Rukislav - prawie jak Kyo...
Star

JRXC Main


♂♀  Dollhouse
HOME
LUV
ADD
ORESAMA

Star

Ofiary


miss-imbalancerakuen
szklarniamonaa-lizaa
Marzenia i sny. Urojenia.Matsu.
♂♀  DollhouseOpowieści dziwnej treści
Ichigo

Star

Bywam


maruk

♥homeland
♥deviation
♥maspejs
♥maruko fblog
♥maruko poszkole

dżejrokowe

♥fatima
♥obscure
♥miyavi

blogi

♥ichigo fblog
♥ichigo
♥s-u-s
♥tesa fblog
♥rzeźnia


Star

Starocie


2009
październik (4)
listopad (8)
grudzień (5)

2010
styczeń (3)
luty (1)
marzec (1)


O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Dnia 23 listopada 2009 o godzinie 23:00 głupota uciekła z Maruka, mówiąc:

"tradycyjnie: Maruko górą, Uruha kanałami"
Rukislav je małpa

I want your horror
I want your design
‘Cause you’re a criminal
As long as you're mine


Gdybym nazwała siebie intelektualistką, frazeologizm o gromie z jasnego nieba musiałby stać się faktem. Ale niemyślenie bywa zaskakująco inteligentne, w pewnych szczególnych wypadkach. Na przykład wtedy, kiedy wszyscy wiedzą, że Sanaka przebywał w kadrach, kiedy mordowano Gackta. Ja tego nie wiedziałam. Czy może raczej - nie wydawało mi się to oczywiste.
- Wyszedł z kadr - wyjaśniła trochę speszona Freja. - Widziałam, że siedział tam godzinę.
- Widziałaś tylko, że tam wchodził i stamtąd wyszedł! - upierałam się.
- To nie to samo?
- Nie, wcale nie.
Sanaka milczał, ściśnięty w kącie między Pash i Freją. Pash wcieliła się w rolę Pocieszyciela Uciśnionych.
- ...wiedzieliśmy, że cię nie lubi, ale żeby sugerować coś takiego! - Zgromiła mnie wzrokiem. - Wstydu nie masz! Zadźgałaś, kogo zadźgałaś, ale nie musisz już zaraz pociągać za sobą KOLEGÓW!
...odezwała się ta, co nabija karykatury Sanaki szpilkami. Ktoś tu rozpaczliwie pragnie wyjść za mąż i to chyba nie ja.
- Zamknij się, Pash. Tobie by nikt czegoś takiego nie powierzył, ale Sanaka jest firmowym inspektorem i na pewno dobrze wiedział o drzwiach za szafą! Jest wystarczająco piszczelowaty, żeby tamtędy przeleźć. No i po 17.00 pusto tam jak na cmentarzu, nikt by go nie widział!
- Jakie drzwi za szafą? - zapytał grzecznie Kyo. Za tym śliskim tonem czaiło się obłąkańcze "Dlaczego ja nic nie wiem?!" i zupełnie histeryczne "DRZWI ZA SZAFĄ?!"
Naprawdę mu współczułam. A nie wiedział jeszcze o chomiku w szafce na akta.
- Ach, no, drzwi. Przy remoncie zastawili je na chwilę szafą.
- Na chwilę...
- No... Dłuższą. Zdecydowanie dłuższą chwilę. Właściwie nikt chyba nie wie, co jest w tej szafie, bo zepsuł się zamek. No i nie wiedzieli, gdzie ją odstawić. A z drugiej strony drzwi powiesili ten idiotyczny rzut. Znaczy plan biura, zasłania pół ściany. Bo... E... Raz z Rukisławem trochę zdewastowaliśmy te drzwi, szczerze mówiąc.
- Jakim sposobem?
Na moment zapadła cisza.
- Naprawdę nie chciałby pan wiedzieć - zapewniła Pash wielce tajemniczym głosem.
- Ale to mało istotne! - zawołałam szybko. - W każdym razie drzwi są i działają.
- Za szafą? - upewnił się Kyo. - Którą ktoś zgubił?
- Obawiam się, że tak.
Obawiałam się też, że nadinspektor Kyo za moment dostanie ataku apopleksji.
- Czy ma pan coś do powiedzenia na ten temat? - zwrócił się do Sanaki.
Sanaka nawet na niego nie spojrzał. Wpatrywał się we mnie wystarczająco ponuro, żebym - przy odrobinie inteligencji - poczuła dreszcze. Na szczęście całe życie byłam głupia.
- Hansen ma rację. - Sanaka wyprostował się nienaturalnie. To zabawne, ale choć miewam często deja vu, to nie było deja vu. Ja po prostu wiedziałam, że taki matoł, jak Sanaka, w takiej sytuacji, powie właśnie to:
- Zabiłem prezesa i wróciłem do działu kadr przez księgowość. Wiedziałem o tych drzwiach.

