O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Uruha byłaby padła na twarz, gdyby nie stała tak blisko drzwi. Zderzyła się z nimi, wahnęła i usiadła na tyłku.
- Szlag...
Chyba jej się wydawało? ON?! Przecież nikt nie byłby tak głupi...
Przypomniała sobie, że ma siostrzenicę imieniem Maruko.
No dobrze, może ktoś dostatecznie głupi by się znalazł, ale wciąż... TO nie miało prawa się stać!
Ciotka Uruha nie przejawiała nigdy wielkiego sentymentu do strategicznego myślenia. Poderwała się na równe nogi, rzuciła krótko do rozespanej Ichigo:
- NIE WAŻ SIĘ STĄD RUSZAĆ, WYWŁOKO!
...i wybiegła z mieszkania, niemal tratując na schodach zaskoczonego Rukisława.
Maruko
Nienienienienienie! To nie-moż-liiiwe! ON WRÓCIŁ.
- Nie jedz mnie!!! - wydarłam się tylko, zanim padłam na twarz. Podciął mi nogi! Na odległość!
Podniosłam się, znowu padłam, zaczęłam pełzać w stronę płotu, który - jak na złość - zaczął sie oddalać! Aaaaaa! Jestem [porównywalnie] za młoda, żeby umierać! Zerknęłam za siebie, przetaczając się niezdarnie przez jakieś chaszcze i strzaskaną płytę.
Siedział tam, przyczajony na krawedzi dachu Kapliczki i przygladał mi się z uprzejmym zainteresowaniem. Dzieliło nas może z dwadzieścia metrów, ale wyraźnie czułam, że trzyma mnie za nogę! Beznosy Bożek Cmentarny Reita, we własnej osobie!
- Nie zjem cię - powiedział Reita. - Na razie nie jestem głodny.
Kiwnął palcem i to, co trzymało mnie za nogę, zaczęło ciągnąć, włócząc mnie przez mogiły i chaszcze wprost do drzwi kaplicy. Próbowałam stawiać opór, ale dało to jedynie ten skutek, że straciłam paznokcie.
- A kysz!!! Apage!!! MAM KOLEGÓW, NIE POKAZUJ SIĘ NA MOJEJ ULICY!!! - Darłam się w najlepsze i drzeć się tak mogłam do upojenia. Zamaskowany bóg Reita gapił sie tylko, ale mogłabym przysiąc, że pod tą chustą na twarzy śmiał się wrednie. O! Świecie, świecie, ZA CO mnie to spotyka?! No dobrze, tak między Reitą, a prawdą, to ja go jakby... tego... przypadkiem kiedyś wypuściłam na ten Cmentarz.
*chwila ciszy*
Ale udało mi się go szczęśliwie zamknąć w krypcie Kaplicy i nie rozumiem, jakim prawem to bydle znowu buszuje na wolności?!
- KTO CIĘ WYPUŚCIŁ?!
Zamaskowany upiór spłynął z gracją na stopnie kaplicy i chwycił moje tlenione kłaki. Myślałam, że teraz dźwignie mnie i postawi na nogi, ciągnąc za koafiurę... Niech tylko spróbuje! Bóg, czy nie - przegryzę mu aortę!!!
Ale nie. Obrócił tylko moją głowę, aż mi w kręgach zachrzęściło. Zobaczyłam. Zrozumiałam.
Na pobliskim nagrobku siedział Shinya i wiązał sznurówki. Moje wrzaski ucichły, co musiało zwrócić jego uwagę, bo uniósł głowę...
...i pomachał mi ręką, uśmiechnięty przesłodko.
...
Pomachał. Shinya. Wypuścił REITĘ na wolność i głupio się do mnie uśmiecha.
...
O ŚWIĘTA MAMONO!
Są takie chwile, w których człowiek naprawdę, ale to naprawdę żałuje, że z wszystkich żyjących tylko Mana potrafi zabijać wzrokiem.
Kyo
...spadł z łóżka i huknął porządnie głową o brzeg pobliskiej szafki. Zamroczyło go na moment. Leżąc z twarzą w dywanie, próbował sobie przypomnieć, co go obudziło. Śniło mu się coś... Ze zgrozą uświadomił sobie, że śniła mu się Maruko, a to już samo przez się było co najmniej podejrzane.
Podniósł się, rozejrzał po pokoju. Otaczał go całkiem niewinny bałagan, wszystko leżało nie tam, gdzie powinno, czyli tam, gdzie wszystko zostawił. Dla pewności wyjrzał przez okno. Ulica w dole opustoszała już dawno, padał śnieg i nic nie wzkazywało na to, żeby akurat rozgrywał się jakiś dramat.
Mimo to można było wyczuć Atmosferę. Kyo zirytował się trochę. No dobrze, może załapał to i owo od Uruhy, i jeszcze wczoraj panoszył się jako Władca Ciemności, ale wrócił do domu i wolałby nie odczuwać żadnych tajemniczości.
Nadąsany, wrócił do łóżka.
Wytrzymał tak kilka sekund, znowu wstał.
No dobra. Ale tylko na chwilę! Rozejrzy się i zaraz wróci... Chciał włączyć światło, ale lampa zamrugała tylko i zgasła. Wydało mu się, że w tym samym momemcie zrobiło się ciemniej również na zewnątrz. No cóż. Może elektrownia też czuje Nastrój.
Ubrał się po ciemku i wyszedł, mamrocąc inwektywy pod adresem Many. Wredny nietoperz zrobił mu coś z głową i Kyo nie był pewien, czy chce wiedzieć, co konkretnie.
Ichigo wabi Rukisława
Ichigo ziewnęła szeroko, przetarła ślepia, rozmazując makijaż w dwie różowo-czarne smugi i usiadła. Rozejrzała się po mieszkaniu Uruhy i od razu uznała, że nie jest to właściwe lokum dla gwiazdy. Maluśki przedpokój, duży pokój, połowę mniejszy od jej garderoby - wychyliła się trochę - aha, mała kuchnia, jeszcze jakiś mniejszy pokój. Wszystko to zawalone niewyobrażalną ilością mebli, mebelków. Na meblach i mebelkach wszelkiego rodzaju duperele - pamiątki z wielu podróży.
W zasadzie były to pamiątki po wielu narzeczonych, ale tego Ichigo nie musiała wiedzieć.
- Heloł...? - zapytała z angielska, na wypadek, gdyby w mieszkaniu przebywała jakaś istota godna tego, by przed nią szpanować.
Cisza.
No dobrze, coś trzeba ze sobą zrobić. W ogóle nie pamiętała podróży do tego dziwnego miejsca i to już wystarczająco działało jej na nerwy. W głowie układała rozpaczliwe odpowiedzi do wywiadu, jakiego niechybnie udzieli, gdy już media oszaleją z troski nad porwaną i cudownie przywróconą szołbiznesowi Ichigo. Kiedy tylko wróci. Porwanie porwaniem, trauma traumą, ale kasę trzeba robić.
Z pewnym niedowierzaniem odkryła, że obejście połowy mieszkania zajęło jej jakieś dwie minuty. Znalazła łazienkę, weszła... I szybko wyszła, żeby się uspokoić.
Uruha ma ten szczególny talent, że mogłaby zamienić w klaustrofobiczną przestrzeń nawet halę sportową - zwyczajnie kumulując kosmetyki. Może jako bałaganiara nie powinnam się wypowiadać, ale ciotka naprawdę przegina z przysłowiową zawartoscią babskiej torebki. A torebkę często opróżnia w łazience, metodą obrócenia do góry dnem.
Przemogła się, weszła do środka, powyciągała ze zlewu wszystkie przypadkiem tam wrzucone przedmioty i spróbowała umyć twarz tak, żeby niczego nie strącić. Gdybym to była ja, zgarnęłabym wszystko na podłogę i miażdżyła z lubością obuwiem, ale ja znam moją ciocię i jedyne, czego by mi nie wybaczyła, to naruszenie jej fryzury. Coś podobnego nigdy nie przyszło mi do głowy, nie tknęłabym jej fryzury najmniejszym palcem - mogłabym się przykleić...
Tymczasem Ichigo wcale nie znała mojej cioci i chwilowo przestała marzyć o prysznicu.
Równolegle Rukisław, jak to Rukisław, wpadł na genialny [ehm, ehm...] pomysł. Zauważył, że Uruha - to naprawdę w jej stylu - nie zamknęła znowu drzwi na klucz i pognała w nieznane. Rukisław postanowił więc wejść do jej mieszkania... W końcu co najgorszego może mu zrobić? Poza zamienieniem w coś paskudnego, na przykład.
klin/jak dla mnie, to nie musiałaby się specjalnie wysilać, bo już dawno ktoś go zamienił... koleś musi mieć w żyłach trochę tuszu z Xeroxa, jak ciotkę kocham!\klin
Przed godziną - Miyavina Reloaded!
Miyavi obudził się w zupełnej ciemności, było mu cokolwiek duszno. I niewygodnie. Pamiętał, że... Pamiętał... Była impreza. To na pewno. A później...
Spróbował się zorientować w obecnym położeniu i ze zgrozą stwierdził, że leży w podłużnej skrzyni, wyłożonej...
Bez namysłu pchnął wieko i wyskoczył z trumny jak poparzony. Odwrócił się szybko, starając się nie przyglądać - mogło się okazać, że trumna była już używana, zanim do niej trafił...
- ...Maruko?! - zawołał niepewnie w pustkę.
Ten kretyn zawsze myśli, że jestem sprawcą każdego lokalnego kataklizmu. Fakt, że akurat w dziewięciu przypadkach na pięć ma rację, nie ma tutaj najmniejszego znaczenia!
- Nie ma jej tu - odpowiedział ktoś zza stosów trumien. - Na razie.
Miyavi może nie jest przeraźliwie inteligentny, ale szybko skojarzył kilka faktów: że jest sam, że - tylko jakim cudem?! - tkwi w jakiejś krypcie i wreszcie - że to na pewno znowu wina tej cholernej Maruko!
Usłyszał kilka głuchych stąpnięć. Ktoś za jego plecami chodził sobie po starych trumnach. I mówił:
- ...właściwie nic do ciebie nie mam, rozumiesz... Ale wiesz, kiedy już przykleją ci łatkę wrednego upiora, to musisz dbać o swój wizerunek. I tak sobie myślę... Maruko mogłaby już nie zobaczyć braciszka, to byłoby w moim stylu, nie uważasz?
Miyavi zemdlał.
- ...ale z drugiej strony... - ciągnął niewzruszony Reita, ogladając paznokcie - ...z drugiej strony, chyba za bardzo by się ucieszyła, gdyby została jedynaczką. Nie zajmuję się dobrymi uczynkami, spełnianiem marzeń, ani podobnymi duperelami...
Miyavi - ze zrozumiałych przyczyn - powstrzymał się od komentarza.
Reita zerknął od niechcenia na leżącą bezwładnie ofiarę losu, znowu obejrzał swoje paznokcie. Co za czasy, nawet lakiery do paznokci nie są takie, jak kiedyś...
Ehm.
Ten kanciasty paszczur, Maruko, lubi sentymentalne powroty do swoich durnych blogów, tak? Zawsze wywlecze wszystko to, o czym wszystkim udało się już szczęśliwie zapomnieć. No, to się bardzo dobrze składa...
Reita pstryknął palcami.
W zasadzie nic się nie zmieniło... Pozornie.
Godzinę później, w chwili, kiedy usiłowałam wybić zęby Shinyi siłą spojrzenia, obudził się...
Nie.
Tak, to straszne.
Obudziła się lateksolubna Miyavi, moja [podmieniona w szpitalu! mówię wam, że tak było!!!] młodsza [no o tym mówię...] siostrzyczka!!!*
*w poprzedniej wersji JRXC Miyavi zaczynała jako moja milusia, Manopodobna siostrzyczka. która stała się Antychrystem, ale na krótko. koniec końców pozostała facetem. co jest - to chyba oczywiste? - kpiną z wizerunku Miyaviego i jego ewolucji przez lata. ostatecznie, mogę to zrobić też w drugą stronę, albo w poprzek, to moje opko. *wzrusza chudymi ramionkami* tak to jest, kiedy się człowiek bawi w rimejki własnego bloga...
Tym wstrząsającym zwrotem akcji [i płci] zakończymy.
Czy Reita mnie zje?
Czy Kyo zdoła się uwolnić od strasznego uroku? Tak na marginesie, to współczuję mu za każdym razem, kiedy spojrzę w lustro. Mana jest podły, podły!
No właśnie, czy Mana ruszy cztery litery i włączy się do akcji?
I kto zeżarł moje ciasteczka, chciałabym wiedzieć, dziękuję bardzo.
To i wiele gorszych w następnym odcinku!
*ucieka przed stadem żądnych krwi czytelników*

noł łeeej...Dogadaj Marukowi, dołącz do 2 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Powróciwszy z morderczej wyprawy, po wykonianiu kolejnej misji niemożliwej, na wpół zamrożona, wściekła, ledwie żywa i ogólnie zniechęcona do świata jako takiego, wtoczyłam się do przedpokoju. Mijała trzecia nad ranem.
Z kuchni wyjrzała moja kochana, jakże stęskniona Mamusia. Wyglądała na zatroskaną i chyba czekała na kogoś,
- GDZIEŚ SIĘ SZLAJAŁA?!!
- Ee...
- Gdzie jest Miyaviś?!! Wczoraj wieczorem wyszedł i jeszcze nie wrócił do domu!!!
- Ale...
Zresztą czego się spodziewałam? "Witaj, jak było?" To przecież moja Mamusia. Dobrze znam moją Mamusię. I w kostkę kopanego braciszka. Znowu gdzieś zaginął, sierota zarzygana!
- Pójdę go poszukać - powiedziałam zmęczonym głosem. O rany, jak ciotkę kocham, ten człowiek powinien dostać wyrok dożywotniego żłobka!
Gdybym nie cierpiała na bezsenność, pewnie padłabym na twarz tuż za progiem. Trzymałam się nad podziw dobrze, ale - przyznaję - nie byłam do końca pewna tego, co widzę. Konkretnie nie byłam pewna, czy na pewno to, co widzę, w pełni pokrywa się ze stanem rzeczywistym. Na przykład - pytanie za sto punktów - czy Kyo właśnie siedzi na schodach i - o dżyzas! - płacze, czy to tylko kilka dni z Maną, mróz, głód, brak snu i moja prywatna paranoja?
