posłaniec leci z tym do ciebie, bo przecież mamy tylko ciebie z takim nazwiskiem.
Które, nawiasem mówiąc, wcale nie jest moim nazwiskiem, ale tego ona nie musi wiedzieć.
- Ale wiesz - błysnęły jej oczy. - Nie musiałaś odmawiać Sanace. On wcale nie jest taki najgorszy i ma dużo forsy... Mógłby cię zaprosić w jakieś fajne miejce.
Byłam cokolwiek innego zdania, nie uważam też, że trochę więcej, niż ja oficjalnie zarabiam, to zaraz "dużo forsy". Ale ten temat odsuwał na bok zainteresowanie pomyloną przesyłką.
- Nie patrzę facetom do portfela - oznajmiłam szlachetnie.
Że grom z jasnego nieba mnie nie trafił w tej chwili, to aż dziwne.
- No przecież to nic złego! Znaczy dać się zaprosić. Na przykład do teatru - Oczy jej się zaświeciły. - Poza tym zawsze narzekasz na brak forsy! Co ty z nią robisz, tego nie rozumiem, spuszczasz w kiblu zaraz po wypłacie...? Ale wracając do niego, noże kupiłby ci jakiś ładny prezent? Przecież nie każe ci później tego zwracać!
Przypomniałam sobie poranne liczenie drobniaków. I późniesze mijanie witryn, piękne czerwone szpilki, o losie!
- I pomyśleć, że to nie była nawet najlepsza czekolada... - westchnęłam, wspominając minione wydatki.
Freja spojrzała na mnie jak na wariatkę. Też bym tak spojrzała, gdybym miała lustro. Jak mogłam przejeść takie piękne szpilki? Teraz będą się na mnie gapiły z witryny, kiedy ja wydeptam wszystkie zbędne kalorie w drodze do pracy i z powrotem.
Wzdycha kotek: o!
- Co ci, kotku, co?
- Śniła mi się wielka rzeka,
Wielka rzeka pełna mleka
Aż po samo dno.
Wiem, że nie słucham ludzi zbyt uważnie. Wychodzę z założenia, że ktoś, kto rozmawia ze mną dłuzej, niż pięć minut i wciąż usiłuje traktować moje słowa serio, a nawet - o zgrozo - rozważać, co mam na myśli, nie może być inteligentny. Idioci, którzy zadają mi konkretne pytania i pozwalają sobie wcisnąć więcej kitu w odpowiedzi, budzą we mnie wstręt i jestem przekonana, że to widać. Niestety, każdy idiota wierzy, że a) jest diablo elokwentny, b) wszyscy go uwielbiają. Tym samym nie wyobrażają sobie, że zmarszczenie brwi to u mnie objaw furii, nie skupienia.
Spojrzałam na zegarek, Ruki nawijał od pół godziny, co chwila zaciągajac się kolejnym papierosem. Pocieszałam sie myślą, że zdechnie na raka płuc, albo dosięgnie go inna kara za hipokryzję - rozgłaszał wszem i wobec, że dzielnie rzucił palenie. Popatrzyłam na miętowe fajki. O matko... sama bym je rzuciła. Najlepiej gdzieś daleko.
- ...i sama rozumiesz, że nie mogłem na to pozwolić - oznajmił bohatersko. - Gdyby tylko naprawde uważnie słuchali, co wtedy powiedziałaś i wykazali ODROBINĘ inteligencji, nie posądzaliby cię o takie rzeczy!
- Dziękuje bardzo - wycedziłam przez zęby. Pamiętałam wspomnianą sytuację całkiem dobrze i byłam pewna, że naopowiadałam wtedy strasznych bzdur. Nie przyznałabym się, oczywiście.
- No, ale słyszałem, że masz dostać awans! - Klepnął mnie po ramieniu. - Gratulacje!
Spojrzałam na idiotę z góry, co zresztą przy jego wzroście i moich szpilkach nie było specjalnie trudne.
- To ciekawe, bo ja o niczym nie wiem - skłamałam.
- Nikt ci nie powiedział?! Świnia nie przejmuje się specjalnie, że coś ci sie wreszcie należy, chyba boi się o swój stołek?
Pewnie, ze się boi, ale jeśli mam teraz dostać awans, to miedzy innymi dlatego, że nigdy nie wypowiadam się na ten temat przy konformistycznych pijawkach.
- Nigdy o tym nie myślałam - skłamałam znowu.
- No, to zastanów się nad tym - Mrugnął do mnie. O słodka Mamono! Zwymiotuję! - Wszyscy woleliby ciebie za kierownika. Jesteś całkiem normalna.
Bo nie jestem kierownikiem, palancie. Niewątpliwie jeśli nim zostanę, otrzymam też jakiś przemiły przydomek, też na "S", ale bardziej odpowiedni do płci. I będa mnie nienawidzić dla zasady, a ja będę ich gnębić, bo to po prostu działa w ten sposób. Potrafiłam sobie wyobrazić, że w zakresie obowiązków, dołączonym do umowy kierownika widnieje kilka odpowiednich zaleceń, w rodzaju "1. I ślubuję być wredną świnią codziennie od godziny 08.00 do 16.00".
- Nie sądzę, żebym się nadawała. - Fałszywa skromność bulgotała we mnie radośnie.
- Zastanawiam się czasem, dlaczego jesteś wobec siebie taka krytyczna? Masz wiele wspaniałych zalet, jesteś pracowita, zawsze kompetentna, życzliwa...
Czyli wymienił wszystkie, których nie mam.
- ...nie pomyślałas nigdy, żeby spróbować sięgnąć wyżej?
Ugryzłam się w język, by nie zapytać "A ty?", co byłoby aż nazbyt złosliwym przytykiem do różnicy wzrostu.
- Aktualnie sięgam po fotel prezesa, a to wymaga pięciu trupów. Chcesz wejść do spółki?
- Uwielbiam ten twój czarny humor! Masz dzisiaj wolny wieczór?
Co oni sie dzisiaj zmówili, czy co? Pomyślałam, że towarzystwo Rukisława może mi się przydać do spławienia Yuany. Później coś wymyślę, żeby spławić Rukisława. Migrena zazwyczaj skutkuje.
- A mam - wyszczerzyłam się głupio. - A co?
Pisnął kotek: piii...
- Pij, koteczku, pij!
...Skulił ogon, zmrużył ślipie,
Śpi - i we śnie mleczko chlipie,
Bo znów mu się śni.
O piatej po południu, po pięciu przerwach na wyimaginowanego papierosa, czterech kawach, siedmiu wyjściach do archiwum i dwóch napadach na Barek zaczęłam zbierać się do wyjścia. Zdążyłam niemal zapomnieć, co takiego doprowadziło mnie rano do furii. Była to krótka notatka od Świni, w której informował mnie jak następuje:
"Hansen, stawisz sie o 16.45 u dyrektora"
Odkryłam tę notatkę, gdy podniosłam z biurka kapelusz.
- O święta Mamono! - jęknęłam. Zapomniałam o tym przekletym wezwaniu! Świnia ani myślał podejsć i przypomnieć, skądże znowu.
No cóż. Nie pozostawało nic innego, jak odwinąć szalik, zdjąć kapelusz, pognać do gabinetu i udawać nieszkodliwe zidiocenie. Z dyrektorem podziała, gorzej z jego osobistą asystentką, Maną.
Milcząca stara panna w czerni ledwie raczyła zerknąć na mnie z naganą. Gdybym miała odrobinę przyzwoitości, zapodałabym jakąś wymówkę. Ale nie miałam czasu nic wymyślić, zresztą to pajakowate bydle i tak nigdy mi nie wierzy.