Neruko rzadko odczuwała wyrzuty sumienia. Niespecjalnie. W końcu nie ona powoduje te... nieszczęśliwe wypadki, dzięki którym pewni ludzie przestają... przestają negatywnie wpływać na interesy innych ludzi.
Nie wykonuje roboty osobiście. Tylko... wskazuje miejsca. Dogodny czas. Podaje adresy. To nie jej sprawa, co chlebodawcy zechcą zrobić z jej informacjami, prawda? To wciąż tylko informacje.
No, ale tak zakablować koleżankę to co innego. Głupio wyszło z tą Maruk Hansen. Znały się. Maruk wiele czasu poświęciła starannemu, bardzo starannemu ukryciu się przed Aoim i Neruko nawet jej w tym pomogła - lewe papiery i tak dalej. No, ale Maruk była też bardzo ważna, odbierała te przesyłki, a teraz nagle mogli ją aresztować! No więc Neruko zawiadomiła Aoiego i teraz topiła kaca moralnego w kieliszku, co zapowiadało całkiem fizycznego kaca jutro rano.
- A zresztą to był pomysł Towy - dorzuciła jeszcze tonem usprawiedliwienia i z kolejnym kieliszkiem poczuła się odrobinę lepiej.

Niewiele dalej Uruha poczuł się znacznie, znacznie gorzej, niż jeszcze chwilę temu. Chwilę temu, na przykład, nikt nie deptał mu po głowie, nie ciągnął po schodach i - zdecydowanie - nikt nie groził mu smiercią. Wszystko to wydarzyło się właśnie teraz i - był tego pewien - miało związek z tą przeklętą Maruko.
Co jest nie tak z tą kobietą? Wszystkie krzywonogie paszczury powinny przejść przez życie niezauważone i w staropanieństwie dotrwać do grobowej deski, nie budząc żadnych sensacji. Ale nie. Ja sprawiałam kłopoty, całkiem kosmiczne i nie szczędziłam tych kłopotów nikomu.
Uruha zarył twarzą w niespecjalnie zachęcającą posadzkę. Mógłby przysiąc, że przebiegł po nim spłoszony szczur.
Do piwnicy nikt dawno nie zaglądał.
- Dzień dobry - przywitał się grzecznie Aoi, schodząc po schodach. Ktoś za nim zamknął drzwi i zapalił latarkę.
Uruha przypomniał sobie nagle, jak dawno się nie modlił.
- Chyba się nie znamy? - Aoi bez pośpiechu zapalił papierosa. - Chociaż... To chyba nie jest do końca prawda. Ty dobrze wiesz, kim jestem, nie?
Uruha spróbował odpowiedzieć, ale kilka dobrze wymierzonych kopniaków przypomniało mu, że istnieje coś takiego, jak pytania retoryczne.
- ...przez chwilę nawet uwierzyłem, że w mieszkaniowym są już całkiem obłąkani i mogli oddać to samo mieszkanie dwóm lokatorom. Ale widzisz, jestem podejrzliwy. To jest to, co Maruk nazywa moją paranoją. Sprawdziłem papiery i jedyną osobą, która wynajmuje ten lokal, jest Maruk Hansen. Dziwne, nie?
- Argh...
- Oj, przepraszam, przydeptałem ci włosy. Naprawdę nieźle ci szło, jestem pod wrażeniem. Nawet ten rudy kolor, no no, ktoś wam bardzo dużo naopowiadał o Maruko...
No właśnie, to aż dziwne.