Ludzie czasem nie zdają sobie sprawy, jak rozbieżne bywają odległości po kilku dniach bez snu. W tej chwili spróbowałam podejść do Kyo i trącić go palcem tak, żeby - na przykład - nie wybić mu oka. W coś trafiłam i nie zaczął wrzeszczeć, więc chyba mi się powiodło.
- Ej... co ci?
- Nie wiem - Zaczął się gapić, znowu jakoś głupio. Wiem, że jestem mało domyślna i w ogóle, ale tego by nawet bóg Reita nie zrozumiał! Koleś zaprowadził rządy terroru, dostał od nas po głowie, wrócił, siedzi na moich schodach, maże się i głupio patrzy!
- Czego chcesz? - spytałam podejrzliwie.
- Um... Nic. Tak jakoś pomyślałem, że powinienem wejść do tego domu...
- I dobrze pomyślałeś, jełopie, mieszkasz piętro wyżej!
- E... tak. Rzeczywiście.
- Skoro to już ustaliliśmy... Czego chcesz NA PARTERZE? Zalewasz mi podłogę!
Znowu ten wzrok jamnika! Nie! Szlag mnie trafi!
- Zwijaj się stąd, jak nie masz tu nic do roboty!
Wybiegłam pędem z klatki schodowej - na wypadek, gdyby kretynizm okazał się zaraźliwy - i zatrzymałam się po drugiej stronie ulicy, żeby chwilę pogłówkować. No dobra. Gdzie ten matoł, Miyavi, mógł się zawieruszyć? Imprezę z przyjaciółmi wykluczyłam od razu - Miyavi nie ma przyjaciół. Prędzej wybrał się gdzieś nieproszony i zamknęli go w piwnicy, żeby nie zawadzał, albo co...
Postanowiłam obudzić Dominisię i zadać jej kilka kłopotliwych pytań.
Ciotka Uruha preferuje dość niefrasobliwe podejście do życia. Ichigo działała jej na nerwy w czasie podróży, więc bez namysłu uciszyła ją całkiem zwyczajnym proszkiem z apteki. Odrobinę przesadziła, w wyniku czego Ichigo - bezwładna jak kłoda - spoczywała na ciotki kanapie i wyglądała cokolwiek niezdrowo. Wyraźnie nie miała zamiaru się obudzić przez najbliższe sto lat.
Zawsze troskliwa Uruha najpierw nakarmiła kota.
Po czym wróciła do dużego pokoju i przyjrzała się krytycznie śpiącej Ichigo. Rozważała właśnie wylanie wiadra wody, tudzież cucące zrzucenie ze schodów, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Uruha spojrzała na zegarek.
Wpół do czwartej. Przypomniała sobie nagle, że - taszcząc do środka Ichigo - zapomniała przekręcić zamek. Sięgnęła więc po solidny parasol - akurat tkwił w przedpokoju - i ostrożnie wyjrzała przez wizjer. Na klatce schodowej panowała ciemność.
Coś zgrzytnęło, ciotka spojrzała w dół i zamarła w bezruchu, obserwując przekręcającą się wolno klamkę...
Kyo nie był przekonany, czy naprawdę chciał to zrobić. To znaczy - owszem, wszystko w nim aż krzyczało, żeby pognał za Maruko, porwał ją w ramiona i takie tam. Ale jakiś wyjatkowo upierdliwy kawałek świadomości przypominał, że Maruko paszczurem jest, że on - na dobrą sprawę - nigdy jej nie lubił, ona jego tym bardziej i w ogóle coś tu nie gra.
Znaczy że niby nagle odkrył, jaka nadobna jest ta Maruko, zasłona mu opadła z oczu, zakochał się, jakby nie miał nic innego do roboty? Co to ma być - opowiadanie nawiedzonej małolaty z dostępem do neostrady?
Kyo z ogromną niechęcią - i niejakim zdziwieniem, skąd ta niechęć się bierze - wrócił do swojego mieszkania. Dawno go tutaj nie było i... no, nie przedstawiało się za dobrze. Jutro tutaj posprząta. Jutro, w właściwie już dziś. Właśnie. Wyśpi się i... i wszystkie głupie myśli znikną. Obudzi się zupełnie niezakochany w Maruko i zupełnie normalny. Zakochanie w Maruko nie jest normalne, wcale a wcale. Tym bardziej błyskawiczne, a takim własnie było i Kyo żywił niejakie podejrzenia, że Mana mógłby mieć coś na ten temat do powiedzenia - gdyby mówił.
*zasnął i przyśniło mu się, że ucieka przed stadem rozjuszonych porno klonów z poszkole.pl... wiecie, że tylko dziś jakieś 20 razy jakiś pokemon utożsamił mnie z avatarem z twarzą Kyo? ...że wczoraj pewna pokemonica zwróciła się do mnie per "ty żółtku"? przyszłość narodu polskiego lęgnie się na poszkole!*
Ehm. Do rzeczy.
Przelazłam przez dziurę w płocie na cmentarz. Okno Dominisi wychodzi wprost na nagrobki i liczyłam na to, że uda mi się do niego wdrapać. W razie niepowodzenia tego planu, zostaje jeszcze stare dobre rzucanie kamyczkami w szybę.
Niby mogłam zadzwonić do drzwi, ale... Prawie na pewno otworzyłby Aoi, a jakoś... nie miałam ochoty się z nim widzieć. Nie, żebym się obawiała spotkania z podstępnie porzuconym narzeczonym, ale... Może nie dziś. I jutro też lepiej nie.
Przedarłam się po omacku przez chaszcze i oceniłam sytuację. Kurde, za wysoko. Nie ma to jak być wzrostu Towiszona.
Potarłam nos w zadumie i wykoncypowałam sobie, że jeśli Miyaviś tkwiłby w piwnicy, pewnie by wrzeszczał. No, ale w końcu po coś tu przyszłam, może Dominisia widziała przynajmniej, w którą stronę ten pokemon się oddalił...?
Znalazłam kilka kamyczków i zaczęłam rzucać...
Stuk... Stuk...
Skrzyp.
Zabawne... Całkiem, jakby ktoś otworzył drzwi starej kaplicy.
St...
Znieruchomiałam wpół ruchu. Naprawdę nie musiałam się odwracać. Nie musiałam widzieć, jak ta przeklęta kaplica zgrzyta osobistymi zawiasami. Mogłam to sobie zwyczajnie wyobrazić. Mogłam wrzasnąć i zemdleć ze strachu. Dać nogę z cmentarza. Cokolwiek, co robią ludzie, kiedy czują ATMOSFERĘ.
Ale nie ja. JA musiałam się odwrócić i doznać nagłego, cholernego objawienia!
- Kobieta mnie bije! - łkał rozpaczliwie Rukisław.
- Raz ci przyłożyłam, nie dramatyzuj! - Uruha obejrzała z żalem złamany parasol. - I czemu się włóczysz po nocy?!
- Słyszałem, że wracacie i chciałem zwrócić papiloty! A ty mnie od progu...
- W ŚRODKU NOCY?!
- I tak nie śpisz - burknął, pociągając nosem. Rzucił paczkę z papilotami na stolik, spojrzał w głąb mieszkania...
- Przecież to jest...
- Załatwiłeś już swoje sprawy?!
- Ale tam leży...
Ichigo, jakby zadziałał jakiś chłopoczuły radar, zaczęła się budzić do życia. Przeciagnęła się słodko.
Uruha zgrzytnęła zębami, aż zachrzęściło.
- Wont, pokemonie! - wypchnęła Rukisława za próg i zatrzasnęła drzwi. Przekręciła zamek.
I wtedy TO się stało.
Dogadaj Marukowi, dołącz do 21 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Prewjusli in Dżej-er-eks-kat:
- Soan oświadcza wszem i wobec, że jest mężem bohaterki, przypadkiem też autorki opka, czym wzbudza śmiech na sali i tejże autorki zdumienie.
- Ciocia Uruha trafia na bankiet u Kyo, kończy misję niezbyt komfortowo związana i wszystko wskazuje na rychły przymus matrymonialny, co jest bardzo popularne w środowisku Władców Ciemności i sprawia, że fabuła jest taka dżezi.
- Uwięziona w wieży Księżniczka Popu, niejaka Ichigo, nieomal pada ofiarą ratunku z rąk Maruko, ale z opresji wybawia ją dzielny Toshiya, który wkrótce rozprawi się z... Zaraz, zaraz, coś się tu pokićkało chyba. On ratował... znaczy ratowana była ona i on się rozprawi... Znaczy zjawił. *zerka podejrzliwie do notatek* No dobra. Kto bazgrał w moich notatkach, Kyo, lepiej się przyznaj!
Eniłej, pożegnajcie szare komórki i przygotujcie się na Wejście Many. *zakłada ochronne gogle*
---bardzo zdziwiony Miyavi---
- Przepraszam, że niby
czym jesteś?
- Mężem twojej siostry.
Miyavi przyjrzał się Soanowi uważniej... Trudno jednoznacznie określić, kto jest w typie Maruko, a kto nie. Ale coś Miyaviemu podpowiadało, że Soan wypadł z kategorii za samo uczesanie.
- A ona o tym wie...?
NIE! I wcale NIE CHCE się dowiedzieć.
---Maruko, Ichigo, Toshiya---
Nie jestem szczególnie magiczna, wiecie. Jakoś nigdy nie miałam do tego talentu. Biegam boso po śniegu i nie sypiam. A gdyby mnie ktoś drażnił, mogłabym wyjść mu nocą z telewizora. Ale walka z opętanym żądzą zemsty kolesiem? Dziękuję, postoję.
- KYAAAAAAAAAAH! ._____. JA JUŻ NIE BĘDĘ!!!
- Za późno - zawyrokował Toshiya i powiesił mnie za kołnierz na haku od żyrandola. - Moment, zetwu - Uśmiechał się! Cały czas się uśmiechał! ŚWIĘTA MAMONO, obedrze mnie ze skóry?!!
Zostawił mnie, miotającą się w miejsce lampy i zaniósł zemdloną... *taaa, jasne! widziałam, jak mrugasz, ty Izałro z odzysku!!!* ...Ichigo na łoże.
No nie chciałabym nic sugerować, ale słyszałam jakieś PODEJRZANE cmokanie! *Potępiający Wzrok Pełen Zgorszenia*
- Przepraszam, czy ja wam przypadkiem nie przeszkadzam?!
- A owszem.
Podniósł się znad zemdlonej mimozy i wrócił do mnie. Zaplątałam się we własny płaszcz i musiałam wyglądać trochę głupio, wisząc jak ten nietoperz - dobrze, że przynajmniej nie głową w dół. No dobra. Honor honorem, ale obdzierać ze skóry się nie dam.
*wzrok jamnika*
- Przepraszam. *._.* Będę grzeczna. *palce prawidłowo skrzyżowane* Słowo!
- Za późno - powtórzył i zabrał z rózowej komódki różowego boomboxa.
---Kyo, Uruha---
- Ja nie wiem! - Uruha spróbowała wcisnąć się głębiej w fotel. - Nie zmusza się ludzi do podejmowania takich decyzji o drugiej w nocy!
- Nie każę ci o niczym decydować - zdziwił się Kyo. Założył jej na głowę diadem i troskliwie poprawił sztywne od lakieru kłaki. - Nie masz tu nic do gadania.
- Dlaczego mnie to nie zdziwiło?!
Ciocia Uruha zawsze uciekała sprzed ołtarza. Na wiosce stawialiśmy kiedyś zakłady, czy tym razem wyjdzie za mąż. Obecnie zakładamy się w której minucie wyjdzie z kaplicy/urzędu, jakim pojazdem odjedzie - trafiły się już rower i deskorolka - a nawet ilu gości znokautuje w drodze do wyjścia. To tradycja.
No, ale trzeba uczciwie przyznać, że na poprzednich ślubach nie tkwiła przywiązana do mebla. Narzeczeni czuli ducha fair play, zawsze zostawiali ciotce drogę ucieczki, polegając na więzach miłości. Kyo postawił na więzy z czarnej wstążki, co - jak na razie - zdawało egzamin.
- Nie masz tu nikogo, kto może udzielić ślubu! - sprzeciwiała się rozpaczliwie Uruha. - Ma być kapłan i ołtarz, i wszystko!
- Kapłan już jest. - Kyo poczochrał się po główce z zakłopotaniem. - Tylko ołtarz nam się załamał.
- CO wam zrobił?!
- Zapadł się pod kimś. - Kyo łypnął wściekle na Die. - Ale winni zostaną ukarani w słusznym czasie.
- Nie ma ołtarza, nie ma ślubu. - Uruha zadarła nosa. - Za kogo ty mnie masz?!
- Za byłą co drugiego faceta na ziemi? - wtrącił Kaoru gdzieś z tyłu.
- Kto to powiedział?! KTO ŚMIAŁ?!!
---Maruko---
...i wyciągnął z kieszeni płytę. Znałam tę okładkę. Znałam ten zespół.
Nie. To zbyt straszne. Nie zasłużyłam sobie!
- NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!! LITOŚCIIIII!!!
Miotałam się jak szalona, ale nie było ucieczki. Toshiya włożył płytę do odtwarzacza, podkręcił decybele i włączył... Rozległy się straszliwe, znajome dźwięki... I w końcu GŁOS.
...
Wcześniej tylko się darłam. Teraz zawyłam z bólu. Niech się jeszcze zgłoszą fanki uroczego uśmieszku Toshiyi! To zwierzę!!! MNIE torturować MORANEM?!!
---Grand Finale---
- Co się dzieje? - zaniepokoiła się Uruha. Gdzieś z oddali dobiegał straszliwy wrzask. - Obdzieracie Maruko ze skóry?!!
- Ależ skąd - Kyo pozwalał sie czesać i ubierać oswojonym fankom. Co za wstrętny typ! - Zdaje się, że dostała się w ręce Tota.
- On dostał wczoraj płytę z Allegro - poinformował Die, a Kaoru zachichotał. - MORAN chyba pisało, ne?
Uruhę aż zatkało.