- Cześć - rzuciłam tylko i rozsiadłam się w fotelu dla oczekujących, w sposób możliwie bezczelny. Gdyby wzrok mógł zabijać, na zgliszczach mebla pozostałyby tylko moje zwęglone zwłoki.
Ona naprawdę mnie nienawidzi, pomyslałam z lubością.
Mana z irytującą skrupulatnością zakończyła pisanie jakiegoś kilometrowego memoriału. Złożyła go bardzo powoli, starannie wygładzając każdą krawędź. Trwało to jakieś trzy wieczności, a ja gotowałam się, ale mam ten brzydki zwyczaj, że nie daję ludziom satysfakcji. Starałam się wyglądać obojętnie, co wcale nie przychodziło mi z łatwością.
Po upływie jeszcze jakichś stu lat Mana wstała, metodycznie poprawiła na sobie ubranie, po czym w żółwim tempie przeszła do drzwi gabinetu dyrektowa, zapukała, weszła i zamknęła za sobą drzwi. Wróciła po chwili, gestem zapraszając mnie do środka. Z tak wyraźną niechęcią, że przechodząc obok, prawie przycisnęłam się do futryny. Nieomal przycięła mi palce, zatrzaskując za mną drzwi.
- Pani Hansen, proszę usiąść.
Gabinet był gigantyczny i musiałam odbyć niezły spacer, żeby zastosować się do polecenia.
Dyrektor przekładał dokumenty. Ludzie na tym stołku zmieniali się często, człowiek czasem nie nadążał. Przeważnie byli to osobnicy z zewnątrz, jacyś nieszkodliwi idioci, którzy czytali uważnie podsuwane przez nas papierzyska. Ostatni egzemplarz wabił się Hide i przejawiał przerażajacą skłonność do myślenia. Szczególnie o tym, czego mu nie podsuwaliśmy, nie mówiliśmy i nie pokazywaliśmy. Był przy tym beztroski i serdeczny; człowiek zastanawiał się, czy ktoś naprawdę, ale to naprawde może być taki beztroski i serdeczny, i nagle zapytać "Ale dlaczego nie mogę dostawać dziennych raportów na bieżąco?"
Nie wiadomo, skąd prezes wyciągnął tego bazyliszka. Prawdopodobnie z oddziału zamknietego dla niedoszłych samobójców.
- Przepraszam za spóźnienie - uśmeichnęłam się sztywno. Na razie nie wyglądał na wkurzonego, więc wolałam się głupio nie tłumaczyć. Zresztą nawet nie wiedziałam, jak rozpoznać po nim, kiedy jest wkurzony. Wyglądał jak uradowane dziecko.
- Pani Hansen, nie chciałbym zabierać pani cennego czasu. Naprawdę. Ma pani na pewno za dużo na głowie...
Uśmiech.
O matko, znowu nie wiem - mówi tak całkiem serio, czy nabija się ze mnie? Wszyscy wiedzą, że po mistrzowsku migam się od pracy, chociaż - to trzeba przyznać bez zbędnej skromności - zawsze i tak wykonam to, co do mnie należy. Tak, czy inaczej. Zwykle inaczej.
Mruknęłam coś niewyraźnie w odpowiedzi, szeroko wyszczerzona jak manekin. Zwykle to wystarcza.
- ...to, o co chcę pania prosić, zajmie nam tylko chwilę. Czy rozważała pani propozycję objęcia kierownictwa nad pani biurem?
Przyglądał mi się tak bezmyslnie, że równie dobrze mógłby gapić się w ścianę. Sądziłam jednak, ze coś sobie mysli, tylko nie mogłam się dobrać do sedna przez pokłady infantylnej ufności. Ta uradowana twarz działała mi na nerwy dostatecznie, żebym przestała się zastanawiać nad tym, co mówię.
- Nie, skądże. Niczego dotąd mi nie proponowano, wiec nad czym miałam sie zastanawiać?
- Proszę, niech się pani nie denerwuje. Widzi pani... Mam pewne podejrzenia...
Zamarłam. Ale tylko na moment. Strach otrzeźwił mnie na tyle, żeby obrać jakąś taktykę. Postanowiłam trzymać się sprawdzonej linii uzależnionej zawodowo idiotki.
- Jeśli chodzi o to, ze nie palę, ale wychodze do palarni...
- Wychodzi pani...? A, tak. wiem, że spotyka się pani z kimś z księgowości...
O słodkie misie, on mysli o Rukisławie?! Szlag mnie trafi, kto pociska takie pierdoły?!
- Ale nie o to mi chodzi - Dyrektor machnął chuderlawą łapką, bagatelizując tę straszliwą plotkę. - Podejrzewam, że nasze ostatnie problemy są spowodowane wyciekaniem informacji z biura do konkurencji. To naprawdę przykre, ale mam podstawy, by przypuszczać, że pewne osoby nie są godne zaufania...
Prawie się udławiłam ze zdenerwowania.
- to znaczy kto...? - spytałam bezmyslnie.
- No cóz, sądzę, że w nabliższym czasie się pani przekona.
Zabrzmiało to obrzydliwie dwuznacznie. Kogoś wyrzuci na zbity pysk, pewnie Świnię i... O nie. Postawi mnie na jego miejscu i tym samym będzie mnie miał na oku. Nie sądziłam, że sprecyzował wobec mnie jakieś konkretne zarzuty, ale najwyraźniej podejrzewał wszystkich na wyższych stanowiskach, w tym mnie, Świnię, pewnie Sanakę i paru innych.
- W każdym razie proszę się zastanowić nad podjęciem nowej funkcji, pani Hansen. Sądzę, że posiada pani odpowiednie kwalifikacje. Na razie nie będę pani dłużej zatrzymywał...
Cały czas z tym infantylnym uśmiechem, co on sobie myśli? A może naprawde jest taki tępy? Nie, przedstawione mi w skrócie decyzje nie wskazywały na to.
Pożegnałam się i wyszłam z zapewnionym awansem, jak z nożem w plecach. Jasna...
Pod obrotowymi drzwiami w holu na dole oczekiwali Yuana i Ruki. To znaczy byłam pewna, ze żaden z nich nie wie, że ten drugi czeka dokładnie na to samo. Jak nigdy poczułam chęć wyskoczenia przez okno w łazience na parterze, niestety zostałam wcześniej zauważona. I to wcale nie przez panów pod wejściem, w końcu dlaczego miałoby mnie nie spotkać coś gorszego?
Przez drzwi przebiegła Jowi, w tym swoim szoferskim wdzianku i wymachując wieczornym wydaniem gazety, darła się na całe gardło:
- Maruko, czytałaś? Twój mąż się żeni!!!
Przyskoczyłam do niej, przyłożyłam łokciem w bok i wysyczałam do ucha skomplikowaną litanię, zakończoną krótkim wyjaśnieniem sytuacji:
- Właśnie tak jakby wychodze na miasto z jednym z NICH, ty kretynko.
Jowi wytrzeszczyła ślepia na mnie, na dwójkę oniemiałych facetów przy drzwiach, znowu na mnie.
- Wiem, że lubisz miniaturki... - powiedziała wolno. - Ale przecież nie facetów?
Nadepnęłam jej na nogę szpilką, wyminęłam i wyszłam, ciągnąc za sobą Rukisława. Przynamniej obyło się bez scen z Yuaną, a facet potrafił robić sceny, jak ostatnio w Stokrotce na przykład.