I want your love and
I want your revenge
You and me could write a bad romance


Wstrząsające wyznania Sanaki na moment wywołały zamieszanie wśród zebranych, kiedy to każdy postarał się znaleźć możliwie najdalej od Mordercy. Co znaczyło w zasadzie, że przede mną został sam Sanaka [w trybie dramatu antycznego], trochę z boku miałam Kyo [pierwsze objawy pomieszania zmysłów], a za plecami stłoczyło się całe stado drogich kolegów i koleżanek. Oraz Pash i przyczajona w kącie Mana.
- Przyznaje się pan? - Kyo wyciągnął notes i długopis. Rozejrzał się za swoimi podwładnymi, zapewne na wypadek, gdyby skruszony winowajca postanowił - powiedzmy - sięgnąć po nóż do poczty.
- Tak. Zrobiłem to.
- Zadźgałeś Gackta na schodach? - zapytałam.
Kyo zerknął na mnie, poirytowany. Sanaka tylko pokiwał głową.
- Ha. - Poprawiłam okulary. - I otrułeś Rukisława, hm?
- Tak. To ja.
- Czym?
Sanaka się zawahał. Tylko chwilę, ale tyle wystarczy - przecież jeśli wsypuje się komuś trutkę na szczury, to trudno o tym zapomnieć. No, ale my przecież nie byliśmy pewni, czy to trutka, prawda?
Sanaka zmienił nagle front.
- Nie będę odpowiadał na żadne pytania bez adwokata.
- Jest takie pytanie, rozumiesz, na które nie musisz wcale odpowiadać. - Zdjęłam okulary, wyciągnęłam chusteczkę i zaczęłam starannie polerować szkła. - Właściwie to zastanawiam się nad tym od kiedy cię poznałam. - Założyłam okulary i poprawiłam włosy. - Dlaczego jesteś takim skończonym idiotą? Ehm. Żeby myśleć, że to ja, no nie wiesz czasem...
Sanaka wytrzeszczył na mnie ślepia i nic już nie powiedział. Wszyscy wytrzeszczyli ślepia, co zanotowałam w pamięci z ogromną satysfakcją. Centrum uwagi to właściwe miejsce dla pępka świata, za który niewątpliwie się uważam.
- No tak... - Obejrzałam sobie paznokcie. - To było bardzo miłe z twojej strony. I wystarczajaco głupie, żeby się tego po tobie spodziewać. Chciałabym czasem trochę mylić się co do ludzi, naprawdę.
- Maruk bredzi - oświadczyła Nobara gdzieś za moimi plecami. - Znak, że zbliża się wypłata.
- Nie, wcale nie - odpowiedziała Menti, z właściwą sobie powagą.
- No przecież słyszysz, jak bredzi!
- O tak, ale ja miałam na myśli wypłatę.
- Jest tutaj ktoś z płac? Przepraszam namocniej, że się narzucam, ale już po dziesiątym!
- O co pani chodzi? - zapytał Kyo, ignorując ożywienie personelu.
- Och, ten idiota, rozumie pan, nie zamordował Gackta. On tylko przeniósł go ze schodów do gabinetu dyrektora, bo tam miał najbliżej. No, nie mógł wiedzieć, że Mana jeszcze siedzi w sekretariacie...
- Ale po co?
Sanaka ponuro milczał.
- Och, to jest całkiem oczywiste, kiedy się trochę zna Sanakę. - Uśmiechnęłam się pobłażliwie. - Przeniósł ciało, żeby odsunąć podejrzenia od mordercy, którego, ehm... Lubi.
W biurze znowu zapadła cisza, jak makiem zasiał.
- Kogo mianowicie?
- No to przecież jasne? - Żachnęła się Pash. - To Maruko!
Kyo pokręcił głową.
- Nie, jestem przekonany, że pani Hansen nie...
- Ależ tak - przerwałam mu. - Sanaka przeniósł ciało, żeby odsunąć podejrzenia ode mnie. Prawda?
Sanaka, trochę zaskoczony, prawie zapomniał o swojej dramatycznej pozie.
- No... Myślałem...
- Ty myślałeś! Nie pochlebiaj sobie!
Nadinspektor Kyo spojrzał na mnie chyba pierwszy raz z tak absolutnie nieskrywanym obrzydzeniem.
- Przyznaje się pani do zamordowania prezesa?
- Co? - Zamrugałam. - Ach, nie! No niechże się pan pięć minut zastanowi, czy ja muszę myśleć za wszystkich obecnych?
- ...nie pochlebiaj sobie...
- Zamknij się, Pash! Gackt zginął na schodach, po którch, oprócz niego, tylko ja mam zwyczaj chodzić. Zginął od mojego noża! I jeszcze niedawno znajdował się na szczycie mojej... ehm... Listy Do Odstrzału. Sanaka po 17.00 chciał mnie złapać na schodach, ale tak, żebym nie widziała, że wychodził na korytarz. Więc przeszedł przez kadry, księgowość i kuchnię, na schodach znalazł trupa, zobaczył nóż i od razu pomyślał o mnie. Przeniósł ciało do gabinetu i wrócił do kadr ta samą drogą.
Kyo zajrzał do notatek.
- Ale pani nie schodziła schodami... I wyszła pani znacznie wcześniej.
- Właśnie - prychnęłam. - Najpierw dyrektor wezwał mnie na dywanik, później zjechałam windą. Na dole czekał Rukisław, ale on już tego raczej nie potwierdzi.
Wszyscy zaczeli się poszturchiwać i mrugać do siebie, idioci. Do Yuany wolałam się już nie przyznawać.
- Dyrektor wyszedł chwilę po pani i również zjechał windą. - Kyo rozsiadł się na moim biurku i wertował notes. - Ale, widzi pani, nie udało się ustalić godziny śmierci aż tak dokładnie. Od godziny 16.10 dział kadr, księgowość i kuchnia były puste. Jedyną osobą, która przeszła w tym czasie na schody jest pan Sanaka. Pani kręciła się po biurze tuż przed czwartą, wychodziła pani do kuchni, czyli równie dobrze około 16.00 mogła pani zamordować prezesa.