- Moran?!! - wybuchnęła. - To niehumanitarne! Ona ma SŁUCH MUZYCZNY!!!
Więcej nie było jej dane występować w mojej obronie, bo mrohne służebnice Kyo opadły ją z wszystkich stron, uwalniając chwilowo i usiłując przecisnąć białą kieckę przez głowę.
- Argh... Tępe kobyły, nie ten krój! POGRUBIA MNIE!
Tak. Niektórzy to mają zmartwienia.
5 minut później...
...do niektórych dotarła powaga sytuacji.
- Za żadne skarby świata! Kyo! Świnio! Porozmawiajmy o tym *_*
Stado mrohnych panienek ciągnęło Uruhę po posadzce do ołtarza, zza którego szczerzył się Shou. Znaczy się kapłan - na pół etatu. Ciotka spróbowała złapać się podłogi i straciła wszystkie paznokcie. Że nie zapłonęła żywym ogniem, to aż dziwne.
- ZA TO mi zapłacicie!!! *Z.U.O.*
Kilka dziewoji padło na twarz z wrażenia, ale było ich zbyt wiele - sunęły do ołtarza, zaślinione, otumanione i zadziwiająco nieczułe na opór wkurzonej Uruhy.
W tej pełnej napięcia chwili zwrócimy się na chwilę do ołtarza, przy którym, na tronie, siedzi Kyo...
I dłubie sobie w zębach. Tak, to on.
Uruha uznała, że nie ma innej rady. Czasem człowiek po prostu musi.
- MANA! - wrzasnęła. - PRZYBYWAJ!!!
Witrażowe okno eksplodowało w tysiąc - jakież to poetyckie - odłamków i na kamienny ołtarz spłynął czarny cień. [Patrząc pod odpowiednim kątem, można było dostrzec coś na kształt nietoperzych skrzydeł, ale ja tego wam nie powiedziałam.] Mana poprawił fryz, potoczył wzrokiem po sali i zatrzymał łypiące swe ślepia na Kyo.
I wyzywająco zamilczał.
- Ee... My właśnie wychodziliśmy... - wymamrotali Kaoru, Die i Shou, ruszając ukradkiem do bocznego wyjścia.
Kyo pstryknął palcami i znieruchomieli w pół kroku.
Fanki też zamarły w bezruchu, ale nie za sprawą Kyo. Oto ich mrohne, tuptające w trampkach, oshare móżdżki zarejestrowały dwa słońca na firmamencie i wyłonił się straszliwy Dylemat.
Ten jest taki... smukły.
Ale ten drugi... Malusi. __$ff!t@$$|\|3______[!]
No, ale ten ma takie dżezi włosy.
Czarne.
Blond.
I... I jeszcze milczy. Jakie to głębokie!
...ma krzywe ząbki *o*
Ogólnie zawiasa dostały, ot co. Czego Uruha nie omieszkała wykorzystać - wycofała się na bezpieczną odległość, choć nie tak daleko, żeby nic nie widzieć. Pojedynek Wizerunków! Wyższa szkoła jazdy! No, no, będzie o czym na blogu pisać.
Akurat przestałam wrzeszczeć, ale nikt szczególnie nie zwrócił na to uwagi.
- Jedno pytanie - Kyo wstał leniwie i przeciągnął się, znudzony. - Po co targałeś ze sobą te dwie baby? Mięso armatnie?
Mana przewrócił oczami i machnął od niechcenia różdżką, jakby chciał powiedzieć: "Wiesz, kanon, te sprawy..."
- No, to jeżeli masz coś do pokazania, to dawaj. Jestem trochę zajęty.
Mana.. Nic nie zrobił. No dobra, USMIECHNĄŁ SIĘ. Raczej mało serdecznie. Skrzyżował ramiona na chuderlawej klacie i wyraźnie na coś czekał...
Rozległ się huk...
- Oj... - Uruha schowała się za najbliższy mebel.
Właśnie wpadałam przez sufit. Nie sama zresztą.
---w domu zue rzeczy nas czekają---
Miyavi pomykał do domu, trochę zdziwiony tym, że przetrwał na imprezie do końca. I niebotycznie zdumiony tym... Tym niespodziewanie zapoznanym... O kurde, SZWAGREM!
MYV aż się potknął z wrażenia i padł twarzą w śnieg. Fakt, że trochę za dużo wypił, ale bez przesady! Co za bydle się nocami wygłupia?! Rozejrzał się i zobaczył nogi... Sama wysokość podeszwy na razie odebrała mu chęci do stawania na własne nogi.
Spojrzał w górę.
- Oj... - powiedział [przypadkiem całkiem synchronicznie z Uruhą]. - Shinya?
---pod Zamczyskiem---
Ichigo, cokolwiek potłuczona gwiazdka popu, rozcierała posiniaczony tyłek.
- A ja, psia mać, WŁOSY ubezpieczyłam!!! - wyrzucała sobie. - SPOTKAMY SIĘ W SĄDZIE!!! Co jest grane, co?!
Sama chciałabym wiedzieć. To znaczy... Jakby trochę pamietam. Moran był *wzdryga się* I... I Toshiya śmiał się szatańsko i dawał głośniej, i głośniej, i... I coś.
- Ciotka, o co kaman?
- Nic, nic - poklepała mnie po łbie. Ta to lubi zapominać, ile lat temu bujała mnie w wózku. - Trochę cię poniosło, co? Hahaha.
- Haha.
- No, w zasadzie nie musiałaś zaraz rozwalać dachu..
- Rozwaliłam?
- Ani gryźć tego biedaka. Ehm. To niehumanitarne.
- Gryzłam?! - O matko. Na dezynfekcję i do dentysty! Ekspresem!!!
Toshiya leżał pod murem i jęczał. W ogóle wszyscy leżeli, porozrzucani. Ostatecznie nie kłóciłabym się o Kaoru, o Die, czy stłuczony tyłek Ichigo. Tyłek i Toshiyę sama załatwiłam, chciałabym wiedzieć jakim cudem. Nie wiadomo, jakie jeszcze pokłady furii mogliby we mnie obudzic, gdyby zamiast płytą, torturowali mnie żywym wokalistą.
Ale Kyo?
- Ciotka... - Pociągnęłam ciotkę za rękaw. - Ciotka, czemu ty mu tak zwyczajnie... W łeb przywaliłaś?
- Co za pytanie! to zwierzę chciało mnie zawlec do ołtarza!!!
- No tak... - pokiwałam głową z dezaprobatą. - Władcy Ciemności, ofiary z ludzi, ciekawe co jeszcze wymyślą!
- Niezupełnie o to mi chodziło...
- Ale wiesz... - Zamyśliłam się. - To dziwne, nie? No, wpadłam przez sufit, ale dlaczego on się tak zdziwił, że aż dał się w łeb walnąć mebelkiem? No wiesz, tak popatrzył... No i... Gapił się...
Uruha zaczęła sie rozglądać wokoło, wyraźnie unikając kontaktu wzrokowego. To obudziło we mnie paskudne podejrzenia...
- Co wyście mu zrobili z głową ZANIM oberwał w nią meblem?!
Na razie nie doczekałam się odpowiedzi. Sama oberwałam w łeb różdżką Many, co oznaczało, że wyruszamy do domu. Ichigo darła mordę, aż ciotka Uruha przyjęła ją na swoją miotłę. No i musieliśmy zabrać Kyo, sprawcę tego całego bałaganu. Żeby przypadkiem nie zapomniał o tapetowaniu u mojej mamusi i nie zaczął od nowa zabawy w Zuowieshczość.
Wszystko jasne. Ale wciąż mam jedno pytanie:
Maruko: Dlaczego JA musze targać Kyo?
Uruha: bo to ty miałaś opis "Kyo <3"
Maruko: Przez godzinę! To nie fair! ODCHROMOL SIĘ Z TĄ RÓŻDŻKĄ!!!

no nie mogłam się powstrzymać, żeby się tego nie dopuścić xD
dodam tylko, ze to na potrzeby prowokacji na poszkole
Czy Tru Law Toshiyi i Ichigo przetrwa jego pieszą podróż do domu?
Jaki niecny plan uskutecznia Shinya na moim braciszku?
I czy odzyskam przynajmniej mój tusz do rzęs, który ten jełop ma ze sobą w torbie, chciałabym wiedzieć, dziękuję bardzo.
Tego i wiele więcej dowiecie się w następnym odcinku!
Dogadaj Marukowi, dołącz do 4 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
---w domu---
Miyavi pomknął do Kostnicy, dziarsko skrzypiąc lateksem. No, może nie była to prawdziwa kostnica. Nie tak do końca. To tylko dom przy cmentarzu, ale chodzą dziwne plotki na temat tej lokalizacji...
W każdym razie w domu mieszkają Dominisia & Aoi, prawdopodobnie najgorzej znoszące się rodzeństwo pod słońcem. Rzucanie meblami i interwencje na porządku dziennym.
klin/Dominisia była kiedyś miłym dziewczątkiem, prawidłowo odchowanym na Bravo, ale stwierdziła, że to już nie jest cool i teraz wspiera sprawę czynienia ZUA przez Kyo - co manifestuje przez czarne paznokcie i ogólne zmrohnienie wizerunku. Bou? Shou? Ichigo? Reita? Ha! Śmieje się z nich pogardliwie! Oto teraz dorosła [lat 15] i już WIE, że młodzi ludzie w lateksie, proste białe włosy i piosenki o bólu istnienia są do bani. Prawdziwie dżezi są starzy ludzie, którzy w wieku 35 - 40 wyrzekli się lateksu, hodują okropny odrost, nie prostują włosów i śpiewają piosenki o bólu istnienia, jednocześnie wymiotując, co świadczy o wyższych kwalifikacjach w dziedzinie mrohu&zua&zarabiania wielu pieniędzy na wielu fankach o czarnych paznokciach.\klin
Dominisia aktualnie świętowała zaliczenie semestru [średnia 2.0] i dom chodził w posadach. Aoi zwykle przy takich okazjach biega po domu i usiłuje wyrzucać gości oknami, względnie łazi za Dominisią i mędzi, po drodze chowając drinki - metodą uprzedzającego wypijania.
Ale nie dziś.
- Njjee ma Mauu... Marrrrrrruuukooo... - Aoi uwiesił się na siostruni. - Hzie ona jeeezzzdd...?!
- Co mu jest? - przestraszyła się Evka.
- Rzuciła go. Znowu.
- Dlaczego tym razem?
- Podarował jej róże.
- Róże? Marukowi? Stracił rozum?
- Najpierw musiałby go mieć.
Dominisia wyszła z kuchni.
Dominisia wróciła do kuchni i podejrzliwie przyjrzała się zgormadzonym psiapsiółom - współorganizatorkom.
- No dobra. Które bydle zaprosiło Miyaviego, niech się zaraz przyzna!!!
---Uruha---
Tłum dziewcząt w czerni rozstąpił się przed wkurzoną Uruhą, co potwierdza, że nawet ludzie dotknięci szaleństwem fandomu posiadają jakiś instynkt samozachowawczy.
Pośrodku sali, na scenie, w zdobionym złoceniami fotelu, siedział Kyo. Odrzucił mikrofon [na który rzuciło się stado piszczących dziewoji] i pomachał Urusi łapką, z iście monarszą łaskawością.
- Czekaliśmy na ciebie. Gdzie zostawiłaś swoją uroczą krewną?
Ciocia Uruha przeanalizowała swoje drzewo genealogiczne.
- Uroczą...?
Kyo przewrócił ślepiami.
- To była
I-RO-NIA - wyjaśnił. - Pytałem o Maruko.
- TY! - Uruha przemaszerowała przez salę i dźgnęła palcem w pierś Kyo, do czego musiała się porządnie schylić. - Ty mi się tu Marukami nie wykręcaj! Co ty tutaj wyprawiasz, co? Gdzie ci się poprzewracało tym razem?!
Kyo pstryknął palcami.
---Maruko---
Wspinałam się po schodach na wieżę. W zasadzie nie byłam pewna dlaczego niby to robię, ale wieża znajdowała się geograficznie nie tam, gdzie znajdował się Kyo. A to czyniło wieżę miejscem odpowiednim dla Maruka. *żarówka* Ostatecznie... wszyscy się bawią, może w tej chwili już szarpią Uruhę na sztuki, niby co strasznego może mnie spotkać z w jakimś zakamarku z dala od imprezy?
...
Czasem to naprawdę mogłabym sobie dać siana z zadawaniem głupich pytań...
klin/Autorka ze skuchą przyznaje, że deficyt długowłosej i ziarnkoczułej arystokracji wymusił pewne zmiany w kanonie. Trudno obecnie o taką rasową księżniczkę z warkoczem do samej piwnicy... *wzdycha* No, ale jeśli masz otworzyć stare, solidne drzwi i ktoś sprzeniewierzył klucz, zaczynasz szukać łomu.
Dla potrzeb opka osadziliśmy w wieży Niekwestionowaną Ksieżniczkę Popu Sakebi Ichigo.
No co? Jest wieża? Jest. Jest ksieżniczka? Też jest. I jest kanon ~~\klin
Drzwi były zaryglowane i sprawiały wrażenie dosyć grubych, ale wydało mi się, że coś słyszę. Jak na kretynkę przystało, przytknęłam ucho do dziurki od klucza i aż mnie skręciło. Ktoś straszliwie fałszował i znałam ten głos!
Temu Kyo to już się całkiem poprzewracało, wziął i Ichigo sobie porwał, no! Nie mógł jej utopić, albo co?
Nacisnęłam klamkę. Weszłam.
Ichigo zaprzestała wycia i wytrzeszczyła na mnie oczy. Nie mogłam nie zauważyć, że siedzi na różowym krzesełku przy rózowej toaletce, ślepiając w srebrne zwierciadło, ubrana w różowy szlafroczek, różowe puchate kapcie, spoczywające na puchatym, różowym dywanie, niedaleko różowego łóżka w kształcie serca, zwieńczonego różowym baldachimem, co było jeszcze mało różowe w porównaniu z różowością ścian i muślinowych firanek, i kotar, i kokardek, i falbanek, i słodkich, różowych, puchatych misiaczków, rozrzuconych na podłodze, które spoglądały na mnie ślepkami z różowych guziczków przez mgłę różowości, bo nawet światło musiało w tym wszystkim zwariować, przepuszczone przez filtr puchatej różowości.