- Nie mówiłaś, że jesteś rozwiedziona - zdziwił sie Ruki. - Znaczy nie przeszkadza mi to, ale...
- No popatrz, ja też nie wiedziałam! Nie rozwodziłam się z tej prostej przyczyny, ze nigdy też nie wychodziłam za mąż. Ta kretynka myśli... Ale zresztą co cię to obchodzi?!
Nie widziałam się, ale prawdopodobnie widok nie zachęcał do dalszej konwersacji na tematy matrymonialne. Ruki cofnął się trochę i rozsądnie wezwał taksówkę, nie zadając więcej pytań. Mimo to nie zrezygnował ze swoich planów na wieczór - był na to wystarczająco tępy. Na nieszczęście migrena wyleciała mi z głowy i nie zareagowałam, kiedy zamiast do domu, odjechałam do centrum.
Jowi wachlowała sie gazetą, spoglądając w zadumie za oddalająca się taksówką. Ze dwa razy zerknęła na wyraźnie poirytowanego faceta obok. W chwilę później gapili sie już na siebie nawzajem i każde z osobna czekało na reakcję tego drugiego. Jowi zirytowała sie pierwsza.
- Czego wypatrujesz gały, idioto?
Nacisnęła czapkę na oczy i odeszła pośpiesznie do swojego samochodu, zaparkowanego nielegalnie na chodniku. Po drodze wrzuciła do kosza gazetę.
Yuana odczekał grzecznie kilka minut.
Podszedł do śmietnika, rozejrzał się, wyciągnął gazetę i podszedł do rozświetlonej witryny pobliskiego sklepu, gdzie bardzo uważnie przestudiował artykuł o pewnym ślubie.

uff... odzwyczaiłam sie od długich notek
no tak; nie ma litości dla fanek sanaki?
maruko
nie ma
freja
ehh, rasistka
maruko
miłośniczka dobrego smaku
Zresztą, niech się same bronią. Czy bronią Sanaki, on się do niczego więcej nie nadaje; chociaż i do tego słabo, bardzo słabo...
Miauczy kotek: miau!
- Coś ty, kotku, miał?
- Miałem ja miseczkę mleczka,
Teraz pusta już miseczka,
A jeszcze bym chciał.
Rano wytrząsałam z portfela kilka monet, choć wcześniej obracałam je w palcach i liczyłam wielokrotnie. Z całą pewnością miałam gdzieś tam kilka banknotów! *przepływają nikłe wspomnienia zbędnych par butów* Jeden banknot. Ale nigdzie go nie wid... *słodycze...* I właśnie tyle z niego zostało. Wrzucałam monety z powrotem do portfela z autowyrzutem. Tępe bydle bez podstawowego zmysłu arytmetyki! Tak ubliżałam sobie z rana, przed [tradycyjnie spóźnionym] wyjściem do pracy.
Westchnęłam teraz, spoglądając na inspektora Sanakę, myśląc o haraczu dla Yuany i bezwiednie sięgając po szklankę z Soczkiem. Moja zwykła rozbiezność zwroku, myśli i czynów miała mi przysporzyć problemów w przyszłości. Bo Yuana, dość tępy, by odruchowo podążyc za moim spojrzeniem i wysnuć absolutnie idiotyczne wnioski, również zauważył Sanakę. I, oczywiście, wysnuł absolutnie idiotyczne wnioski.
Powiedział coś około "widzimy się po pracy" i umknął szybko przed Sanaką, przyglądajac mu się upracie i nad wyraz podejrzliwie. W rezultacie zderzył się z drzwiami, ale Sanaka nie zwrócił na niego uwagi, szedł w moją stronę, emanując bezinteresowną sympatią.
Wolałabym, żeby szczerzyły się do mnie własne, domowe karaluchy.
- Dzień dobry - rzuciłam bardzo formalnie, porwałam pierwszą lepszą stronę i zaczełam przepisywać ją w skupieniu, co chwila poprawiając okulary. Przepisywanie rękopisów nie jest moim obowiązkiem samym w sobie, ale wątpię, żeby Sanaka cokolwiek o tym wiedział. Kobieta w biurze po prostu przekłada papiery i pisze na maszynie, no i poprawia okulary. Każdy o tym wie i nikt nie zagląda w te wszystkie teczki, by przekonać się, że między fakturami błąkają się złośliwe liściki o Świni, przepisy kulinarne, kserówki najgłupszych, babskich powieści i dokumenty sprzed stu lat, dawno przeznaczone do śmieci. Bez zbędnej skromności przyznam, że jestem mistrzem w pozornie przypadkowym rzucaniu papierów, tak by w ciągu jednego dnia ułożyły się w niemożliwy do przekopania mur, prawdopodobnie widoczny z kosmosu.
- Dzien dobry - odpowiedział automatycznie, ale miał co innego na myśli - Kończy pani prace o siedemnastej?
Chciał chyba usiąść na brzegu biurka, jak miał w zwyczaju, ale złośliwie ustawiłam szklankę w jedynym pustym miejscu.
- Mam dodatkową pracę - skłamałam gładko. - Zostaję do późna, później jestem umówiona.
Oczami wyobraźni widziałam, jak obraca sobie w głowie ostatnie zdanie. Chyba nie przypadło mu do gustu.
- Aha. Szkoda. W takim razie przypomnę się jutro.
Wyraźnie poirytowany zwinął się zaraz i zniknął w korytarzu.
- Co to był za pasztet? - spytała uprzejmie Freja.
- Sanaka. Co, ty Sanaki nie znasz? Próbowałaś go poderwać przez cały pierwszy rok tutaj.
- Mówiłam o tym brzydszym? - wyjasniła cierpliwie Freja.
- To znaczy brzydszym od czego? Bo od Sanaki to juz raczej się nie da...
- Ten w spodniach z szelkami. Twój znajomy?
To obrzydliwe, jak dwuznacznie brzmią takie niewinne uwagi w ustach niewinnie rumianej Freji, z tym zakłopotanym spojrzeniem wiktoriańskiej przyzwoitości.
- Nie znam go. Nie tak, jak ci się głupio wydaje. Zawsze coś żuje, ma badziewną pracę i w ogóle fuj.
- Często tu przychodzi.
- Nie mogę zaczaić się na schodach i za każdym razem go zrzucać! - zirytowałam się. "Zresztą nie zrozumiałby aluzji, nawet gdybym wbiła mu ją do głowy siekierą", pomyślałam.
- Ale może on coś do ciebie czuje? - zamyśliła się Freja. - No wiesz... Zawsze przychodzi osobiście i w ogóle... A może to bardzo ważne przesyłki?
Z nagłym zainteresowaniem spojrzała na zalakowaną kopertę, nieświadomie zgłaszając kandydaturę na szóste miejsce mojej Listy.
- Ależ skąd!
Siegnęłam po sztylet. To jest po oryginalny nóż do poczty, którego czasem używaliśmy do krojenia chleba i innych około kuchennych czynności. Rozcięłam przesyłkę i podałam zawartość Freji. Zaczęła czytać zachłannie, później zmarszczyła brwi, wreszcie oderwała wzrok od kartki i popatrzyła na mnie dziko.
- Co to niby jest?
- Nie wiem - skłamałam z maniackim uśmiechem. - Jakiś skończony kretyn wysyła mi to od czasu do czasu. Okropne, prawda?
- Ale kto je pisze?!