- Pan kogoś pomija - zauważyłam z niesmakiem. - Widzi pan, jeśli ktoś się nazywa Mana i siedzi w sekretariacie, w dodatku mnie nienawidzi, może swobodnie przejść przez gabinet dyrektora - pusty przed 17.00 - i wyjść na korytarz, zaraz obok schodów. To trwa ledwie minutę i stanowczo nikt nie mógłby tego zauważyć. A chyba nikt poza Maną nie mógłby wiedzieć, że Gackt postanowił odwiedzić biuro. Przecież to ona prowadzi kalendarz spotkań.
Wszystkie oczy zwróciły się na Manę. Stała sobie w kącie jak manekin i moje oskarżenia wyraźnie jej nie ruszały. Nie raczyła się odezwać ani słowem, mrugała tylko miarowo, co było chyba jedynym sygnałem, że wciąż żyje i - prawdopodobnie - słucha.
- Ma pani coś do powiedzenia?
Cisza.
- Może pan z tym samym powodzeniem przeprowadzić wywiad z jej biurkiem - zauważyła zgryźliwie Menti.
Ktoś się zaśmiał.
- No dobra, ale Ruki? - upierała się Pash. - Co z Rukim?
- Ruki łaził dzisiaj po biurze - zauważył Lay, który wyjątkowo nie opychał się niczym słodkim. - Dzisiaj rano przełaził nawet za szafą. I gadał z woźnym.
No tak. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak łazi i węszy, a później - tak, to cały Rukisław - idzie do Many i grzecznie tłumaczy, że nieładnie się zachowała. Rozmawiali, była bardzo sympatyczna, może okazała skruchę, zrobiła mu kawę... Może tylko podała, albo wsypała cukier. Święta Mamono, z wszystkiego w tym świecie największy dostatek idiotów!
Zauważyłam, jak Mana mruży oczy. Czekaj no, takich Gacktów możesz sobie wytłuc ilu ci się podoba, ale Rukisław nie zasłużył na trutkę na szczury.
- To tylko potwierdza to, co już wiem - powiedziałam na głos. - Naprawdę przez chwilę zastanowiłam się, czy byłabyś aż taka głupia, żeby rąbnąć ten notes spod biurka. No, ale chyba nie miałaś zbyt wiele czasu do namysłu. - Zwróciłam się do Kyo. - Pan zajmował jej biurko, a ona siedziała w gabinecie, prawda? Ale z gabinetu mogła wyjść do kuchni. Nawet nie sądzę, żeby planowała pozbyć się Rukisława, ale ten idiota sprawdzał te wszystkie przejścia, przylazł do kuchni przez ksiegowość, musiała to zauważyć. No i, znając Rukisława - wygadał się, że wszystko wie. To ten rodzaj matoła, niestety.
- A klucz z puszki? - przypomniał Kyo. - Te drugie drzwi z gabinetu, każdy mógł je otworzyć - jeśli zabrał zapasowy klucz.
- Nie sądzę. Kiedyś zwinęłam ten zapasowy i zamknęłam tego nietoperza - Manę, pardon - w sekretariacie. Rano następnego dnia okazało się, że nie miała swojego klucza i siedziała tam całą noc. Rukisław też to pamiętał... - Och, jeszcze jak, oberwał po głowie książką telefoniczną. - Po tej historii pewnie przywłaszczyła sobie klucz z puszki na stałe. Klucze są numerowane, wystarczy sprawdzić jej komplet. Zabrała mój sztylet, zadźgała Gackta i wróciła do sekretariatu. Po niej Sanaka wniósł do gabinetu ciało, bo myślał, że w ten sposób mi pomaga. Widzi pan, on też ma specjalny klucz, jest inspektorem. A Mana pewnie słyszała, że ktoś chodzi po gabinecie, ale mogła myśleć, że to Hide wrócił po coś, on czasem wchodził tamtymi drzwiami i - oczywiście - ma swój klucz, bo to jego gabinet.
- Ale zaczął dzwonić telefon - przypomniała sobie Freja. - I musiała tam wejść.
- Pewnie się trochę zdziwiła - wyszczerzyłam się do Many cokolwiek złośliwie.
- No... dobrze. Obawiam się, że będę musiał obydwie panie - i pana - tu Kyo zwrócił się znowu do Sanaki. - Zatrzymać w celu złożenia zeznań.
To mi się nie spodobało.
- Dlaczego ja? Wszystko wam wyjaśniłam, mam jeszcze powiedzieć, co macie z tym zrobić?
- Och, nie, jest kilka innych kwestii, pani Hansen.
- Chodzi o rękawiczki?
- To? - Wydawało się, że zapomniał o tym jakże krwawym dowodzie rzeczowym. - Jestem pewien, że zostały podrzucone.
- Znaleźliście ślady?
- Nie, ale znaleźliśmy sposób, żeby panią obserwować, pani Hansen. W czasie pani nieobecności rękawiczek nie było w kuchni i nagle się tam pojawiły, co dało trochę do myślenia naszemu... nam.
Odprowadzili mnie do drzwi, zaraz za Maną, która uparcie milczała i Sanaką, który również milczał, ale raczej ze zdziwienia. Chyba jeszcze nie zaskoczył, o co chodzi.
A ja wspominałam scenę w moim domu, nad ranem. Kiedy Kyo przeszedł przez całe moje mieszkanie i dopiero w kuchni zwrócił się do Uruhy "A pan to kto?", jakby przypomniał sobie, że powinien się zdziwić na jego widok.
Jeśli to jest tak, jak ja myślę, że to jest, to szlag mnie trafi prędzej, niż zdążę zauważyć.
- Poza tym, widzi pani, mamy do omówienia kwestię pewnych kopert... - dodał jeszcze Kyo, kiedy już jechaliśmy windą. - I pani nie do końca byłego narzeczonego.
Zauważyłam, jak Sanaka nadstawił uszu.
O rany.