- Argh... - powiedziałam, gdyż róż mnie oszołomił.
- A ty to kto? - spytała obrażona primadonna. - Mówiłam, że nie będe jeść! Umrę z wycieńczenia! Nie złamiecie mnie!!!
- Ehm, nie jestem z obsługi.
- Nie? - zdziwiła się. - Czy ja ciebie w ogóle znam? Kto cię tutaj wpuścił?! Czy ja już nie mogę być normalnie uwięziona, co to za warunki?!
No przepraszam, że się narzucam.
- Drzwi były otwarte - zauważyłam. - Mogłaś wyjść cały czas.
- Przecież zostałam porwana i UWIĘZIONA! UWIĘZIENIE polega na tym, że ja tu siedzę i nie mogę wyjść. Gdybym mogła wyjść, już by mnie tu dawno nie było!
Obejrzałam drzwi w obawie, że z rozpędu przeszłam przez zamknięte skrzydło. Ależ skąd. Stały otworem. Albo ona jest psychiczna, albo to jest takie mądre, że nie ogarniam.
- Słuchaj no, nie mam czasu na wojnę mózgów, szczególnie, że nie dysponujemy nawet jedną sztuką na pół. Może spróbuj sobie wyobrazić, że właśnie ratuję cię z opresji, co nie powinno być szczególnie trudne, zważywszy, że... w zasadzie ratuję cię z opresji. I lepiej zwijaj się, zanim się zorientują!
- Coooś ty! - Machnęła uspokajająco. - Jeśli już pozbyłaś się Kyo, to nikt nie zauważy!
- Dlaczego uważasz, że już się go pozbyłam?
Zapadła bardzo kłopotliwa cisza.
- Jak to dlaczego? A jak niby chcesz stąd wyjść?!
- Na przykład tak.
Wyszłam na korytarz. W ostatniej chwili chwyciłam się klamki, zakołysałam nad otchłanią, wgramoliłam z powrotem do pokoju i rozpłaszczyłam na puchatym dywanie, wytrzaszczając gały daleko w pustkę.
- Oż w mordę, wcięło podłogę?!!
- To przykre, że tak szybko chciałabyś nas opuścić. Drogę przez okno odradzam na równi z drzwiami.
...
Ostatnich zdań nie powiedziała Ichigo. No, chyba że pod tym szlafroczkiem kryje się chłop!
---Miyavi---
Czy to naprawde tak dużo? Czy tak wiele wymagał?! Tylko prawdziwej [odwzajemnionej!] miłości i cukierków. Oto Miyavi w pigułce.
Stał upchany pod wieszakiem, starannie ignorowany przez wszystko, co żyje. Tęsknie rozglądał się za Tą Jedyną Osobą, kiedy ktoś go przygwoździł do ściany.
- Gdzie twoja siostra?
- A kto pyta?
Pijany gość pogroził mu... nożem do ciasta?
- Nie wkurzaj mnie, leszczu! Chyba, że chcesz to mieć w oku!
- Nie chcę... - Miyavi zastanowił się, co trzeba wypić, żeby nie odróżniać okrągłego końca od ostrego końca? Na wszelki wypadek wcisnął się bardziej pod wieszak. - Maruko wyjechała. Nie mówiła, kiedy wróci. I ma wyłączony telefon. - Tu Miyavi zastanowił się całkiem poważnie. - A swoją droga to dziwne... Znaczy zupełnie jakby wyjechała za granicę, nigdy nie załapała o co chodzi z roamingiem w Orange. [Bo - przepraszam, że się wetnę - KTO mógłby zrozumieć?!]
Terrorysta nagle się rozkleił, upuszczając nóż pod nogi.
- Zostawiła mnie! Zostawiła! Uuuu...!!!
Oparł główkę na ramieniu Miyaviego i łkał, łkał, na koniec wytarł się w lateksowy rękawek.
- Pójdę się ciąć, gdzie jest mój nóż?
- Ee... Jaki nóż? - Miyavi kopnął tępe narzedzie zbrodni pod najbliższy mebel. - I w ogóle ktoś ty za jeden? Nie widziałem cię z Maruko.
Miyavi nie miał serca wyjawić, że nie widział gościa w Marukowym albumie pod znaczącym tytułem "Idioci" - sam Aoi zajmował tam trzy strony.
- Soan - przedstawił się Soan i pociągnął nosem.
klin/So... Chwila, co on tam robi? *zagląda do notatek* Nie włóczy sie już za Maną? o_O'\klin
- A-ha. I co cię, przepraszam, łączy z Maruko? Bo wiesz... jakby... nie wspominała o nikim, kto by się nazywał... [jak mydło! no, powiedz to!] ...tak się nazywał. [eh, no i macie Miyaviego]
- Nie...? Zapomniała o mnie?!!
Miyavi nie dodał też, że wielu ludzi zrobiłoby wszystko, żeby Maruko o nich zapomniała i przestała się nabijać. Sam Miyavi na przykład.
- Straszne. Ale pytałem właśnie
co cię z nią łączyło?
Soanek jakby trochę oprzytomniał. I uniósł się Świętym Oburzeniem.
- Łączyło? ŁĄCZYŁO?!! Jestem jej mężem!!!
...
...
...que?
No nie! Sami widzicie, że ja nie mogę nawet spokojnie zginąć! Przecież muszę wrócić do domu i zatłuc tego gada!!!

Lay... jak mogłeś?!! [z prawej Soan. znany również jako Towa, Mydło, IXI Bielsze-Nie-Będzie etc.]
[tak, wiem, to straszne, co wam robię]
[jak przysłonić prawe oko, to prawie nie widać... serio]
---Uruha---
Ciotka Uruha obudziła się z potwornym bólem głowy. Siedziała w fotelu, otoczona mrohnymi służebnicami Kyo. Starannie przywiązana czarnymi, jakże mrohnymi wstęgami do mebla.
W dodatku coś upierdliwie łaskotało ją w nos, pewnie własne włosy. Potrząsnęła łebkiem. Coś zleciało na podłogę i potoczyło się po posadzce, dzwoniąc metalicznie.
- No fajnie - mruknęła ciotka, rozpoznając bazarowy diadem. - Jeśli już tak ci zależy, to ja chcę gronostajowy płaszcz. Bez płaszcza możesz się wypchać sianem.
- Jeśli sobie życzysz...
Wkurzało ją, że obecni wcześniej Kyo, Kaoru i Die zajęli miejsca gdzieś za jej plecami. Nie mogła się nawet odwrócić. Dostępny jej widok snujących się dziewuch w czarnych welonach jakoś nie podnosił na duchu.
- No dobra. Co zrobiliście z Maruko?
---Maruko---
Co ja sama z sobą zrobiłam, chciałabym wiedzieć? Wpakowałam się w łapy samego Toshiyi, a Toshiya mnie... er... bardzo łagodnie mówiąc... i jeszcze eufemizując... i jeszcze łagodząc i uogólniając... Śmiertelnie nienawidzi. Niektórzy sądzą, że to za podpalenie włosów, grafiti na drzwiach i zarysowanie samochodu, a ja mogę tylko dodać: między innymi, między innymi...
- Maruko - głos ociekał jadem. - Jak miło, że wpadłaś...
Wpadłam, oj, wpadłam!
Wstałam, rozważyłam opcję rzucenia się w przepaść, zwątpiłam, odwróciłam się wolno. Że też jad nie wypalił dziur w dywanie. Nawet uśmiechał się jadowicie! I obejmował ramieniem Ichigo, która odgrywała rolę mdlejącej z emocji, Pięknej Branki. Różowe bydle bawiło się w najlepsze!
I gdzie jest ten przeklęty Mana, kiedy jest potrzebny?!!

*ómarło mnie to*Dogadaj Marukowi, dołącz do 7 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
---on a miszyn---
klin/na drzwiach Uruhy od tygodnia wisi kartka tej treści: 'Wybyłam. Kota zabrałam. Wrócę. Akwizytorzy i wierzyciele na drzewo. Ruki oddawaj moje papiloty!' każde słowo oblane łzą spóźnionych wielbicieli, którzy nie zdążyli się pożegnać/wyruszyć w ślad za miłością swego życia.
Maruko mieszka - póki co - z rodzinką i dzieli pokój z braciszkiem Miyavim. na drzwiach pokoju wisi różowy, pluszowy, milusi szyld: 'Miyaviś'. o słowach nabazgranych markerem pod spodem ['powiesz komuś słowo o tym różowym - zginiesz. maruko.'] nie wspomnamy ani... słowem.\klin
Nie zastaniecie nas chwilowo w domu, wyruszyliśmy z misją. W której uczestniczy Mana i to jest prawdziwy ból w tyłku, już nawet pomijając fakt, że zamarzam tu żywcem.
Nie, że się czepiam, ale żeby lecieć NA MIOTLE w środku zimy?! Już ja nie powiem CZYJ był to wymysł... *patrzy znacząco na Manę* ...ale fakt faktem, że tyłek - za przeproszeniem - marznie mi od trzech dni i żadne widoczki w postaci księżyca w pełni, ani inne duperele nie wynagrodzą mi odmrożonego siedzenia i w ogóle odmrożonego wszystkiego. Setki lat tradycji i wciąż żadnych widoków na miotłę z wbudowanym ogrzewaniem.
To będzie mroczna opowieść - czarownice, gnębione pospólstwo, wilk w ciemnym lesie, dziewczynki w czerwonych kapturkach, zuo i stado kotów. I mieszanie w kotle. Chociaż to wyłącznie specjalnośc Many i naprawdę nie wiem, dlaczego akurat mam o tym pisać, ale nie będę się spierać, skoro już mnie tak dźga pod żebro tą różdżką...
Mana jest postrachem każdej wioski, ach nasz Mana, dziesięć procesów o czary, trzech stałych łowców czarownic na tropie i wciąż ma się dobrze, klękajcie narody. Dobrze ci, masz dosyć?
*dostaje różdżką po głowie*
Drogi czytelniku. Właśnie stałeś się świadkiem Stosowania Przemocy Wobec Autorki, w celu wywierania Nacisków. Wbij szpilkę w plakat Wiesz Kogo na znak protestu.
To bolało TT.TT
Dlaczego przemierzamy kontynent zimą, ryzykując zamarznięcie w locie? W dodatku wcale się nie lubimy na co dzień. Obecny tutaj Mana, na przykład, postanowił milczeć, żebym przypadkiem nie zgwałciła jego światłych myśli moim - według niego - upośledzonym rozumieniem. Trochę bardziej rozmowny jest Uruha, moja droga ciocia. Tak, jest moją ciotką. Nie wiem, jakim cudem. To pewnie jakaś niezupełnie biała magia. I rajtuzy.
Jedynym powodem MOJEGO udziału było nagłe przybycie kochanej cioci, wytarganie mnie sprzed kompa za uszy i pośpieszne załadowanie na miotłę. Nawet nie było mi dane się trochę podąsać, ani założyć hasło na kompa na pożegnanie. Przeklęty Miyavi już na pewno czyta moje archiwum i lata z donosami do Mamusi.
Przyznam, że całkiem motywujący do odlotu był tłum sąsiadów, zbliżający się z widłami.
Co ich tak nagle wkurzyło? Tyle lat rzucania uroków, hodowania kotów, kłucia szpilkami i nagle przestało się podobać! Z niektórymi chodziłam do przedszkola! *
chwila ciszy wywołana traumatycznym wspomnieniem siusiającego w majtki Bou*
Eee... Może przejdźmy lepiej do powodu numer dwa. Pewna wredna świnia rozpanoszyła się w zapomnianym, zabitym dechami kraiku, w samym środku białej plamy na mapie. W dodatku rzuca czarami na prawo i lewo, a to działa ludziom na nerwy i - oczywiscie - oczekuja, że MY załatwimy sprawę.
Szczerze? Mam to wszystko w nosie, chciałabym posiedzieć dłużej w sieci i działać ludziom na nerwy. Pożreć się o coś z braciszkiem Miyavim. Wysyłać donosy na Gackta i jego warzywniak do sanepidu. Ale nie! Te dwa stare pudła wytargały mnie z domu i...
*łup*
Argh...
To jest - wiemy, jaka nieodpowiedzialna osoba rzuca czary w sposób zupełnie niegodny, co musimy ukrócić, z czego doskonale zdaję sobie sprawę i rzucę się wykonywać obowiązki, nawet jeśli przyjdzie nam zginąć, [bądź uprzejmy nie dźgać mnie tą różdżką, dziękuję bardzo].
Tego... Chodzi o to, że sprawcą tego bałaganu jest
KYO! No, wiecie - małe, rozkosmane, dużo wrzeszczy. Tak, właśnie on. Siądzie taka gadzina w kącie i kombinuje, ani się człowiek obejrzy, a już gadzina zostaje Panem I Władcą, z własną świtą w składzie: Toshiya, Kaoru, Die, Shinya... *maślane oczka*
...ale oczywiście wszyscy wiedzą, że
Shinya WCALE nie jest TAKI, on tylko znalazł się pod Zuym Wpływem...
...
...tak.
No więc taki Kyo zostaje Panem I Władcą, kto by pomyślał, no i zaczyna mu palma odbijać. I pomyśleć, że dopiero co gościłam go u siebie na herbatce i pochwalił paprotki mojej Mamusi. Dopiero co wytapetował nam przedpokój i Mamusia zachwycała się kolorkiem! Człowiek to nigdy nie wie, którego spośród licznych znajomych powinien profilaktycznie otruć dla dobra ludzkości.
No więc - tak jakby - mieliśmy zrobić z tym porządek. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak, ale każdy, kto oglądał w życiu chociaż jeden film z Brucem Willisem wie, że najlepsze plany ratowania świata powstają niejako w biegu.
To może opiszę wam w skrócie, kto nas ściga?
Ha! Co sobie myśleliście, że tak zwyczajnie dotrzemy na miejsce i skopiemy komuś tyłek? Znaczy zauroczymy? Niestety, w tym fachu trudno liczyć na takie względy.
Po pierwsze łowcy czarownic, czyli to, do czego lepiej od razu się przyzwyczaić, jeśli człowiek chce się utrzymać przy miotle. Za Maną włóczą się zwykle Hitomi, Soan i Zill, którzy - po latach deptania sobie po piętach - stworzyli całkiem zgrany zespół.