- Nie wiem, nie mam zbyt wielu znajomości między wariatami - Wzruszyłam ramionami. - Zawsze sądziłam, że to pomyłka, ale zbieram je, bo może ktoś się po to zgłosi. Poza tym jestem szalenie ciekawa, o co chodzi komuś, kto siada, pisze takie badziewie i wyrzuca mnóstwo pieniędzy na przesłanie ich pod błędny adres... Priorytetem.
Zawsze miałam szczególne natchnienie do wymyślania kłamstw na poczekaniu, ale ostatnio przechodziłam samą siebie.
Freja odruchowo siegnęła po rozciętą kopertę.
- "Pani Hansen" - przeczytała na głos. - Gdyby było imię, może stałoby się jasne, że to pomyłka. A tak posłaniec leci z tym do ciebie, bo przecież mamy tylko ciebie z takim nazwiskiem.
Które, nawiasem mówiąc, wcale nie jest moim nazwiskiem, ale tego ona nie musi wiedzieć.
- Ale wiesz - błysnęły jej oczy. - Nie musiałaś odmawiać Sanace. On wcale nie jest taki najgorszy i ma dużo forsy... Mógłby cię zaprosić w jakieś fajne miejce.
Byłam cokolwiek innego zdania, nie uważam też, że trochę więcej, niż ja oficjalnie zarabiam, to zaraz "dużo forsy". Ale ten temat odsuwał na bok zainteresowanie pomyloną przesyłką.
- Nie patrzę facetom do portfela - oznajmiłam szlachetnie.
Że grom z jasnego nieba mnie nie trafił w tej chwili, to aż dziwne.
- No przecież to nic złego! Znaczy dać się zaprosić. Na przykład do teatru - Oczy jej się zaświeciły. - Poza tym zawsze narzekasz na brak forsy! Co ty z nią robisz, tego nie rozumiem, spuszczasz w kiblu zaraz po wypłacie...? Ale wracając do niego, noże kupiłby ci jakiś ładny prezent? Przecież nie każe ci później tego zwracać!
Przypomniałam sobie poranne liczenie drobniaków. I późniesze mijanie witryn, piękne czerwone szpilki, o losie!
- I pomyśleć, że to nie była nawet najlepsza czekolada... - westchnęłam, wspominając minione wydatki.
Freja spojrzała na mnie jak na wariatkę. Też bym tak spojrzała, gdybym miała lustro. Jak mogłam przejeść takie piękne szpilki? Teraz będą się na mnie gapiły z witryny, kiedy ja wydeptam wszystkie zbędne kalorie w drodze do pracy i z powrotem.
Wzdycha kotek: o!
- Co ci, kotku, co?
- Śniła mi się wielka rzeka,
Wielka rzeka pełna mleka
Aż po samo dno.
Wiem, że nie słucham ludzi zbyt uważnie. Wychodzę z założenia, że ktoś, kto rozmawia ze mną dłuzej, niż pięć minut i wciąż usiłuje traktować moje słowa serio, a nawet - o zgrozo - rozważać, co mam na myśli, nie może być inteligentny. Idioci, którzy zadają mi konkretne pytania i pozwalają sobie wcisnąć więcej kitu w odpowiedzi, budzą we mnie wstręt i jestem przekonana, że to widać. Niestety, każdy idiota wierzy, że a) jest diablo elokwentny, b) wszyscy go uwielbiają. Tym samym nie wyobrażają sobie, że zmarszczenie brwi to u mnie objaw furii, nie skupienia.
Spojrzałam na zegarek, Ruki nawijał od pół godziny, co chwila zaciągajac się kolejnym papierosem. Pocieszałam sie myślą, że zdechnie na raka płuc, albo dosięgnie go inna kara za hipokryzję - rozgłaszał wszem i wobec, że dzielnie rzucił palenie. Popatrzyłam na miętowe fajki. O matko... sama bym je rzuciła. Najlepiej gdzieś daleko.
- ...i sama rozumiesz, że nie mogłem na to pozwolić - oznajmił bohatersko. - Gdyby tylko naprawde uważnie słuchali, co wtedy powiedziałaś i wykazali ODROBINĘ inteligencji, nie posądzaliby cię o takie rzeczy!
- Dziękuje bardzo - wycedziłam przez zęby. Pamiętałam wspomnianą sytuację całkiem dobrze i byłam pewna, że naopowiadałam wtedy strasznych bzdur. Nie przyznałabym się, oczywiście.
- No, ale słyszałem, że masz dostać awans! - Klepnął mnie po ramieniu. - Gratulacje!
Spojrzałam na idiotę z góry, co zresztą przy jego wzroście i moich szpilkach nie było specjalnie trudne.
- To ciekawe, bo ja o niczym nie wiem - skłamałam.
- Nikt ci nie powiedział?! Świnia nie przejmuje się specjalnie, że coś ci sie wreszcie należy, chyba boi się o swój stołek?
Pewnie, ze się boi, ale jeśli mam teraz dostać awans, to miedzy innymi dlatego, że nigdy nie wypowiadam się na ten temat przy konformistycznych pijawkach.
- Nigdy o tym nie myślałam - skłamałam znowu.
- No, to zastanów się nad tym - Mrugnął do mnie. O słodka Mamono! Zwymiotuję! - Wszyscy woleliby ciebie za kierownika. Jesteś całkiem normalna.
Bo nie jestem kierownikiem, palancie. Niewątpliwie jeśli nim zostanę, otrzymam też jakiś przemiły przydomek, też na "S", ale bardziej odpowiedni do płci. I będa mnie nienawidzić dla zasady, a ja będę ich gnębić, bo to po prostu działa w ten sposób. Potrafiłam sobie wyobrazić, że w zakresie obowiązków, dołączonym do umowy kierownika widnieje kilka odpowiednich zaleceń, w rodzaju "1. I ślubuję być wredną świnią codziennie od godziny 08.00 do 16.00".
- Nie sądzę, żebym się nadawała. - Fałszywa skromność bulgotała we mnie radośnie.
- Zastanawiam się czasem, dlaczego jesteś wobec siebie taka krytyczna? Masz wiele wspaniałych zalet, jesteś pracowita, zawsze kompetentna, życzliwa...
Czyli wymienił wszystkie, których nie mam.
- ...nie pomyślałas nigdy, żeby spróbować sięgnąć wyżej?
Ugryzłam się w język, by nie zapytać "A ty?", co byłoby aż nazbyt złosliwym przytykiem do różnicy wzrostu.
- Aktualnie sięgam po fotel prezesa, a to wymaga pięciu trupów. Chcesz wejść do spółki?
- Uwielbiam ten twój czarny humor! Masz dzisiaj wolny wieczór?
Co oni sie dzisiaj zmówili, czy co? Pomyślałam, że towarzystwo Rukisława może mi się przydać do spławienia Yuany. Później coś wymyślę, żeby spławić Rukisława. Migrena zazwyczaj skutkuje.
- A mam - wyszczerzyłam się głupio. - A co?
Pisnął kotek: piii...
- Pij, koteczku, pij!
...Skulił ogon, zmrużył ślipie,
Śpi - i we śnie mleczko chlipie,
Bo znów mu się śni.
O piatej po południu, po pięciu przerwach na wyimaginowanego papierosa, czterech kawach, siedmiu wyjściach do archiwum i dwóch napadach na Barek zaczęłam zbierać się do wyjścia. Zdążyłam niemal zapomnieć, co takiego doprowadziło mnie rano do furii. Była to krótka notatka od Świni, w której informował mnie jak następuje:
"Hansen, stawisz sie o 16.45 u dyrektora"
Odkryłam tę notatkę, gdy podniosłam z biurka kapelusz.