I don’t wanna be friends

I don’t wanna be friends

I don’t wanna be friends


- To, generalnie, wywołuje obłęd. - Jowi pomachała fiolką przed nosem Honti. - Komu to podajesz, co?
- Nikomu niczego nie podałam.
Honti poprawiła się w fotelu. Nie wyglądała na zachwyconą odwiedzinami Jowi, ale Jowi nigdy nie przejmuje się specjalnie tym, czy jest mile widziana.
- Osobiście nie - prychnęła. - Ale oddajesz je swojemu lekarzowi, a on to komuś przepisuje. I ja tak sobie myślę, że twój przyszły mąż leczy się u tego lekarza i pewnie tylko dlatego jest twoim przyszłym mężem. Nawet nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy...

Za drzwiami stał nieznajomy facet, machał odznaką.
- Inspektor Toshiya - przedstawił się. - Zawsze każecie tak długo czekać?
- E... nie? - Miyavi wpuścił inspektora do środka i zamknął za nim drzwi. - Nie usłyszeliśmy dzwonka.
- Strasznie mi przykro, że przeszkadzam - nadąsał się Toshiya. Nie spał dziś zbyt wiele. - Muszę się rozmówić z niejakim Hide. Podobno wybierał się tutaj.
- E, tak. No. Wybrał się. Jest w kuchni.
Toshiya odwrócił się i zmierzył Miyaviego spojrzeniem.
- Jakieś kłopoty?
- Ależ skąd...
Pod drzwiami kuchni, na podłodze, siedzieli 4ge i Reita. Reita zezował do małego lusterka i usiłował opatrzyć bandażem nos.
- Dlaczego mi nie mówisz, idioto, że mnie trafiła? - dąsał się. - Nic nie poczułem, mogła mnie trafić w oko!
- Zdaje się, że jednak macie jakiś problem? - zapytał Toshiya.
Poderwali się z podłogi. Miyavi zdążył jeszcze jeszcze zauważyć, jak dziwny wyraz twarzy miał 4ge. Cokolwiek zażywał dotąd, teraz przestawało działać.
- To drobne nieporozumienie. Nic złego się nie dzieje...
- ...właśnie.
Zza drzwi kuchni rozległ się jakiś hałas.
- Panowie pozwolą... - Toshiya wszedł do środka.
4ge, Miyavi i Reita ostrożnie wyjrzeli zza drzwi. Noże nie latały, krew się nie lała, nikt się nie mordował.
Toshiya trochę przesłaniał widok, ale Ichigo i Hide siedzieli na kuchennym blacie, wśród rozbebeszonych artykułów spożywczych i raczyli się winem.
- O nie... - mruknął tylko 4ge, który niejasno przypominał sobie jakieś przeciwskazania, związane z przyjmowanym lekiem i alkoholem.
- Ziendobrr - powiedziała niewyraźnie Ichigo, zachwiała się i padła twarzą w chuderlawą pierś Hide. Pan dyrektor chichotał, najwyraźniej bez przyczyny, dla samej przyjemności chichotania.
Toshiya bardzo powoli odwrócił się do personelu, który właśnie próbował się ulotnić.
- Zawsze udostępniacie kuchnię w takich celach? - zapytał średnio uprzejmie.
- Oni tylko...
- Nawet nie chcę pytać, co oni tylko, szanowny panie! - Rozejrzał się z niesmakiem po zdemolowanym pomieszczeniu, zerknął niechętnie na dwie sponiewierane, rozczochrane postacie i opuścił kuchnię tak godnie, jak to tylko możliwe w takiej sytuacji.
- On myśli, że oni... - zaczął Reita, ale Miyavi, nie patrząc, nadepnął mu na nogę.
- Argh...
- Czy możemy jeszcze w czymś pomóc? - zapytał szybko.
Toshiya wypisał szybko formularz i podał do podpisu.
- To wezwanie na posterunek. to znaczy, że ma się stawić na policji - wyjaśnił, wyraźnie sugerując, że wątpi w umiejetność czytania wszystkich obecnych. - Jak najszybciej. w związku z morderstwem.
- Och...
- Właśnie. Do widzenia panom.
Toshiya wyszedł, emanując świętym oburzeniem. Cokolwiek skonsternowany personel przez chwilę jeszcze obserwował Ichigo, śpiacą w najlepsze w ramionach niespecjalnie przytomnego Hide.
- Ja tam nie wchodzę - zastrzegł zaraz Reita. - Morderstwo, tak?
- A wydawał się nieszkodliwy, nie?
- Wezwijmy taksówkę - zaproponował 4ge. - Wepchniemy ich tam i niech się pozabijają, jak przyjdą do siebie, gdzieś daleko.
Miyavi i Reita przyjrzeli mu się podejrzliwie.
- Ty wiesz - powiedział wolno Miyavi - że to pierwsza sensowna rzecz, którą powiedziałeś od roku?
- Nie wiem. Dziwnie się czuję.
Miyavi zastanowił się chwilę. Zakmnął drzwi kuchni - na wszelki wypadek - i zastawił krzesłem.
- Daj no mi tę fiolkę - zażądał.