Za mną - mogę głowę za to oddać - wlecze się na pewno A'g. Ubzdurała sobie dziewczyna, że zostanie Mrohną, Zua Wiedźmą. Zawsze jakaś taka nawiedzona się znajdzie - obowiązkowo czarny lakier do paznokci i naprawdę gotuje w kotle jaszczurki, tak jakby o to chodziło w czarowaniu... Nie da się jej nawet siekierą wybić z głowy tej idei. Próbowałam.
Za Uruhą podążało zapewne stado wielbicieli.
klin/Ehm, ehm. Tutaj pozwolę sobie wciąć słów kilka. Apropos Uruhy przypomniało mi się właśnie, jak na spotkaniu rodzinnym kuzynek Tom przybłąkał się z kuchni i pyta wielce tajemniczo:
'Sag doch mal, jak to jest z tą ciotką? Ona jest facetem i wydaje mu się, że jest kobietą, czy jest kobietą, której się wydaje, że może być facetem, bo po wyglądzie trudno poznać?'
Co usłyszała ciocia i wybiła kuzynkowi z głowy pytania natury intymnej. Pogrzebaczem.
Nikt nie wie na pewno, jak to jest z Uruhą. Osobiście jestem skłonna uwierzyć, że występuje w dwóch rodzajach - zależnie od potrzeb.\klin
Klasyczny dialog Maruko-Mana:
Maruko: Wszystko pięknie, ale jak tak dalej pójdzie, zdechniemy z głodu zanim zdążymy zamarznąć. Jestem głodna!
Mana! Nie wszyscy obecni są anorektykami!
Mana: *olewcze milczenie*
Maruko:
NIE RUSZA MNIE TEN IMIDŻ TRAUMATYCZNEGO NIETOPERZA!
Mana: *jak wyżej*
Maruko: No i gadaj tu z takim, rozmowa jak z tyłkiem w nocy.
Maruko: Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie możemy zrobić postoju akurat tutaj? Mana! Spróbuj sobie przez chwilę wyobrazić, że nie jesteś wredną świnią i zatrzymaj się! Jestem pewna, że odmroziłam sobie już wszystko i zaraz zacznę się rozpadać!
Mana: *odwraca się i przygląda z nadzieją*
Maruko *wyniośle*: To była hiperbola...
Mana: *disapointed*
Tak. Niepowtarzalne wspomnienia z zagranicznej podróży :/
Przynajmniej wioska pod zamczyskiem Kyo-I-Jego-Świty była... e... malownicza?
Zabita dechami dziura.
Ale malownicza.
...
......
No co? Staram się znaleźć jakąś samotną, ukrytą Dobrą Stronę naszej sytuacji. Naprawdę się staram.
Za to ciotka zwyczajnie ignoruje przeciwności losu. Jeśli akurat nie pustoszy komuś lodówki, zajmuje się głównie karmieniem kota, a jeśli ten się gdzieś zawieruszy, ciotka wyciąga lusterko i poprawia makijaż. Za co jestem wdzięczna, bo bez makijażu aż straszy. Poza tym jest właściwie nieszkodliwa i można ją wypuścić między ludzi. No, może poza tym, że...
- Kici kici... - Uruha ma jedną słabość, wiecie? - Kicia chodź do mamusi. Mrrr...
...ma absolutnego fijoła na tle swojego kota. To się zdarza, owszem, ale rzadko w sytuacji, kiedy kot jest wrednym, półdzikim myszobójcą i nazywa się Pedofilek. W dodatku był kiedyś człowiekiem - jakimś wyjatkowo przykrym akwizytorem, jak przypuszczam. Ciotka nie cierpi akwizytorów. Imię zwierzakowi wybrał Miyavi i to wiele tłumaczy.
Wioska była pustawa i - co zauwazyłam z goryczą - całkowicie pozbawiona luksusu w postaci sklepu całodobowego. Ba!
Nie mieli nawet BIEDRONKI. Sto mil poniżej dna.
Trudno. Zdechnę z głodu w zapadłej dziurze. Braciszek odziedziczy wszystkie moje cienie do powiek; oczyma wyobraźni zobaczyłam gębę Miyaviego, jak śmieje się do moich kosmetyków. O! Świecie, świecie...
Dlaczego nie wysyłają mnie nigdy na misję na Majorkę?! Założę się, że mają tam jakieś czarujące problemy - jakaś cyganka kantuje przy pasjansie, albo co.
Skręciło mnie z głodu tak, że bliska byłam chodzenia tyłem naprzód.
- Ty wiesz, że tu wygląda znajomo - zauważyła ciocia mimochodem, dołączając do mnie na chodniku pod barem. W środku panowała podejrzana cisza. Wszędzie panowała podejrzana cisza i widziałam niemal, jak Złe Przeczucie budzi się, przeciera ślepia i... no i zaczyna mnie gryźć, zawsze tak robi :/
- Też masz wrażenie, że ktoś już tu był przed nami w celu ogólnego siania postrachu, zua i ściągania haraczu?
- Na razie mam wrażenie, że już się szwędałam po tej ulicy - Ciocia poprawiła kapelusz. - Może mam tutaj znajomych...? Hm, hm...
Tak. Ciocia ma znajomych w liczbie przekraczającej kubaturę przeciętnego mózgu. Wszędzie, gdziekolwiek się znajdzie, okazuje się, że już tam była/zaciągnęła dług/zaginęła bez wieści. Względnie była/zawróciła komuś w głowie/uciekła sprzed ołtarza. W obu przypadkach nie jest zbyt mile wspominana. Z tej przyczyny życzliwie wyrzucała z pamięci wszystkich, wychodząc z założenia, że jeśli komuś wisi kasę, to sam powinien ją znaleźć i/lub umorzyć dług.*
*Charakter znajomości Uruhy mówi nam więcej o charakterze własnym Uruhy, niźli powiedziałoby nam wiele ksiąg. Może tylko dawni wychowawcy mogliby coś dodać, ale trudno dostać się do Hogwartu na pogaduchy o byłych uczniach - nawet o tych wyrzuconych za uparte romansowanie i rzucanie w Snape'a kredą**.
**Uruha.
Przewróciłam oczami.
- Nie mam zamiaru czekać, aż sobie przypomnisz, bo zastanie nas wiosna, a na wiosnę mam zamiar siedzieć w domu i się panoszyć. Mieliśmy wytargać Kyo za kłaki i sprowadzić do domu, żeby skończył tapetować pokój mojej Mamusi, nie? Inaczej ja będę musiała to zrobić, a wcale mi się nie chce.
- A gdzie Mana?
- Jeśli uważasz, że interesuje mnie los nietoperza, to chyba upadłaś na głowę. Jeśli włóczy się tutaj coś niedobrego, niech się spotkają - będzie równowaga sił.
- Fakt.
- No to zabieramy się za zamek?
Popatrzyłyśmy na zamek w stylu Drakula Perpendykularny.
Popatrzyłyśmy po sobie.
- Tapetowanie, tak? - upewniła się Uruha.
- I malowanie sufitu! I jeszcze trzeba po tym posprzatać!
*zgroza*
- Bierzemy się za zamek.
- Właśnie.
- Ale wiesz, to dziwne... - Zastanowiłam się. - To w końcu Kyo, prawda? Tak latał z tą drabiną, malował sufity - wydawałoby się, że po podstawówce nie powinien umieć wiele wiecej, prawda? ...prawda?
Zapadła kłopotliwa cisza.
- Ciociu...
*Uruha ogląda księżyc*
- Jak tu pięknie!!!!!! - ryknęła, aż mi w uszach zadzwoniło.
- Ehm. Ciociu...?
- Słucham?
No nie. Ten zniewalająco infantylny uśmiech poznam na końcu świata! To jest Niewinny Uśmiech Uruhy Która Schrzaniła Sprawę! Trzeba by dodać: ZNOWU.
- Nauczyłaś go wszystkiego?!! Zamieniania w płazy TEŻ?! Nauczyłaś tego... tego... A on nas teraz przerobi na mielone, bo przypadkiem robi to lepiej od nas wszystkich razem wziętych?!!
- Mmhmhm... - wymamrotała coś ciocia Uruha i z zakłopotaniem poprawiała kapelusz.
- Nieee... NIEEEEEE! Trzymajcie mnie! WYPISUJĘ SIĘ Z TEJ RODZINY!!! I dlaczego niby to zrobiłaś?!
- Był był taki milusi i tak się uśmiechał tymi krzywymi ząbkami...
_._
*chwilowo umarłam*
*zaraz wracam*
---w domu---
Miyavi cierpiał. Od godziny lampił się na edytor i nic. Utknął w martwym punkcie, zaraz po słowach:
"Ubrałem się w [szczegółowy opis szałowego ubioru], zrobiłem letki makijaż i zeszłem na duł na śniadanie."
To nic, że - technicznie - gdyby w realu chciał zejść na dół na śniadanie, musiałby je spożywać w piwnicy. Ale każdy szanujący się bohater blogaska mieszka w wielgachnym domu, gdzie ma własny pokój - oczywiście na piętrze - urządzony wedle własnego pomysłu. Czyli emo-róż, jeśli chodzi o Miyaviego.
Miyavi powzdychał jeszcze do fotek idolki nastolatek i Księżniczki Kicz... e... Popu - Ichigo Sakebi***. Wycałował wszystkie plakaty wyżej wymienionej [wszystkie przetarte w okolicy ust, oprócz tego ze słynnej sesji do 'Eu Naturelle', może dlatego, że za dużo było przestrzeni do całowania. dla waszego dobra nie bedę wdawać się w szczegóły.]
Wyjrzał przez okno, żeby popatrzeć na gwiazdy. No, w każdym razie na niebo. Przy temperaturze -20. Rozdzierające serce westchnienia unosiły się w obłoczkach pary.
Z domu przy cmentarzu dobiegała głośna muzyka... Jedna z tych zabaw, na które Maruko i Uruha są domyślnie zaproszone. Ale nie Miyavi. Miyavi musi tupać nogami, płakać i rzucać się na poduszki tak długo, aż Mamusia zatrzyma Maruko w progu i powie: "Dlaczego nie zabierasz ze sobą braciszka, chciałabym wiedzieć?"
No, ale ostatecznie co mogą mu zrobić, jeśli tak sobie wejdzie? Zawsze są jakieś osoby, których nikt nie zapraszał i nie wiadomo kim są. No, mogą go wykopać za bycie Miyavim, ale w końcu i tak wiecznie mu się obrywa. Co za różnica - raz wiecej, czy mniej?
W różowym, puchatym serduchu Miyavisia rozgorzał bunt.
Ubierze się szałowo, wejdzie tam, podbije publikę, zawróci komuś w głowie! To proste, ma w tym wprawę - sto razy pisał o tym na blogu.

Sierotka Miyavi
***Ichigo słynie z braku jakiegokolwiek talentu poza umiejętnością promiennego wyszczerzania się do obiektywów, nawet w stanie wskazującym na spożycie. To nie przeszkodziło jej wylansować dziesiątki hitów [a wszystkie lecą mniej wiecej tak: "Och-och, bejbe! Bejbi, kamon, oł je!"], linię niegustownej odzieży, setki, setki słitasnych gadżetów, własną Barbie i - przede wszystkim - wylansować siebie do granic plastikowatości.
---Maruko i Uruha---
- Przypomina mi się nasz Cmentarz - powiedziałam, przechodząc pod bramą. - Jest tak... mrohnie.
- Nawet nie zamknęli bramy! - zeźliła się Uruha, nieczuła na klimat i nastój. - Wcale się nas nie boją!
- Nie mają czego, obawiam się - mruknęłam pod nosem. - Poza tym chyba tu imprezują.
- Co?
Rzeczywiście słychać było muzykę. I gwar głosów. No, no... to się porobiło. Sądząc po odgłosach, w środku szalało całe mnóstwo dziewcząt.
- Urządzili tu sobie HAREM?!!
- Czarne charaktery mają powodzenie - wyjaśniłam. - To wbudowane w rolę, jakby.
- Jakby obedrę go ze skóry! Nie pozwolę na takie rzeczy!
Jeszcze chwila, a zawoła "W imię Miłości i Sprawiedliwości!" Naprawdę, dziwne imiona.
Zauważyłam, że w najwyższej wieży [którą aż trudno było wyróżnić z lasu mniejszych wieżyczek i pinakli], pełgało samotne światełko. Nasunęły mi się dziwne skojarzenia z uwięzionymi księżniczkami. Przyszło mi tez do głowy, że wyzwalanie księżniczek to lepszy kawałek tortu, niż - powiedzmy - wkraczanie do głównego holu i oznajmianie Władcy Ciemności, że jest be. To mogę zostawić kochanej cioci.
- Ehm... Poszukam wejscia... Innego wejścia... Tego. Rozdzielmy się?
Ciotka parowała żadzą zemsty i pędziła już do głównego wejscia, skąd rozlegaly się ekstatyczne piski, dźwięki gitary elektrycznej i średnio subtelny głosik Kyo.
- Powodzenia! Tego... - Pomachałam cioci na pożegnanie, na wypadek, gdybym nie miała jej już więcej ujrzeć i udałam się na zwiedzanie zamku.
Bardzo ostrożne i bardzo oddalone od wszystkiego Kyo- Kaoru- Toshiyo- Die- i Shinyopodobnego.
Za nami cicho zamknęła się brama, ale spostrzegawczość nie jest u nas cechą rodzinną.
-----------
te very next time:
czy Uruha i Maruko zginą/zostaną wcielone do Haremu?
czy Maruko oprze się urokowi Shinyi?
czy Uruha odgryzie głowę Kyo?
w której minucie Miyavi wyleci z przyjęcia?
i czy skarpetki jeszcze kiedykolwiek będą takie ciepłe i puchate?
to oraz wiele innych w następnym odcinku!
note/swego czasu pisałam całkiem blogasskofym stylem, typowym dla wszelkich ff - może z mniejszą ilością błędów, niż u większości blogowej populacji. w pewnym stopniu mogę wrócić do tej pięknej tradycji, choćby dlatego, że rozwinięta narracja, opisy i logika zabijają moją Statystykę - nie lubicie ludzie czytać, o nie. jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki [by Mana] - uwsteczniam się.\note

Ciocia Uruha użyteczna w kuchni!Dogadaj Marukowi, dołącz do 10 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Dnia 25 grudnia 2009 o godzinie 15:14 głupota uciekła z Maruka, mówiąc:
"preending" |
 |
Well... to naprawde brzydko z mojej strony, ale po prostu nie potrafię się zmusić do dokończenia tego opka. Wymyśliłam zakończenie, ale brak mi chęci do ubierania tego w słowa.