- O święta Mamono! - jęknęłam. Zapomniałam o tym przekletym wezwaniu! Świnia ani myślał podejsć i przypomnieć, skądże znowu.
No cóż. Nie pozostawało nic innego, jak odwinąć szalik, zdjąć kapelusz, pognać do gabinetu i udawać nieszkodliwe zidiocenie. Z dyrektorem podziała, gorzej z jego osobistą asystentką, Maną.
Milcząca stara panna w czerni ledwie raczyła zerknąć na mnie z naganą. Gdybym miała odrobinę przyzwoitości, zapodałabym jakąś wymówkę. Ale nie miałam czasu nic wymyślić, zresztą to pajakowate bydle i tak nigdy mi nie wierzy.
- Cześć - rzuciłam tylko i rozsiadłam się w fotelu dla oczekujących, w sposób możliwie bezczelny. Gdyby wzrok mógł zabijać, na zgliszczach mebla pozostałyby tylko moje zwęglone zwłoki.
Ona naprawdę mnie nienawidzi, pomyslałam z lubością.
Mana z irytującą skrupulatnością zakończyła pisanie jakiegoś kilometrowego memoriału. Złożyła go bardzo powoli, starannie wygładzając każdą krawędź. Trwało to jakieś trzy wieczności, a ja gotowałam się, ale mam ten brzydki zwyczaj, że nie daję ludziom satysfakcji. Starałam się wyglądać obojętnie, co wcale nie przychodziło mi z łatwością.
Po upływie jeszcze jakichś stu lat Mana wstała, metodycznie poprawiła na sobie ubranie, po czym w żółwim tempie przeszła do drzwi gabinetu dyrektowa, zapukała, weszła i zamknęła za sobą drzwi. Wróciła po chwili, gestem zapraszając mnie do środka. Z tak wyraźną niechęcią, że przechodząc obok, prawie przycisnęłam się do futryny. Nieomal przycięła mi palce, zatrzaskując za mną drzwi.
- Pani Hansen, proszę usiąść.
Gabinet był gigantyczny i musiałam odbyć niezły spacer, żeby zastosować się do polecenia.
Dyrektor przekładał dokumenty. Ludzie na tym stołku zmieniali się często, człowiek czasem nie nadążał. Przeważnie byli to osobnicy z zewnątrz, jacyś nieszkodliwi idioci, którzy czytali uważnie podsuwane przez nas papierzyska. Ostatni egzemplarz wabił się Hide i przejawiał przerażajacą skłonność do myślenia. Szczególnie o tym, czego mu nie podsuwaliśmy, nie mówiliśmy i nie pokazywaliśmy. Był przy tym beztroski i serdeczny; człowiek zastanawiał się, czy ktoś naprawdę, ale to naprawde może być taki beztroski i serdeczny, i nagle zapytać "Ale dlaczego nie mogę dostawać dziennych raportów na bieżąco?"
Nie wiadomo, skąd prezes wyciągnął tego bazyliszka. Prawdopodobnie z oddziału zamknietego dla niedoszłych samobójców.
- Przepraszam za spóźnienie - uśmeichnęłam się sztywno. Na razie nie wyglądał na wkurzonego, więc wolałam się głupio nie tłumaczyć. Zresztą nawet nie wiedziałam, jak rozpoznać po nim, kiedy jest wkurzony. Wyglądał jak uradowane dziecko.
- Pani Hansen, nie chciałbym zabierać pani cennego czasu. Naprawdę. Ma pani na pewno za dużo na głowie...
Uśmiech.
O matko, znowu nie wiem - mówi tak całkiem serio, czy nabija się ze mnie? Wszyscy wiedzą, że po mistrzowsku migam się od pracy, chociaż - to trzeba przyznać bez zbędnej skromności - zawsze i tak wykonam to, co do mnie należy. Tak, czy inaczej. Zwykle inaczej.
Mruknęłam coś niewyraźnie w odpowiedzi, szeroko wyszczerzona jak manekin. Zwykle to wystarcza.
- ...to, o co chcę pania prosić, zajmie nam tylko chwilę. Czy rozważała pani propozycję objęcia kierownictwa nad pani biurem?
Przyglądał mi się tak bezmyslnie, że równie dobrze mógłby gapić się w ścianę. Sądziłam jednak, ze coś sobie mysli, tylko nie mogłam się dobrać do sedna przez pokłady infantylnej ufności. Ta uradowana twarz działała mi na nerwy dostatecznie, żebym przestała się zastanawiać nad tym, co mówię.
- Nie, skądże. Niczego dotąd mi nie proponowano, wiec nad czym miałam sie zastanawiać?
- Proszę, niech się pani nie denerwuje. Widzi pani... Mam pewne podejrzenia...
Zamarłam. Ale tylko na moment. Strach otrzeźwił mnie na tyle, żeby obrać jakąś taktykę. Postanowiłam trzymać się sprawdzonej linii uzależnionej zawodowo idiotki.
- Jeśli chodzi o to, ze nie palę, ale wychodze do palarni...
- Wychodzi pani...? A, tak. wiem, że spotyka się pani z kimś z księgowości...
O słodkie misie, on mysli o Rukisławie?! Szlag mnie trafi, kto pociska takie pierdoły?!
- Ale nie o to mi chodzi - Dyrektor machnął chuderlawą łapką, bagatelizując tę straszliwą plotkę. - Podejrzewam, że nasze ostatnie problemy są spowodowane wyciekaniem informacji z biura do konkurencji. To naprawdę przykre, ale mam podstawy, by przypuszczać, że pewne osoby nie są godne zaufania...
Prawie się udławiłam ze zdenerwowania.
- to znaczy kto...? - spytałam bezmyslnie.
- No cóz, sądzę, że w nabliższym czasie się pani przekona.
Zabrzmiało to obrzydliwie dwuznacznie. Kogoś wyrzuci na zbity pysk, pewnie Świnię i... O nie. Postawi mnie na jego miejscu i tym samym będzie mnie miał na oku. Nie sądziłam, że sprecyzował wobec mnie jakieś konkretne zarzuty, ale najwyraźniej podejrzewał wszystkich na wyższych stanowiskach, w tym mnie, Świnię, pewnie Sanakę i paru innych.
- W każdym razie proszę się zastanowić nad podjęciem nowej funkcji, pani Hansen. Sądzę, że posiada pani odpowiednie kwalifikacje. Na razie nie będę pani dłużej zatrzymywał...
Cały czas z tym infantylnym uśmiechem, co on sobie myśli? A może naprawde jest taki tępy? Nie, przedstawione mi w skrócie decyzje nie wskazywały na to.
Pożegnałam się i wyszłam z zapewnionym awansem, jak z nożem w plecach. Jasna...
Pod obrotowymi drzwiami w holu na dole oczekiwali Yuana i Ruki. To znaczy byłam pewna, ze żaden z nich nie wie, że ten drugi czeka dokładnie na to samo. Jak nigdy poczułam chęć wyskoczenia przez okno w łazience na parterze, niestety zostałam wcześniej zauważona. I to wcale nie przez panów pod wejściem, w końcu dlaczego miałoby mnie nie spotkać coś gorszego?
Przez drzwi przebiegła Jowi, w tym swoim szoferskim wdzianku i wymachując wieczornym wydaniem gazety, darła się na całe gardło:
- Maruko, czytałaś? Twój mąż się żeni!!!
Przyskoczyłam do niej, przyłożyłam łokciem w bok i wysyczałam do ucha skomplikowaną litanię, zakończoną krótkim wyjaśnieniem sytuacji:
- Właśnie tak jakby wychodze na miasto z jednym z NICH, ty kretynko.