Mijała szósta wieczorem, kiedy opuściłam posterunek szczególnie wymaglowana i zniechęcona do życia. Utrzymano zakaz opuszczania miasta, jak miło z ich strony, doprawdy. Szpiegostwo przemysłowe. To prawie obciach, być oskarżonym o morderstwo, rozwiązać sprawę na swoją korzyść i wpaść ze szpiegostwem przemysłowym.
Szlag, szlag, szlag... Przy najbliższej okazji porozmawiam sobie poważnie z Yuaną...
Tymczasem, ku mej rozpaczy, towarzyszył mi Sanaka.
- Przykro mi z powodu Rukiego - powiedział tym swoim tonem Męczennika Za Miłość. Żeby go pokręciło.
- Mówi sie trudno, żyje się dalej - odpowiedziałam sentecjonalnie, zresztą po maglowaniu miałam niejakie trudności z pozbieraniem myśli i mówiłam, co ślina na język przyniesie. - Nie musiałeś targać tego ciała do gabinetu, idioto, do końca życia będą cię posądzać o współudział.
- Przepraszam.
- Nie mnie przepraszaj, właściwie to nawet dobrze się stało.
Bez przekonania machnęłam ręką na taksówkę. Nie byłam nawet pewna, czy mam jakieś pieniądze. Uznałam, że Sanaka w końcu może się do czegoś przydać. Wsiedliśmy razem.
- Jak wpadłaś na to, że to Mana?
- Och, to przez przypadek. - Z roztargnieniem przetrząsałam kieszenie w poszukiwaniu papierosów. - Kiedy Rukisław chował rok temu notes pod biurko, skaleczył się o gwóźdź. Tylko Mana to widziała, zaglądała przez drzwi i nawet przyniosła mu plaster. Nikt więcej nie mógł tego stamtąd zabrać. Ale jeszcze wcześniej zastanawiałam się, kto mógł mnie tak nienawidzić, żeby to zrobić. I przyszło mi do głowy, że wcale nie chodziło specjalnie o mnie, tylko o Gackta.
Gdzie ja je schowałam...?
- Zabiła go, żeby pomóc Hide?
- Co? Ach, nie. Mana to nie ten typ. Zabiła go, bo miała do niego żal. Jak długo tu pracujesz? Trzy lata? Nawet nie. Widzisz, na samym początku to było tak, że Gackt siedział w tamtym gabinecie. I ona była jego sekretarką.
Szlag, rzuciłam to przeklęte palenie. Mogłabym czasem o tym pamiętać.
- Między innymi sekretarką, rozumiesz...
- Aha. Nie wiedziałem.
Wzruszyłam ramionami i wbiłam ręce w kieszenie. Oczywiście wiem, że nałogi są złe, ale czasami wolałabym, żeby było inaczej.
- W sumie z tych, co teraz pracują, tylko ja wiem. No i Mana. Pożarli się o coś, a ona, rozumiesz, nie jest z tych, co zapominają. Obmyśliła sobie wszystko i wykonała plan bardzo starannie. Tylko że ty jej całkiem nabruździłeś.
Kątem oka zauważyłam, że cieszy się tym jak dziecko. A to nie była nawet pochwała. Idiotów ci u nas dostatek.
Taksówka podjechała pod mój adres i wyskoczyłam szybko, zanim kwestia płacenia w ogóle zaistniała.
- Do jutra! - rzuciłam tylko i już wbiegałam po schodach...
...gdzie przypadkiem kopnęłam coś znajomego. Podniosłam wisiorek i obejrzałam bezmyślnie.
Chwila moment.
Gdybym nie znała swojego życia, mogłabym pomyśleć, że Uruha przypadkiem zgubił jedną ze swoich błyskotek, wychodząc gdzieś z domu. Wróciłabym do domu i zajęła czymś pożytecznym.
Ale znam swoje życie i zaniepokoiłam się od razu. O rany, coś mu się stało?
Wydało mi się, że drzwi do piwnicy były zamknięte, kiedy je mijałam. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś je zamykał, zamek i tak ledwo trzymał.
Zbiegłam szybko na dół i szarpnęłam za klamkę. W następnej chwili oberwałam w ten swój durny łeb, aż mnie zamroczyło. Trzeba być nieprzeciętnie tępym, żeby samemu ruszać przeciwko bandzie zbirów, ale ja przecież nigdy nie zgłaszałam żadnych pretensji do intelektu.