Poza tym wymyśliłam coś nowego i tak mnie ciśnie w mózg, że nie ma tam już miejsca na nic więcej.Dogadaj Marukowi, dołącz do 0 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Dnia 24 grudnia 2009 o godzinie 01:55 głupota uciekła z Maruka, mówiąc:
"Sempre Libera" |
 |
- Jak to usunąć?
- Zwyczajnie. "Usunąć" generalnie znaczy... Że pewne rzeczy są... No. Usuwane. No nie każ mi tłumaczyć podstawowych spraw, to przecież oczywiste! Jeśli nie masz dekoracji, to udawaj, że wcale nie miało ich tam być!
- Już to ktoś proponował. - Gackt ścisnął palcami nasadę nosa. Tym razem to naprawdę będzie zawał. Nawet trzy zawały. - Ale to niedorzeczny pomysł. Domyślą się, że zwyczajnie nie opuściliśmy tła. Bez tła nie ma przedstawienia.
- Nie, nie, nie! - Maruko zamachała scenariuszem. - Ty nic nie łapiesz! Jeśli nie masz tła, musisz usunąć ze sceny wszystko! Rekwizyty, te głupie stroje...
- Nikt nie zgodzi się wystąpić nago - zauważył Gackt z żalem.
- Oczywiście, że nie! I nikt nie zgodziłby się oglądać Many bez łachów! Ale mnie chodzi o to, żeby ich ubrać... - Zamyśliła się, patrząc nieruchomo w sufit. - Na szaro? Może biały, albo ostatecznie - czerń. Jakieś przeraźliwie szpitalne, proste łachy. Ha! Mamy tu szpital jakichś siostrzyczek na sąsiedniej ulicy, pójdę z nimi pogadać. Żadnych rekwizytów. I... No, no, to jest myśl! Jeśli ci kretyni z komina znajdą dodatkowe liny, powiesimy meble nad sceną! O rany... Jestem genialna.
Maruko opuściła Operę na fali wzbierającego samozachwytu. Jak miała w zwyczaju, wyszła przez okno na tyłach i tym sposobem rozminęła się z Aoim.
Aoi nie znał opery zbyt dobrze. Maruko przytargała go kilka razy na spektakl i tyle na temat. Zresztą nudził się strasznie i nic nie rozumiał, a na koniec Maruko wdawała się w dyskusje o koloraturach z ludźmi, którzy rawdopodobnie za młodu przyrośli do strojów wieczorowych.
Normalnie unikałby opery jak ognia. Ale sprawa ożywionych nieboszczyków niepokoiła go trochę i postanwił się tym zająć, uważał bowiem operowy pesonel za zgraję niezrównoważonych fanatyków, z Maruko na czele.
Sądząc już po pierwszych wrażeniach - wcale się nie pomylił.
Zagajone w holu siostrzyczki Miku i Bou przyglądały się Maruko nieufnie. Szpital był dla nerwowo chorych, a Maruko - permanentnie przytomna i naturalnie obłąkana - wyglądała na zbiegłą pacjentkę.
- Znaczy chodzi pani o wykroje?
- Nie, nie, nie! - Maruko zamachała niecierpliwie rękami. - Potrzebujemy gotowych uniformów! Te pielęgniarskie mankiety też są niezłe.
- Będziecie grać... zakonnice?
- Nie.
- Pielęgniarki...?
- Nie! Siostra upadła na głowę, czy co? W operze występują same damy lekkich obyczajów i cyganki! Znaczy z reguły.
Siostrzyczki popatrzyły po sobie. Siostrzyczka Bou poruszyła znacząco brwiami.
- Pani pozwoli z nami...
Aoi przemknął korytarzem, cokolwiek przestraszony rozlegającymi się w pobliżu wrzaskami.
- Ty świnio!!! - Trzask rozbitego lustra. - Spotykasz się z tą lafiryndą! Nie wypieraj się! WYDRĘ JEJ TE RUDE KŁAKI!!! Chcę nowe baletki, ale już!
Yuana zaczynała poranny kocert życzeń, ale tego Aoi nie mógł wiedzieć. Co go zdziwiło jeszcze bardziej to fakt, że nikt się nim nie interesował. Ludzie przebiegali korytarzem, mijali go, wszyscy z obłędem w oczach, niektórzy w niekompletnych kostiumach, w niekompletnych makijażach, bez butów, okazując dokładnie zerowe zainteresowanie dla świata jako takiego. Niektórzy biegnąc chichotali.
Na swój sposób sceneria, to stado wariatów, kawałki dekoracji i zwały kurzu były przerażające.
Aoi przedarł się przez grupkę plotkujących baletnic - otaksowały go spojrzeniami klasy "Poderwać, alboli nie?" - i ruszył tą częścia korytarza, która zdawała się kierować za scenę, za kulisy, za biura - prosto w ciemność i stosy zapomnianych rekwizytów.
To wyglądało na miejsce, w którym mogłaby żyć istota natury Marukowatej.
Kyo czuł się cokolwiek zdezorientowany. Znał swoją rolę - biały kaftan, toczenie piany z ust, te sprawy. I miłosierne siostrzyczki, które kiwały głowami ze zrozumieniem i zawsze spokojnie zapewniały, że wiedzą, że on jest duchem. Że w każdej chwili mógłby wyskoczyć z kaftana i odejść nonszalancko przez drzwi frontowe i nikt by go nie powstrzymał. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że nie chce. Jest... Dobrze wychowanym upiorem, a siostrzyczki są takie milusie.
Tymczasem ktoś zdecydowanie źle wychowany wytargał go ze szpitala, owinął w kłąb sznurów i rzucił w jakiejś paskudnej, zagraconej piwnicy.
W dodatku Kyo miał wrażenie, że to całkiem znajoma piwnica...
A teraz ktoś mu zeskoczył na głowę.
Aoi potknął się i zleciał na coś, co jęknęło głucho. Już wcześniej doszedł do wniosku, że kierowanie się tropem odbitych w kurzu stóp i schodzenie do podziemi nie jest szczególnie rozsądne. Niestety, nie potrafił zawrócić, a światło zgasło, ledwie zszedł po schodach i przebrnął parę metrów przed siebie.
To znaczy... chciał wierzyć, że światło ZGASŁO, a nie, że ktoś je zgasił.
- Kto tu jest?
Toshiya przyglądał się kobiecie pośród zielska, jak urzeczony. Trochę przeszkadzała stojąca miedzy nimi palma, ale nie miał wątpliwości - to ONA! Jedyna, ta właściwa! Rozmawiała z nim swobodnie od pięciu minut i jeszcze nie zaczeła Dziwnie Na Niego Patrzeć, ani nawet nie spojrzała na zegarek!
- E... czy może ma pani wolny wieczór? - Sam nie wierzył, że o to zapytał bez przymuszania.
- Nie mam - Wyjrzała z niepokojem na salę. - Wieczorem mam pracę... Aż mnie skręca na samą myśl, ci wszyscy faceci powinni siedzieć w domu, a nie zabierać się do moich sukienek.
Toshiya, wstrząśnięty, przyjrzał się jej uważnie przez liście. Och... Czy to możliwie, żeby właściwa kobieta miała TAKI zawód? Ale co tam. Jest bardziej... e... doświadczona?
- No to... Jeśli tamten facet się nie pojawił, może pójdziemy gdzieś teraz razem? Znam lepszy lokal.
- Niezła myśl. Nie wiem, co ten palant sobie wyobraża? I wie pan, to zabawne... - Spojrzała na niego nagle uważniej. - Mam takie wrażenie, jakbym gdzieś już pana widziała.Pewnie sobie teraz nie przypomnę...
Dogadaj Marukowi, dołącz do 9 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Gackt - jak co sezon - zakładał, że dostanie zawału tuż przed ostatnim spektaklem. To zawsze pozwalało mu się bardziej cieszyć życiem, kiedy jednak przeżył. Ale nie na długo, bo zaraz zaczynał się następny sezon i znowu z ponurą satysfakcją odhaczał w terminarzu przypomnienie: "Umrzeć na serce".
Co mówi nam o Gackcie wiele więcej, niż dowolnie rozwlekła charakterystyka, a tych poniewierało się w prasie od metra.
W tej chwili zastanawiał się, czy po przebytym zawale można tak sobie stać i patrzeć wciąż na przyczynę w postaci zrujnowanej dekoracji, zrujnowanego spektaklu i zrujnowanej, Gacktowej kariery. I jeśli tak, to czy nie byłoby to nazbyt złośliwe ze strony losu, tak zwyczajnie pozwolić mu żyć dalej i na to patrzeć?
- Upiorne - skwitowała Freja krótko. Poparł ją chórek pomruków. Zebrani na scenie artyści, starannie unikający siebie nawzajem i przemieszani z personelem, wpatrywali się w zdewastowaną dekorację.
- Możemy bez tego grać? - zapytał ktoś wolniej myślący.
- To znaczy co?! Z przodu fałszywe meble, stado ludzi w kostiumach, a w tle mechanizmy i komin?
- No... Znasz ludzi, powiedzą, że to artystyczna wizja...
- Albo fizyczna dziura w budżecie!
- No to gramy, czy nie?
- ...i ja bym chciał wiedzieć, kto to mógł zrobić, co to za świnia, niech się przyzna, dziękuję bardzo - dąsał się Ruki, scenograf.
Niedawna scenografia wisiała smętnie w długich, nierównych strzępach. Bardzo starannie pocięta czymś ostrym.
- Gackt wykoncypował sobie Bal Maskowy W Operze, ogarniasz? No nie mogę zostać za kulisami i tak sobie nie zobaczyć, jak robi z siebie idiotę. Będzie też opera, ma się rozumieć. Żeby nikt nie narzekał. Zmolestowałam primabalerinę o kieckę.
- Hm... - odpowiedział Aoi, który ostatnimi laty służył Maruko głównie do zapełniania szaf sukienkami i kolejnymi parami butów.
- ...i ma cekiny. Podasz mi kawę? Dziękuję. - Wsypała mordercza dawkę do ekspresu. - I mam maskę. Ha! Strasznie się ubabrałam, zanim zapanowałam nad tą masą papierową. Tylko po to, żeby odkryć jakieś sto sposobów, jak jej nie używać. No, ale w końcu całkiem nieźle wygląda...
- Gratulacje. A kto będzie twoją parą?
Wytrzeszczyła na niego oczy.
- Za kogo ty mnie masz?! Jestem mężatką!
Aoi, mąż, zdziwił się.
- Doprawdy?
Maruko, żona, poparzyła na męża jak na idiotę.
- Oczywiście! Idę sama. I wypraszam sobie idiotyczne insynuacje.
Ichigo wczołgała się ukradkiem za donice z palmami i innym restauracyjnym zielskiem. Ukradkiem wyglądała na salę. Po wyrazie jej twarzy możnaby przypuszczać, że spodziewa się tam zobaczyć co najmniej stado ludożerców.
Prawie nie zwróciła uwagi na faceta obok. Uznała, że to może kelner wyskoczył na nieleganego papierosa.
- Nie przeszkadzam? - spytała nie patrząc.
- Nie, nie. - Facet też ją zignorował. Akurat oddawał się w skupieniu obserwacji sali. Wyglądał, jakby w każdej chwili miał rzucić się do ucieczki. Jak często bywa w takch chwilach, w każdym z osobna wezbrały skłonności konfesyjne.
- Może mnie pan uważać za wariatkę, ale nie chce się znowu naciąć. Nie wiem, jaki on będzie, wie pan...
- Mhm.
- Może się okazać całkiem niewłaściwy i co wtedy zrobię?
- Może być wybredna, albo pryszczata... Albo ruda - facet się wzdrygnął.
- Posiedzę sobie i popatrzę... Nie powinnam się na to godzić. Znowu. Rozumie pan, to oferta z biura matrymonialnego. Wszystkie poprzednie - to-tal-na porażka!
- No popatrz pani, mam to samo. Ale ona chyba nie przyszła...
Gackt obdarzył podwładnych dyrektorskim Spojrzeniem Zza Biurka. Nie był zachwycony.
- Chcecie mi powiedzieć... - powtórzył - ...że ten nieodłączny element umeblowania, osoba która jest tutaj zawsze, że ta - przypomnę wam - MA-RU-KO - wzrost średni, nogi krzywe, oczy żółte, długi nos - innymi słowy ta przeklęta Maruko zaginęła?
Personel spojrzał po sobie, po ścianach, podłodze i znowu po sobie.
- Nie ma jej, jakby - powiedział Lay.
- Nikt jej nie widział.
- Nie ma jej od rana - dodał Ruki.
- Skąd wiesz? - spytał ostro Gackt. - Może po prostu siedzi gdzieś w ukryciu? Zdaje się, że jesteśmy na tyle dorośli, żeby zapomnieć o tym "ona jest wszędzie", dobrze? Może siedzieć na strychu!
- Rano szwędała się po mieście - odpowiedział nadąsany Ruki. - Z mężem - dodał dziwnie ponuro i niechętnie.
- To ona naprawdę go ma? - zdziwił się Daisuke. - Ktoś ją chciał?
- Znalazł się taki - potwierdził Ruki głosem, jakby gryzł żelazo. - Co cię to obchodz? W każdym razie rano łaziła po sklepach i do teraz nikt jej nie widział.
- Ale mogła być tu w nocy, prawda? - zauważył Gackt. - I mogła pociąć scenografię nawet sto razy, nocami nikt tu nie trzyma warty!
- Dlaczego miałaby to zrobić?
- Bo jest niezrównoważoną wariatką, na przykład.
- No jest - zgodził się Lay. - Ale zwykle jest też jedyną niezrównoważoną wariatką, która chce nam pomagać. Jest jedyna w swoim rodzaju w dziedzinie naprawiania wszystkiego, co my schrzanimy. A wcale nie musi nam pomagać.