Jowi wytrzeszczyła ślepia na mnie, na dwójkę oniemiałych facetów przy drzwiach, znowu na mnie.
- Wiem, że lubisz miniaturki... - powiedziała wolno. - Ale przecież nie facetów?
Nadepnęłam jej na nogę szpilką, wyminęłam i wyszłam, ciągnąc za sobą Rukisława. Przynamniej obyło się bez scen z Yuaną, a facet potrafił robić sceny, jak ostatnio w Stokrotce na przykład.
- Nie mówiłaś, że jesteś rozwiedziona - zdziwił sie Ruki. - Znaczy nie przeszkadza mi to, ale...
- No popatrz, ja też nie wiedziałam! Nie rozwodziłam się z tej prostej przyczyny, ze nigdy też nie wychodziłam za mąż. Ta kretynka myśli... Ale zresztą co cię to obchodzi?!
Nie widziałam się, ale prawdopodobnie widok nie zachęcał do dalszej konwersacji na tematy matrymonialne. Ruki cofnął się trochę i rozsądnie wezwał taksówkę, nie zadając więcej pytań. Mimo to nie zrezygnował ze swoich planów na wieczór - był na to wystarczająco tępy. Na nieszczęście migrena wyleciała mi z głowy i nie zareagowałam, kiedy zamiast do domu, odjechałam do centrum.
Jowi wachlowała sie gazetą, spoglądając w zadumie za oddalająca się taksówką. Ze dwa razy zerknęła na wyraźnie poirytowanego faceta obok. W chwilę później gapili sie już na siebie nawzajem i każde z osobna czekało na reakcję tego drugiego. Jowi zirytowała sie pierwsza.
- Czego wypatrujesz gały, idioto?
Nacisnęła czapkę na oczy i odeszła pośpiesznie do swojego samochodu, zaparkowanego nielegalnie na chodniku. Po drodze wrzuciła do kosza gazetę.
Yuana odczekał grzecznie kilka minut.
Podszedł do śmietnika, rozejrzał się, wyciągnął gazetę i podszedł do rozświetlonej witryny pobliskiego sklepu, gdzie bardzo uważnie przestudiował artykuł o pewnym ślubie.

uff... odzwyczaiłam sie od długich notek
Sfrustrowane chomiczki towusie i małe, białe myszy mieszają w kotle kota
sobota, 24 października 2009 00:28:54Popełniono mord na dawnym, mylogowym klimacie, ale adres jest adresem. Jak to w patologicznych domach bywa, eksmisja nic nie wskórała i wszystko gnieździ się na powrót jak było. Jest powrót, jest impreza.
*tryk*
zalecany soundtrack: Starsplash - Cold As Ice
nastrój: post mortem
Dywagacje Maruka na ulubiony temat, czyli co by się stało, gdyby tak wskoczyć do wirówki i każdy wypłynie w takiej skórze, jaką złapie
z dedykacją dla uciskanego ludu pracy
W przypływie choroby sierocej napadłam na Tajemny Barek Szefa. W związku z surowym zakazem chlania podczas wykonywania obowiazków zawodowych, bardzo praworządnie olałam obowiazki zawodowe i uraczyłam się dobrą, polską wódką w przebraniu. Czyli z soczkiem pomaranczowym. Nie jestem wielkim fanem soków owocowych, ale za to odczuwam silny wstręt do picia wody mineralnej i nikt w biurze nie upadł jeszcze tak mocno na głowę, by uwierzyć, że raczylam się mineralną właśnie teraz, w przypływie szału.
Wódkę przytargałam osobiście jako prezent dla naszej Świni. To jest dla kierownika, pardon. Kierownikiem jest i nie ma siły - Świnią też być musi. Choć jeszcze nie dyrektorem.
Nazywa się... zresztą jakie to ma znaczenie. wszyscy kierownicy są przecież tacy sami.
Ze szklanką prowizorycznego nerwosolu udałam się do swojego biurka, gdzie wcale nie przyszło mi do głowy wracać do stukania w klawisze. Wszystkie maszyny terkotały oskarżycielsko, ale ja popijałam Soczek i praworządność mnie trzymała. Uprzytomniłam sobie, że przecież rozmawiam z Freją - rumianą, dobroduszną ofiarą kolejnych podłych mężczyzn. To znaczy odeszłam od biurka, napadłam na Barek i zdążyłam jeszcze wykorzystać przerwę na papierosa [nie palę] i zejść na kawę [już piłam], ale Freji wyraźnie to nie przeszkadzało. Siadałam właśnie, rozsądnie chowając Soczek za stosem teczek, gdy dotarło do mnie, czego słucham.
- ...i jak popatrzeć na to z mojej perspektywy - mówiła Freja, niezrazona moimi wędrówkami - to jeżeli wytrzymamy ze sobą jeszcze rok, to będzie prawie że Przyjaźń Aż Po Grób I Jeszcze Dalej.
Popatrzyłam na nią z roztargnieniem. Przyjaźń?
- Rozwodzisz się - przypomniałam jej szybko. - Z Towusiem.
- Soan. Chce, zeby na niego mówić Soan! - w jej głosie zabrzamiało nagle oburzenie. - I co on sobie myśli?! Że ja będę paradować po mieście z kimś, kto nazywa się jak proszek do prania?!
Zatkało mnie z deka.
- Owszem, tak to brzmi - powiedziałam ostrożnie - Ale to jeszcze nie powód...
- A ten idiota przyprowadził JAMNIKA! Co za bydle!
- Wiesz, to w zasadzie taki... mały powinien być. Wiesz, krótkie nogi...
- Nogi ma bardzo długie - zdziwiła się Freja.
- No to przecież innej rasy musi być!
- Oczywiście, że innej, przecież jest żółty! Ma ten płaski nos i w ogóle...
O rany boskie! Moja przekleta wyobraźnia podsunęła mi obraz straszliwej poczwary w kolorze, którego nie cierpię.
- I gdzie śpi...? - spytałam słabo. Przypomniałam sobie klitkę, w której gnieździła się Freja z Towiszonkiem, dopóki nie wykopała go na zbity pysk. Zrobiło sie luźniej, ale wciąż brakowało miejsca choćby na kanarka.
- Jak to gdzie śpi? - oburzyła się Freja. - O co ty mnie podejrzewasz?!
Spurpurowiała strasznie. Pomyślałam, że jej również przydałby się napad na barek, wyraźnie bredziła od rzeczy.
- No... - zawahałam się. - Na podłodze? Pod łóżkiem?
Freja prawie wypuściła parę uszami.
- Czyś ty zwariowała?! W swoim łóżku będzie spał, u siebie! Za kogo ty mnie masz?!
- Ojej... Będzie miał pokój i łóżko? Ale ja myślałam, że nie lubisz jamników...
- Nienawidzę! Powiedziałam bydlakowi: "Na balkon i tam ma leżeć!" Tak mu powiedziałam! I wiesz co? - Nagle zabłysnęła radością. - Tak zrobił!
Popatrzyłam z obrzydzeniem na szklankę z Soczkiem. Czterdzieści procent, akurat!
- Pani Hansen. Do rak własnych... - mędził upierdliwie Yuana. Dostarczał przesyłki.