Nigdy nie rozumiałam za bardzo kobiet typu frejowatego, więc nie oczekujcie, że wyjaśnię, dlaczego w ogóle otworzyła drzwi. No dobrze, ja też mogłabym drzwi otworzyć, ale tylko po to, żeby Towę zrzucić ze schodów, względnie na niego napluć. Soana, pardon.
Freja otworzyła drzwi w celach pojednawczych. I nawet przyjęła kwiaty. Za to mogłabym ją kopać w kostkę przez wiele godzin, a i tak by nie zrozumiała, o co się wściekam.
- Mówiłam, żebyś nie przychodził - przypomniała. - Jak już tu jesteś, to wejdź, ale to jest OSTATNI raz!
Jak tam, pospadaliście już z krzeseł?
- Tylko sobie nie myśl!
- Nic sobie nie myślę - zapewnił pokornie Towuś, wyjątkowo zgodnie z prawdą. Zdziwiłabym się, gdyby myślał. W ogóle. Ale na pewno nieźle kombinował.
Z tym, że, widzicie, ja nie jestem tak głupia, jak wyglądam. Lubię pomagać ludziom w sposób, który zapewne nie przyszedłby im nigdy do głowy. I dobrze, bo w takim razie sami by sobie pomogli, ale widać nie wszyscy są zdolni do... No, do kombinowania właśnie.
Jeszcze w zeszłym tygodniu sporządziłam anonim i wysłałam priorytetem do pięknego sąsiada. Piękny Daisuke wziął sobie mój anonim bardzo do serca. Nie minęło pięć minut od zjawienia się Towy, kiedy ktoś wszedł bez pukania.
- Cześć, kotku - Daisuke wcisnął się na kanapę między Freję i Towę. - Nie mówiłaś, że masz dzisiaj gości?
- Umh... - mruknęła Freja, przez chwilę niezdolna do konwersacji.
- To twój mąż? - Obejrzał sobie Towę z odległości kilku centymetrów, mniej więcej tak, jak dzieci oglądają czasem coś obrzydliwego, pełzajacego w kałuży.
- Eee... tak?
- Och. Bardzo... mi miło.
Towa uśmiechnął się rozpaczliwie.

Kilka dni później, w szpitalu, obudził się Uruha. Od razu poczuł wszystkie połamane, wszystkie pocięte i wszystkie wyrwane z zawiasów kawałki. I wcale nie pomogło mu to, że pierwszym, co zauważył w swoim pokoju, byłam ja. Stałam sobie, owinięta w szlafrok, przy jego szafce i wyżerałam jego słodycze, przytargane przez jakąś dobrą duszę.
- O. - Wytrzeszczyłam ślepia. - Już nie śpisz?
- Mam nadzieję. To byłoby nie fair, żeby śniły mi się takie paszczury.
Upuściłam szklankę na łóżko, biedak zwinął się z bólu.
- Ojej, ja niechcący - wymamrotałam i pożarłam kawałek czekolady. Oblizałam palce. - No? Miałeś bliskie spotkanie z Aoim, czyżby?
- Skąd się tutaj wzięłaś?
Wskazałam rozcięcie na czole.
- Ruszyłam ci na ratunek, matole. Chociaż, po głębszym przemyśleniu - a miałam czas na przemyślenia - mogłam to rozegrać trochę inaczej. Straciłam narzeczonego, znaczy zmył się bez śladu i zastanawiam się właśnie, czy nie wystąpić o odszkodowanie z tytułu strat moralnych. Do policji. - Spojrzałam na Uruhę z niechęcią, ale nie miałam już więcej szklanek pod ręką. - Co się stało ze zwykłym leżeniem na dachu i podglądaniem? Wszystkim teraz podsyłacie aroganckich, niechcianych lokatorów?
Nie odpowiedział.
- Freja przyniosła ci słodycze - powiedziałam dla podtrzymania rozmowy. - No, ale uznałam, że nie będą ci specjalnie potrzebne. Chyba nie możesz wstać, co?
- A jak ci się, idiotko, wydaje?
- No ja nie wiem, pytam normalnie, troszczę się i co mnie za to spotyka? - Westchnęłam nad panoszącą się niesprawiedliwością. - Szkoda, bo myślałam, że może pójdziesz ze mną na ślub. Nasz dyrektor sie żeni, rozumiesz. Znaczy wywalili mnie z roboty, ale mam chody u panny młodej.
- Niezmiernie mi przykro.
- No, ale bez obaw. Za miesiąc ślub Freji. I, rozumiesz, mógłbyś mi jednak towarzyszyć. Widzisz, mogłabym niby pójśc z Sanaką. On wezwał policję i w sumie uratował nam tyłki, no, ale mimo wszystko nie dam rady sie zmusić. Facet mnie obrzydza. Rukisław nie żyje, Aoi zniknął - znowu - i zostajesz mi ty. Twój szef, Kyo, już się zaoferował, ale nigdy nie wiadomo, czy go w ostatniej chwili nie odwołają do jakiegoś trupa. O Yuanie nawet nie myślę. No, może czasami...
- Jednego nie rozumiem.
- Hm?
- Jak to się dzieje, że zawsze recytujesz taką listę? Jesteś strasznym paszczurem, bez obrazy.
- Nie obrażam się. - Rzuciłam karton po soku w stronę kosza. Nie trafiłam. - Pocieszam się, że nie gorszym od ciebie. Ale musisz przynać, że mam lepsze włosy.