Rozległy się pomruki aprobaty.
- No właśnie. - Gackt złożył dłonie przed twarzą. - Równie dobrze mogła przerzucić się na psucie, w końcu nic nie musi, prawda? Niezależnie od tego znajdźcie ją. I nie chcę słyszeć żadnych historii o przenikaniu przez ściany, znikaniu pod sufitem i temu podobnych, jasne?
- Ale jej naprawdę nie da się znaleźć, jeśli nie chce być znaleziona...
- Chyba o coś prosiłem, prawda?!
- Wiem, gdzie ona mieszka.
Wszyscy zwrócili się, zdumieni, do Rukisława.
- No co? - Odpowiedział wyzywającym spojrzeniem. - Mieszkam na tej samej ulicy!
Nieboszczyk bezmyślnie podrzucał i łapał nóż, nawet nie patrząc. To wyraźnie pomagało mu w myśleniu. W ramach walki z alergią na kurz zasłonił sobie pół twarzy chustą, przez co głos rozlegał się cokolwiek przytłumiony:
- Czy to był dobry pomysł z tym płótnem, szefie?
Szef - sylwetka w mroku - drgnął nerwowo.
- Oczywiście - warknął. A warczał jak coś, na czym jeży się sierść. - Przecież to był MÓJ pomysł.
- No, ale to był wielki bohomaz. Nic z tym nie zrobią i odwołają imprezę. Bardzo dokładnie to pociąłem, szefie. I poplątałem wszystko, że pozostałych nie rozwiną do jutra.
- No właśnie. - Szef wydał się nagle dziwnie radosny. - Ciekawe jak sobie z tym poradzą? Niczego nie odwołają, ale chciałbym widzieć, co zrobią?
- Chyba was pogięło - oznajmiła Maruko. - Nie kiwnę palcem. I w ogóle nie ma mowy.
Przyjmowała operową delegację w kuchni, siedząc noga na nodze przy kuchennym blacie i popijając kawę. Z odpowiednią dla chwili wyższością.
Speszona delegacja podniosła na nią potrójne spojrzenie jamnikowatej błagalności.
- Bardzo prosimy - spróbował jeszcze Lay. - Dyrektor bardzo prosi...
- Ha! - Z odrazą wpatrzyła się w zlew pełen naczyń. W domu jest trochę do zrobienia... W domu zawsze jest coś do zrobienia. Na przykład od dawna nie zrobiła nic w dziedzinie bycia żoną. Nie ma mowy, żeby tak sobie wyszła, w dodatku musi się przygotować na wieczorny spektakl...
Który się nie odbędzie, jeśli pozostawi sprawę dekoracji tym sierotom z upośledzoną kreatywnością. I upośledzonym czymkolwiek, szczerze mówiąc.
- Poszatkowana scenograia, tak?
- I splątane olinowanie - odchwycił Lay.
- I farba - dodał Mizuha, który myślał dosyć wolno.
Wszyscy popatrzyli na niego tochę dziwnie.
- Jaka farba?
- No... cała ściana z lustrem jest oblana farbą. - Zastanowił się. - Białą.
- Lusto. Farbą... - Maruko zmarszczyła brwi. - Ale się porobiło...
- Wiesz, co to znaczy?
- Czy wiem? Czy ty w ogóle nie czytasz gaz... Nie oglądasz zdjęć w gazetach? Ehm. Ale w każdym razie to się staje bardziej ciekawe, wiecie... - Uśmiechnęła się maniakalnie.- Macie tam osobę pomysłowo obłąkaną. Kogoś, kto lubi namącić dla samej radości oglądania, co się stanie. I zaznaczam, że nie mówię o sobie.

Lay, Mizuha
Paszczury wszystkich krajów łączcie się!
za czasów pierwszego JRXC miałam setki zdjęć o tematyce j-rock. zapisałam je na płycie przed formatowaniem kompa i - jak na mnie przystało - zapomniałam, że to zrobiłam natychmiast po foracie. odkryłam tę płytę tydzień temu i aż się wzruszyłam...
Dogadaj Marukowi, dołącz do 3 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
- Jak to - ruszał się?
- A po czym poznajesz, że coś się rusza? - zirytowała się Maruko. - Ja nie wiem, pięć minut mnie nie ma i ludzie głupieją.
- Pięć minut...
- Martwy facet był konkretnie żywy, rozumiesz, a nie powinien. W naszej piwnicy. Znaczy mojej. Znaczy w operze.
Aoi powoli obrócił sobie te wiadomości w głowie i - chociaż nie był wielkim myślicielem - dość szybko dołożył te kawałki, które Maruko pominęła. Inteligentni ludzie bywają całkiem tępi, na swój sposób. Maruko na przykład myślała szybciej, niż mówiła, a mówiła z zawrotną szybkością. W rezultacie wyrzucała z siebie początek, połykała środek i zaraz stawiała kropkę za skondensowanymi wnioskami, kiedy jej mózg oddalał się już zazwyczaj w innym kierunku.
- Czekaj, bo nie nadążam. Facet, o kórym myślałaś, że nie żyje, zjawił się w tej waszej operze i zszedł do piwnicy?
- Było ich dwóch. Trzech właściwie. Jeden żywy nieboszczyk, jeden nieprzytomny facet i jeden, do którego trup mówił: "Szefie". I chyba miał katar - Zawahała się. - Myślisz, że powinnam zawiadomić policję?
Aoi dobrze znał ten ton. Wcale nie miała zamiaru nikogo zawiadamiać, a jeśli jacyś - jak zrozumiał - bandyci kręcą się po operze, to ona tym bardziej nie da się stamtąd wyciągnąć. Nawet dźwigiem.
To ta bezsenność. Aoi próbował raz tylko nie przespać nocy i śmiertelnie się nudził, zresztą szybko się poddał. Maruko nie spała w ogóle, czy chciała, czy nie. Bandyci w operze musieli przedstawiać dla niej szczególne walory rozrywkowe. Problem tkwił w tym, że w dziedzinie zabijania czasu mogli dysponować zabijaniem ostatecznym i nieodwracalnym.
- Wybij to sobie z głowy - powiedział krótko Aoi.
- Ale co?
- Dobrze wiesz co. Kilka nocy w domu dobrze ci zrobi. Skąd w ogóle znasz tego nieboszczyka?
- Z wesela. Cudzego, żeby nie było! Czytałam jego nekrolog, całkiem niedawno! I wiesz co? Ty już mnie nawet nie lubisz! Nie będę się spierała o kochanie, ale wiesz... Lubić to mógłbyś spróbować.
Aoi nawet się nie zdziwił. To było bardzo Marukowe, szczególnie, jeśli chiała zmienić temat, żeby później udawać, że w dyskusji zapomniała, że on jej zabronił wracać do Opery.
- Zupełnie nie wiem, co ci przyszło do głowy.
- Słuchaj no, może jestem generalnie obłąkana, ale jestem prawie pewna, że zamki w drzwiach same się nie wymieniają - chyba, że robią to od dawna i nikt mi nic nie powiedział. Poza tym to nie było zabawne z tą pusta lodówką, wiesz? Mogłam tu przyjść konając z głodu!
Rzekła anorektyczka.
- ...i w ogóle zachowujesz się obrzydliwie!
Aoi zrewidował wspomnienia z ostatnich trzydziestu minut.
- To znaczy...?
- No nie mógłbyś się obrazić, czy coś? Nie udawaj takiego przemiłego, bo zwymiotuję.
- Bardzo mi przykro.
- Znowu to robisz!
- Przepraszam.
Menti, zachwycona własną pomysłowością, postanowiła odwiedzić pierwszą z dwóch beznadziejnych ofiar losu. Operową krawcową trudno było zastać w domu, więc Menti wybrała się do Opery.
O ile zdążyła się zorientować, pracownicy niechętnie opuszczali ten budynek, jakby świat poza nim wydawał się nieprzyjemnie realny i... no, zwykły. Jak to świat. Organizacja spektakli zwykle przeciągała się do późna, a same przedstawienia - te prawdziwe, najważniejsze - odbywały się wieczorami. Ludzie z Opery przypominali Menti ćmy, rojące się w ciemnych zakamarkach, wokół przegrzanych żarówek. Byli stanowczo obłąkani.
Wejściem dla aktorów dostała się za kulisy. Przebiegał tędy zagracony, stanowczo zbyt wysoki korytarz, do którego przyrosły garderoby, szwalnia, zapchane po sufit magazyny i - miała nadzieję - jakieś biura. Niedaleko przed sobą widziała prześwit w ciągu niedopasowanych drzwi, którym można było przemknąć się pod scenę. Wszystko to słabo oświetlone - personel chadzał krętymi ścieżkami na oślep, wszyscy znali na pamieć każdą z licznych dziur w podłodze.
Menti zastanawiała sie czasem, dlaczego nikt nie pilnuje tylnych wyjść z Opery, których było aż pięć, jeśli wliczyć jedno nadużywane okno w toalecie. Teraz też nikt je nie zatrzymał, kiedy udała się wprost do szwalni.
- TY CHYBA STRACIŁAŚ ROZUM!!!
Menti ostrożnie wsunęła się do szwalni, gdzie rozgrywała się ciekawa scena. Daisuke - jak kojarzyła - kierownik baletu, szarpał za kieckę jedną ze swoich baletnic. Ichigo - szefowa szwalni - szarpała tę sama kieckę w drugą stronę, a że była cokolwiek mniejsza od Daisuke, czasami podrywało ją z podłogi. W sukience, stojąc na stołku, tkwiła chuderlawa baletnica i rozpaczliwie starała się utrzymać równowagę. Wrzeszczała przy tym w niebogłosy.
- Jakie cekiny! - piekliła się Ichigo. - Nie będę takiego szajsu do moich kiecek przyszywać, ty bezgustny jamochłonie!
- Tylko mi tu bez takich! Ona ma się błyszczeć, to nie jest paryski pokaz mody!
- To jest pokaz MOICH strojów i nikt mi nie powie, że szyję błyszczące paskudztwo! Jak chcesz zabłysnąć z tym swoim baletem, to NAUCZ JE TAŃCZYĆ! Wreszcie!
Materiał zatrzeszczał ostrzegawczo.
- Ehem... - wtrąciła Menti, ale zignorowano ją.
- Tak? TAAK?! Gdyby twoje krawcki potrafiły szyć w JEDNEJ SETNEJ tak, jak moje baletnice tańczyć...
- Ha! Nie mogłyby! Musiałyby sobie napierw uciąć ręce!!! Puszczaj, chamie!
- Sama się puszczaj!
Materiał zwątpił wreszcie i trzasnął. Krawcowe rzuciły się łapać Ichigo - w obawie, że mogłaby, padając, uszkodzić nabliższą maszynę, a tego by im nie darowała. Daisuke padł na deski z tancerką w ramionach. Nie zdążył się jeszcze podnieść, kiedy dostał od niej w twarz. Balerina prychnęła, zadarła nosa i wymaszerowała ze szwalni, powiewając podartą kiecką.
- Ehem... - wtrąciła Menti raz jeszcze.
- Och... - Ichigo stanęła na nogi. - To pani... Czy coś się stało?
- Er... Mam dla pani propozycję. Ale może wyjdziemy na korytarz...?
- Jeszcze jeden? - Ichigo potarła czoło. - No nie wiem... Już się trochę zniechęciłam, wie pani...
W starannie zniechęconym głosie brzęczała nadzieja.
- No cóż, nie ma nigdy gwarancji, prawda? - Menti niby od niechcenia przejrzała dokumenty. - No nie wiem... Sama pani zdecyduje. Ale proszę to przejrzeć. - Podała Ichigo plik kartek. - Nie prezentuje się najgorzej.
- No... nie... - Ichigo błysnęły oczy, ledwie spojrzała na zdjęcie.
- Mnóstwo zalet - powiedziała szybko Menti, z nadzieją, że to wystarczy, bo wymienienie choćby jednej sprawiłoby jej niejakie problemy. Przede wszystkim - nie widziała żadnych. Ale każdy ma zalety, prawda? Jakieś, potencjalnie. W zasadzie nie było to kłamstwo.
- To-shi-ya... - odczytała wolno Ichigo, która - jak wiele osób przed nią - miała problemy z okrąglutkim i tylko pozornie czytelnym pismem Menti. Zamieszczona pod zdjęciem charakterystyka stanowiła zwarty mur bardzo, bardzo drobnych i okrąglutkich literek. Ichigo przemknęła po nich wzrokiem, z wyraźnym zamiarem odłożenia czytania na później. Nalepiej na nigdy. Wróciła do podziwiania zdjęcia.
- No, to zostawiam to pani. - Menti starała się nie uśmiechać maniacko. - Tylko proszę nie dziękować! Wpadnę za tydzień, co? No, to powodzenia!
Poklepała Ichigo po ręce - do czego musiała się porządnie schylić - i szybko opuściła Operę.
No. Niech ktoś powie, że nie spełniła dobrego uczynku! Niech ktoś się odważy!
Prawdą jest, że niewielu ludzi odważyłoby się coś Menti zarzucić. Głównie dlatego, że w tym celu musieliby stanąć przed nią i zadrzeć głowę wysoko. I najlepiej pomachać, tak, żeby mogła ich zauważyć.
Głęboko w piwnicy pewien człowiek, który powinien już nie żyć, siąkał nosem.
- To ten cały kurz, szefie. - *siorb* - Mam alergię.
- Mhmhm...! - wtrącił obwiązany sznurami tobołek.
- Milcz, gadzie!
Głuche łupnięcie i chwila ciszy.
*siorb*
- Ta opera działa mi na nerwy - odezwał się całkiem inny, senny głos. Człowiek nazywany szefem - szczupła sylwetka w mroku - odsunął się od kapiącej świecy. Wyraźnie nie przepadał za światłem. - Coś za nami przyszło dzisiaj w nocy.
- Widziałem szczury - zauważył Nieboszczyk między jednym siorbnięciem, a drugim.
- Szczury raczej nie noszą butów. Z reguły. - Szef wskazał coś, co w marnym oświetleniu i tak pozostało niewidoczne. - Ktoś tu był w nocy. Stał na tamtej szafie. - Rozległ się dźwięk, jakby coś węszyło przy ziemi. - Hm... Farby. I coś jeszcze... jak rozpuszczalnik.