W każdej firmie, właściwie - w każdej organizacji jest ktoś taki. Żeby nawet sprzątaczka miała na kogo spojrzeć z góry. Yuana ze swoim pyszczkiem zdziwionej papugi, z zerowym potencjałem i paskudnym świadectwem do tego właśnie się nadawał. Takie zapomniane, ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego dobrze wie, kiedy znajdująca się ledwie oczko wyżej recepcjonistka próbuje go spuścić w kiblu. Do tego elegancko i z uśmiechem.
- Do rąk własnych - powtarzał jak zacięta płyta. - Pani Hansen. Do rak własnych...
Recepcjonistka fukała jak wściekła nutria.
- Przesyłki masz zostawiać mnie. Świnn... Pan kierownik się irytuje, kiedy włóczysz się po biurach!
- Wiem, gdzie jest jej biurko. Pani Hansen, pani Hansen - idiota zapodał sobie melodię pod moje nazwisko. Oczywiście, że wiedział, gdzie siedzę. I wiedział, co to za przesyłki - wyciągał ode mnie kasę za to, że na razie tylko on to wie. Ale to, rozumiesz, mała, może się zmienić, jakbym sie tak natknął na Świnię, a potrzebowałbym podwyżki...
Świecie, świecie!
Muszę go zamordować. Nie ma innej rady. Ale niestety, życie jest jakże upierdliwe - musi chłopak poczekać na swoją kolej. Numer jeden na mojej Liście Do Odstrzału właśnie minął recepcję i wbiegł do windy. Facet ubiera się z ostentacyjną elegancją, jest absolutnie tępy i jest inspektorem, absolutnie nietykalnym służbowo. Jego stanowisko samo w sobie jest dla mnie zagrożeniem, ale dałoby się go jakoś wyminąć, gdyby sobie kretyn nie ubzdurał, że się ze mną ożeni. Dlaczego, pytam się? Ślepy przecież nie jest?
*Maruko maca przydługi nos*
Turpista? W każdym razie przejawiał niezdrowe zainteresowanie moją osobą i prywatnym życiem, co było mi wyjątkowo nie na rękę. Hitomi, Sanaka, Kanoma, czy jak on się tam dzisiaj zwie, to chodzący trup. Choć jeszcze o tym nie wie.
Minęło troche czasu, zanim ustaliłam wreszcie kilka faktów. wyliczałam je na palcach, wciąż nie przejeta maszyną do pisania.
- Rozwodzisz się - oznajmiłam.
- Tak.
- Z Towi... z Soanem.
- Tak! Co on sobie wyobra...
- Jest idiotą - ucięłam dyskusję na ten temat. - To przynajmniej nie ulega wątpliwości. Teraz... co było dalej? Acha! Mieszkasz sama, ale masz Sąsiada.
- Daisuke - podpowiedziała rozmarzonym głosem.
Już ma pierwsze objawy... Jak ona to robi? To jakiś rodzaj powolnej autodestrukcji, czy odmiana masochizmu?
- Niech mu będzie. Daisuke. Przyniósł ci pelargonie. Śpiewa. Jest piękny...
Energicznie kiwała głową.
- ...ma jamnika.
Freja westchnęła rozdzierajaco. Jamnik, wredne bydle, położyło się całą długością w poprzek wielkiej miłości i złośliwie merdało ogonem. Freja cierpiała strasznie.
- Otruj gadzinę - poradziłam, pomna swoich morderczych intencji wobec pięciu osób. Co tam jakiś jamnik! Zresztą nigdy nie lubiłam jamników.
Freja wyglądała na wstrząśniętą.
- Zwariowałaś? Jak to otruć? to przecież żyje!
- No właśnie. Przecież na tym polega problem. Rozwiaż go.
- Otruć psa?!
- Wtedy stanowczo przestanie merdać - wytłumaczyłam. Myśl o merdajacym jamniku w poprzek miłości wciąz błąkała mi się po głowie.
Moja radość wyraźnie nie udzieliła się Freji. Nagle spojrzała ponad moim ramieniem i zauważyła kogoś, bo z podejrzanym zapałem wróciła do klepania w klawisze.
- Psesyfka - powiedziało coś widocznie zaślinionego, gdzieś zza mojej głowy.
Odwróciłam się i zobaczyłam numer piąty z mojej Listy.
- Przesyłka - powtórzył wyraźniej Yuana. Z obrzydzeniem obserwowaam, jak chowa do kieszeni gumę do żucia. Istnieją chyba jakieś granice obrzydliwości? I pomyśleć, że zastanawiałam się kiedyś, czy nie lepiej byłoby go na przykad zauroczyć, zamiast zaraz mordować.
Fuuuj... Co za paszczur.
Podpisałam kwitek i spodziewałam się, że paszczur odpełznie gdzieś do swojej jamy. To jest... gdzieś, gdzie chowają się takie... - zmierzyłam go wzrokiem - pomyłki polityki kadrowej.
Zamiast się ulotnić, postanowił się troche do mnie powdzięczyć.
- Masz wolny wieczór, co? Wracasz sama do domu, co nie? - mrugnął do mnie.
Zaraz zwymiotuję...
Z nieubłagalną przyczynowością telenoweli do biura wtargnął Hitomi.
Nie, jednak nie. Prędzej szlag mnie trafi.

Yuana
a maszyny do pisania, bo stare ze mnie próchno, miłośnik wszelkiego starocia i w ogóle myślę retro
Indżoj.
*tryk*
z dedykacją dla uciskanego ludu pracy
W przypływie choroby sierocej napadłam na Tajemny Barek Szefa. W związku z surowym zakazem chlania podczas wykonywania obowiazków zawodowych, bardzo praworządnie olałam obowiazki zawodowe i uraczyłam się dobrą, polską wódką w przebraniu. Czyli z soczkiem pomaranczowym. Nie jestem wielkim fanem soków owocowych, ale za to odczuwam silny wstręt do picia wody mineralnej i nikt w biurze nie upadł jeszcze tak mocno na głowę, by uwierzyć, że raczylam się mineralną właśnie teraz, w przypływie szału.
Wódkę przytargałam osobiście jako prezent dla naszej Świni. To jest dla kierownika, pardon. Kierownikiem jest i nie ma siły - Świnią też być musi. Choć jeszcze nie dyrektorem.
Nazywa się... zresztą jakie to ma znaczenie. wszyscy kierownicy są przecież tacy sami.
Ze szklanką prowizorycznego nerwosolu udałam się do swojego biurka, gdzie wcale nie przyszło mi do głowy wracać do stukania w klawisze. Wszystkie maszyny terkotały oskarżycielsko, ale ja popijałam Soczek i praworządność mnie trzymała. Uprzytomniłam sobie, że przecież rozmawiam z Freją - rumianą, dobroduszną ofiarą kolejnych podłych mężczyzn. To znaczy odeszłam od biurka, napadłam na Barek i zdążyłam jeszcze wykorzystać przerwę na papierosa [nie palę] i zejść na kawę [już piłam], ale Freji wyraźnie to nie przeszkadzało. Siadałam właśnie, rozsądnie chowając Soczek za stosem teczek, gdy dotarło do mnie, czego słucham.
- ...i jak popatrzeć na to z mojej perspektywy - mówiła Freja, niezrazona moimi wędrówkami - to jeżeli wytrzymamy ze sobą jeszcze rok, to będzie prawie że Przyjaźń Aż Po Grób I Jeszcze Dalej.
Popatrzyłam na nią z roztargnieniem. Przyjaźń?
- Rozwodzisz się - przypomniałam jej szybko. - Z Towusiem.
- Soan. Chce, zeby na niego mówić Soan! - w jej głosie zabrzamiało nagle oburzenie. - I co on sobie myśli?! Że ja będę paradować po mieście z kimś, kto nazywa się jak proszek do prania?!