prawdopodobnie jedyna inspirująca [mnie] fotka Uruhy

-------------

well, that's it, boys 'n girls
Mogłabym, oczywiście, rozwinąc pare wątków. Freja rozwiodła się z Towiszonem, Towiszon żebra na ulicy, Sanaka wstępuje do klasztoru, 4ge ucieka sprzed ołtarza, Ichigo zostaje panią dyrektorową, Maruko chodzi na piwo z Uruhą i tak dalej. No, ale kogo by to dłużej interesowało?

pracuję nad nowym opkiem

Lord & Ruler Maruk

Dodaj komentarz - dołącz do 6 odważnych *kusiciel*
Albo wróć.

Następne 1 Poprzednie

Ichigo.mylog.pl
Dnia 23 listopada 2009, o godzinie 23:39

89.77.29.91

hehe , rozwalił mnie ten ostatni odcinek XD , a ty jesteś całkiem mądra jak na pechową blodyneczke ;)
Czekam na nowe opo  :D


odpowiedz


Monika.mylog.pl
Dnia 24 listopada 2009, o godzinie 18:42

83.28.70.216

co z tego Kyo za detektyw, że sama musiałaś swoją sprawę rozwiązać _-_
i jeszcze ci ludzi do mieszkania ładuje
Sanaka walczący w imię miłości i sprawiedliwości XD
jaki ten los jest dziwny, najpierw się biją butami, wybijają oczy, wyrywają włosy, a tu proszę... co to za leki były o.O

czy ten Uruha ma na głowie drewniane wiadro? postanowił zatuszować fakt, że Maruk ma lepszą fryzurę?


odpowiedz


Monika.mylog.pl
Dnia 25 listopada 2009, o godzinie 00:15

83.28.70.216

Łooooooo!
Jak tu biało 8D


odpowiedz


F.mylog.pl
Dnia 25 listopada 2009, o godzinie 16:22

77.112.104.216

No i był happy end...
Tylko Uruha biedny! Pobili go za ciebie a ty mu słodycze wyżerasz i jeszcze go obrażasz! Może i masz lepsze włosy, ale on ma lepszy lakier! Ha! xD


odpowiedz


j-rock-x-cut
Dnia 25 listopada 2009, o godzinie 16:25

87.101.32.144

napisał(a):

No i był happy end...
Tylko Uruha biedny! Pobili go za ciebie a ty mu słodycze wyżerasz i jeszcze go obrażasz! Może i masz lepsze włosy, ale on ma lepszy lakier! Ha! xD

ty mnie chyba nie widziałaś nigdy z włosami na lakierze, pomijam fakt, ze moich włosów nie trzeba specalnie lakierować, są za grube, rozumiesz. wystarczy odpowiednio wysuszyć. ach. no i w ogóle kto kogo obrażał?


odpowiedz


metkamylog.pl
Dnia 26 listopada 2009, o godzinie 11:39

87.204.59.15

Huhu czyli maruk dedukcyjny, detektywistyczny ;p Ty morderco jedna, tylko byś zabijała w opowiadaniach. Może się zdziwisz ale pamiętam jeszcze fragmenty opowiadania o TH xD W kolejnym też będziesz siać terror? I dedukować? xD


odpowiedz