Zatkało mnie z deka.
- Owszem, tak to brzmi - powiedziałam ostrożnie - Ale to jeszcze nie powód...
- A ten idiota przyprowadził JAMNIKA! Co za bydle!
- Wiesz, to w zasadzie taki... mały powinien być. Wiesz, krótkie nogi...
- Nogi ma bardzo długie - zdziwiła się Freja.
- No to przecież innej rasy musi być!
- Oczywiście, że innej, przecież jest żółty! Ma ten płaski nos i w ogóle...
O rany boskie! Moja przekleta wyobraźnia podsunęła mi obraz straszliwej poczwary w kolorze, którego nie cierpię.
- I gdzie śpi...? - spytałam słabo. Przypomniałam sobie klitkę, w której gnieździła się Freja z Towiszonkiem, dopóki nie wykopała go na zbity pysk. Zrobiło sie luźniej, ale wciąż brakowało miejsca choćby na kanarka.
- Jak to gdzie śpi? - oburzyła się Freja. - O co ty mnie podejrzewasz?!
Spurpurowiała strasznie. Pomyślałam, że jej również przydałby się napad na barek, wyraźnie bredziła od rzeczy.
- No... - zawahałam się. - Na podłodze? Pod łóżkiem?
Freja prawie wypuściła parę uszami.
- Czyś ty zwariowała?! W swoim łóżku będzie spał, u siebie! Za kogo ty mnie masz?!
- Ojej... Będzie miał pokój i łóżko? Ale ja myślałam, że nie lubisz jamników...
- Nienawidzę! Powiedziałam bydlakowi: "Na balkon i tam ma leżeć!" Tak mu powiedziałam! I wiesz co? - Nagle zabłysnęła radością. - Tak zrobił!
Popatrzyłam z obrzydzeniem na szklankę z Soczkiem. Czterdzieści procent, akurat!
- Pani Hansen. Do rak własnych... - mędził upierdliwie Yuana. Dostarczał przesyłki.
W każdej firmie, właściwie - w każdej organizacji jest ktoś taki. Żeby nawet sprzątaczka miała na kogo spojrzeć z góry. Yuana ze swoim pyszczkiem zdziwionej papugi, z zerowym potencjałem i paskudnym świadectwem do tego właśnie się nadawał. Takie zapomniane, ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego dobrze wie, kiedy znajdująca się ledwie oczko wyżej recepcjonistka próbuje go spuścić w kiblu. Do tego elegancko i z uśmiechem.
- Do rąk własnych - powtarzał jak zacięta płyta. - Pani Hansen. Do rak własnych...
Recepcjonistka fukała jak wściekła nutria.
- Przesyłki masz zostawiać mnie. Świnn... Pan kierownik się irytuje, kiedy włóczysz się po biurach!
- Wiem, gdzie jest jej biurko. Pani Hansen, pani Hansen - idiota zapodał sobie melodię pod moje nazwisko. Oczywiście, że wiedział, gdzie siedzę. I wiedział, co to za przesyłki - wyciągał ode mnie kasę za to, że na razie tylko on to wie. Ale to, rozumiesz, mała, może się zmienić, jakbym sie tak natknął na Świnię, a potrzebowałbym podwyżki...
Świecie, świecie!
Muszę go zamordować. Nie ma innej rady. Ale niestety, życie jest jakże upierdliwe - musi chłopak poczekać na swoją kolej. Numer jeden na mojej Liście Do Odstrzału właśnie minął recepcję i wbiegł do windy. Facet ubiera się z ostentacyjną elegancją, jest absolutnie tępy i jest inspektorem, absolutnie nietykalnym służbowo. Jego stanowisko samo w sobie jest dla mnie zagrożeniem, ale dałoby się go jakoś wyminąć, gdyby sobie kretyn nie ubzdurał, że się ze mną ożeni. Dlaczego, pytam się? Ślepy przecież nie jest?
*Maruko maca przydługi nos*
Turpista? W każdym razie przejawiał niezdrowe zainteresowanie moją osobą i prywatnym życiem, co było mi wyjątkowo nie na rękę. Hitomi, Sanaka, Kanoma, czy jak on się tam dzisiaj zwie, to chodzący trup. Choć jeszcze o tym nie wie.
Minęło troche czasu, zanim ustaliłam wreszcie kilka faktów. wyliczałam je na palcach, wciąż nie przejeta maszyną do pisania.
- Rozwodzisz się - oznajmiłam.
- Tak.
- Z Towi... z Soanem.
- Tak! Co on sobie wyobra...
- Jest idiotą - ucięłam dyskusję na ten temat. - To przynajmniej nie ulega wątpliwości. Teraz... co było dalej? Acha! Mieszkasz sama, ale masz Sąsiada.
- Daisuke - podpowiedziała rozmarzonym głosem.
Już ma pierwsze objawy... Jak ona to robi? To jakiś rodzaj powolnej autodestrukcji, czy odmiana masochizmu?
- Niech mu będzie. Daisuke. Przyniósł ci pelargonie. Śpiewa. Jest piękny...
Energicznie kiwała głową.
- ...ma jamnika.
Freja westchnęła rozdzierajaco. Jamnik, wredne bydle, położyło się całą długością w poprzek wielkiej miłości i złośliwie merdało ogonem. Freja cierpiała strasznie.
- Otruj gadzinę - poradziłam, pomna swoich morderczych intencji wobec pięciu osób. Co tam jakiś jamnik! Zresztą nigdy nie lubiłam jamników.
Freja wyglądała na wstrząśniętą.
- Zwariowałaś? Jak to otruć? to przecież żyje!
- No właśnie. Przecież na tym polega problem. Rozwiaż go.
- Otruć psa?!
- Wtedy stanowczo przestanie merdać - wytłumaczyłam. Myśl o merdajacym jamniku w poprzek miłości wciąz błąkała mi się po głowie.
Moja radość wyraźnie nie udzieliła się Freji. Nagle spojrzała ponad moim ramieniem i zauważyła kogoś, bo z podejrzanym zapałem wróciła do klepania w klawisze.
- Psesyfka - powiedziało coś widocznie zaślinionego, gdzieś zza mojej głowy.
Odwróciłam się i zobaczyłam numer piąty z mojej Listy.
- Przesyłka - powtórzył wyraźniej Yuana. Z obrzydzeniem obserwowaam, jak chowa do kieszeni gumę do żucia. Istnieją chyba jakieś granice obrzydliwości? I pomyśleć, że zastanawiałam się kiedyś, czy nie lepiej byłoby go na przykad zauroczyć, zamiast zaraz mordować.
Fuuuj... Co za paszczur.
Podpisałam kwitek i spodziewałam się, że paszczur odpełznie gdzieś do swojej jamy. To jest... gdzieś, gdzie chowają się takie... - zmierzyłam go wzrokiem - pomyłki polityki kadrowej.
Zamiast się ulotnić, postanowił się troche do mnie powdzięczyć.
- Masz wolny wieczór, co? Wracasz sama do domu, co nie? - mrugnął do mnie.
Zaraz zwymiotuję...
Z nieubłagalną przyczynowością telenoweli do biura wtargnął Hitomi.
Nie, jednak nie. Prędzej szlag mnie trafi.

Yuana
a maszyny do pisania, bo stare ze mnie próchno, miłośnik wszelkiego starocia i w ogóle myślę retro
Indżoj.
poniedziałek, 19 października 2009 00:43:02
what's the big friggin' difference?