- Chodzi za nami malarz, szefie? Nie moglibyśmy go tak... Tego... Walnąć, żeby przestał?
- Na razie przeniesiemy się gdzieś dalej i popracujemy... nad spektaklem. Aha. I zrób coś z tym nosem. Nie mogę tego słuchać.
- Jasne szefie.
*siorb*
No dobra. Mam taki plan, wiecie, żeby wybrać się w marcu na "Rigoletto" do Opery Wrocławskiej. Ktoś reflektuje na wspólny wypad? Z dowolnego końca PL xD
Maruko, Maniak Operowy, Miszczu, etc. serdecznie poleca.

no tak. tu miało być zdjęcie tota, ale okazało się... że nie mam żadnego na kompie. kopać u wujka gógla mi się nie chciało. well, mówi się trudno, żyje się dalej - Aoi jak zwykle moim ulubionym zapychaczem xDDogadaj Marukowi, dołącz do 11 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Dnia 30 listopada 2009 o godzinie 22:57 głupota uciekła z Maruka, mówiąc:
"Che fai? Nulla!" |
 |
Muahaha, przekazłam Miyavcowego bakcyla ~~ Przybywa nosicieli. Ale Rukisława jakoś nie udaje się nikomu wcisnąć, przynajmniej jeśli się zacznie od podsyłania piosenek. Ciekawe czemu...
*szczerze udawane zdziwienie*
Sie ist unglaublich,
Sie macht dich traurig.
Dein Style hilft auch nicht.
- No bo widzi pani, to jest tak... - tłumaczył Toshiya. - Ona mnie przeraża. No, rozumie pani, tak się patrzy... I ja się patrzę... I ona patrzy. I jakie ma wielkie oczy!
- Zgroza - przyznała Menti.
- Całkiem zapominam, co chciałem powiedzieć i ona pyta, rozumie pani: O co panu chodzi? I ja nie wiem. Znaczy wiem, ale...
Menti przewróciła oczami i wyłączyła się na moment. Za każdym razem ta sama opowieść. Nie może przecież bez końca wynajdywać tej ofierze losu kolenych okazji do pokazania, jaką jest ofiara losu! Inni byli... No, nie tacy szczupli. Nie tacy... lalkowaci. A mimo to dawali sobie radę, wszystko sie układało. No, przynajmniej układało się do ślubu, później już reklamacji nie uwzględnia się.
Może facet nie jest jeszcze dostatecznie zdesperowany?
Menti, kiwając głową i bezmyślnie wtrącając "tak, tak, to przykre", przesunęła sobie pod nos najbardziej zapomnianą, zakurzoną już teczkę.
Aha. Beznadziejny przypadek numer dwa, kobieta z Opery. Krawcowa. To był dopiero numer, Menti aż rozczuliła się na moment.
Może jednak zero dodane do zera daje jakąś wartość? W kategoriach matrymonialnych to były już dwa zera, czyli idealnie dobrana para.
- No, no... Zdaje się, że jeszcze coś dla pana mam...
Jest coś upiornego w milczącej nocą Operze. Wewnątrz trzeszczą po cichu stygnące deski parkietów i rozlegają się inne dźwięki, które - człowiek ma nadzieję - wiążą się tylko ze starym drewnem, mnóstwem kurzu i szczurami.
Stanowczo nie chciałby słyszeć takich głosów:
- Argh argh argh...
- Ty, szefie, weź mu przyłóż, on się mnie miota.
Głuche łupnięcie. I dziwny dźwięk, jakby ktoś siąkał nosem.
- Dzięki, szefie. - *siorb* - Aże mu w głowie zadzwoniło, słyszałem.
Dwie postacie, z których jedna targała ciężki tobół, zakradły się w mroku do piwnicy. Z odległego stropu spłyneły drobiny kurzu i Maruko zjechała wolno na linie. Deski skrzypnęły cicho pod stopami. Przez chwilę poprzyglądała się ciemności w zadumie, uwiązała linę do porzuconego w kącie frontu zamku i zeszła do piwnicy.
Nie przez drzwi, ale przez naruszone deski podłogi, które były wejściem o tyle lepszym, że nikomu nieznanym.
Dwie godziny później, w domu przy ulicy Cemntarnej 4 otworzyło się nocą okno... Nie samo, oczywiście.
Do pokoju wsunęła się cicho Maruko. O ile po operze poruszała się całkiem pewnie, tutaj wyraźnie nie była pewna odległości. Ostrożnie postapiła kilka kroków i wpadła na stół.
- Szlag!
Zapłonęło światło. Maruko cofnęła się, mrużąc ślepia i wpadła na barek. Zadźwięczało tłuczone szkło.
- Nie przeszkadzaj sobie - powiedział uprzejmie Aoi, zawinięty w szlafrok. - Dać ci pare minut, żebyś sobie przypomniała, gdzie jesteś?
Rozejrzała się.
- W moim salonie, idioto.
Tą odpowiedzią zyskała kilka wciąż uprzejmych klaśnięć.
- Gratulacje dla twojej pamięci. Daj mi kolejne trzy miesiące, a urządzę tu pole golfowe. Co ty na to?
Zignorowała go. Równie dobrze mógł oświadczyć, że umieści w sypialni żyrafę. W podkrążonych, Marukowych oczach zgasły ostatnie iskierki koncentracji, na jaką zdobyła się pod wpływem zaskoczenia.
Wyszła z salonu i podążyła stałą trasa do kuchni. Aoi podreptał za nią, ziewając.
Maruko rozbudziła sie raz jeszcze.
- Lodówka jest pusta! - Trzaskała szafkami. - Nic tutaj nie ma!
- Oczywiście. Mieszkam sam. Tak jakby. I nie chce mi się gotować.
- A kucharka? Przecież masz kucharkę!
- Zwolniła się - skłamał gładko.
Godzinę temu przeniósł wiele rzeczy z kuchni do piwnicy i wcale nie miał zamiaru się do tego przyznawać.
Maruko skupiła na nim spojrzenie na dłużej, niż sekundę, na co mogła się zdobyć tylko w stanie silnego wkurzenia.
- Co tu się dzieje? - spytała podejrzliwie. - Wkręcasz mnie, co? To jakaś durna gra, która ma mi uświadomić, że tak naprawdę jest mi przykro, że nie tracę na ciebie czasu?
- Ależ skąd.
Ależ tak. Tracić czasu? Dzięki, Maruko.
- Idę do Freji - oznajmiła. - Na pewno ma coś do zjedzenia. - Dodała to z wyraźnym wyrzutem pod adresem obecnych.
- Na pewno śpi. A ty możesz poczekać do szóstej i zrobić zakupy, zamiast szwędać się po ludziach... i domu. Opera ci nie ucieknie. W każdym razie zazwyczaj tego nie robi, to budynek, rozumiesz. Idę spać.
Zamknął się w sypialni, położył i policzył do czterech.
- Ej.
Otworzył oczy.
Maruko wtoczyła się na łóżko i pomachała mu ręką przed nosem.
- Ej! Nie śpij.
- Nie zdążyłem spróbować.
- Gdybyś tak zobaczył martwego faceta, co byś zrobił?
- Wyszedłbym z kostnicy.
- Ha-ha. Bardzo śmieszne. A gdyby się przypadkiem ruszał?
Jetzt sitzt du draußen auf der Treppe vor ihrem Haus du kleiner Gangster,
Lässig rauchst du Zigaretten und wirfst Steine an ihr Fenster.
Als du sie gesehen hast, war hier im Viertel Straßenfest.
Was weißt denn du von Liebe?
Von Liebe weißt du nichts!
Dich haben deine Gefühle
Mal wieder ausgetrickst.
Nadużyty soundtrack:
Fettes Brot
Emanuela <3
I jeszcze z serii
Zabierzcie Marukowi Gadu-Gadu:
maruko
20:44:34
właśnie rozmawiam sobie z Moniką na temat oferty sprzedaży wysyłkowej gitarzystów, w wersji językowej: JP/łamany ANG, przesyłki priorytetowe w obwiązanych różowymi wstążeczkami, miotających się i próbujących uciekać tobołkach. Raczej nie zmieszczą się do skrzynki.
20:45:03
w zestawie cały komplet jaskrawych kosmetyków, dużo pudru, prostownica i prawdziwa gitara!
20:45:19
zestaw strun i rozmówki PL-JP gratis
20:45:52
apropos wersji językowaych, ciekawe, czy przyswajają nowe [by Monika]
freja
20:53:30
nie przyswajają
20:54:00
chociaż może będzie wersja Powiedzmy-że-niemiecki
20:54:16
ja żądam dodatkowego błyszczyka gratis
maruko
20:54:31
no no, błyszczyk wliczony w cenę
20:54:41
ale za dodatkowy musisz dopłacić *odhacza w kosztach*
freja
20:54:57
chyba potrafią powiedzieć piwo w różnych językach
20:55:19
Aoi umie się dogadać na migi xD
maruko
20:55:20
no tak, ale mam nadzieję, że to nie jest płatne ekstra
freja
20:55:27
jest
maruko
20:56:14
szlag.
freja
20:56:41
jak kupisz kogoś drugiego, będzie gratis
maruko
20:58:39
kogo mogłabym kupić... hm...
21:02:50
4ge nie ma w ofercie :/
21:03:09
to musi być jakowyś bardziej komercyjny stwór
freja
21:03:10
a Yuana?
maruko
21:03:18
*wertuje listę*
21:03:21
jest yuana
21:03:33
ale szkoda na niego kasy
21:03:49
chcesz uruhę?
21:03:52
freja
21:03:53
cóż...
21:04:08
chcę jego błyszczyk
21:04:18
ale samego Uruhę...
maruko
21:04:27
możesz kupić i mi oddać
freja
21:04:50
mogę go kupić i sprzedać na Allegro dwa razy drożej!
maruko
21:04:52
Uruha ma dołączony zestaw ubranek i takie lusterko a la Lucky...
freja
21:06:01
a cło i koszt przesyłki?
maruko
21:06:41
no tak, cło... jak wysoko cli się rzadkie okazy niedouczenia i tandety?
.
.
.
info: reklamacji nie uwzględnia się

kocham ten uśmiech ~~Dogadaj Marukowi, dołącz do 11 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
*napawa się bielą szablonu*
BTW, jaka piękna pogoda. Jak żyję, nie mieliśmy listopada na wiosnę, a żyję już stanowczo za długo.
Pozwolę sobie jeszcze na krótki komentarz apropos dnia dzisiejszego: Dobij mnie ktoś!!! Ach, Włosi i ich podejście do pracy... *trauma spedycyjna*
(25.11.2009)
-----------
Giuseppe Verdi
La Traviata
Maria Callas (1953)
E strano! E strano!
Camera obscura jest pojęciem starym, dobrym i tylko brzmi paskudnie. Weź pudełko, weź folię aluminiową, igłę, czarny materiał i szarpnij się na dowolny materiał światłoczuły. Zobaczysz. To zabawne, że światło wychwytuje właśnie te drobne fragmenty, których nie zauważasz, dopóki nie zrobisz zdjęcia. Chociaż patrzysz uważnie.
Urządzanie ciemni w łazience nie jest z kolei najszczęśliwyszym rozwiązaniem, ale łazienkę można zamknąć od środka, co uniemożliwia wszelkim idiotom otwieranie drzwi i wpuszczanie światła w fatalnym momencie. Oczywiście - sądząc po odgłosach - idiota może drzwi wyłamać, przypilony potrzebą. Ale jest szansa, że dębowe drewno i starożytne zawiasy przetrzymają jeszcze trochę.
Czerwone światło działa na nerwy, ale sam ten moment, kiedy pojawiają się kształty...
To bezsenność, tłumaczyła sobie. Sen jest jak wrodzony nałóg, jak genetycznie odziedziczony brak, który uzupełniasz i uzupełniasz bez końca. Ale jeśli z nim zerwiesz, licząc się ze skróceniem życia o połowę, naprawdę potrzebujesz Czegoś. Zajęcia.
Obsesja też jest takim paskudnym słowem, jeśli się zastanowić.
Maruko fotografowała i robiła to tym trudnieszym sposobem, bo łatwy nie jest wart zachodu dla kogoś, kto ma całą dobę czasu do dyspozycji.
- To bydle wpędzi mnie do grobu - oznajmił signor Gackt dramatycznie. I nie bez powodu w ten sposób.
Na widowni tłum dybał na jego życie. No, może w tej chwili niecierpliwie wyczekiwał, ale jeśli ta przeklęta Mana się nie odobrazi i nie wylezie z garderoby, tłum się wścieknie i - całkiem prawdopodobne - rozszarpie Gackta na sztuki. Ludzie w bardzo wytwornych strojach, wytwornie uczesani, w brylantach, zejdą ze swoich miejsc choćby do piwnicy, gdyby tam się schował.
A przecież on tylko powiedział przekletej Manie, że nie dostanie przeklętych piór, których zażyczyła sobie do kiecki. I zamknęła się w odwecie w garderobie. Wredna nietoperzyca.
- No dobra. Znajdźcie jej te cholerne pióra!
Asystenci popatrzyli po sobie.
- Niby skąd? - odezwał się któryś odważniejszy.
- Nie wiem! Odstrzelcie jakiegoś gołębia, albo co. Gdyby ktoś pytał o lincz, jestem u siebie.
Odszedł, wściekły.
- No to fajnie. - Daisuke, kierownik baletu, pociągnął nosem z dezaprobatą. - Za co oni płacą tym krawcom?
- Odwal się - warknęła Ichigo, przełożona nad operową szwalnią. - A Mana niech spada na drzewo. Nie będę takiego badziewia do moich kostiumów przyszywać, niech se sama dzierga.
- A w ogóle, to co jej na mózg padło?
- Zobaczyła babę w loży czwartej, w takiej kiecce a la wkurzony paw. No i zaparła się kopytami, że nic innego nie chce.
- To może wejdziemy tam do loży, ciemno jest, zedrzemy z baby kieckę...
Małe audytorium zwróciło się do rewolucyjnego pomysłodawcy.
- Maruko, spadaj - powiedziała krótko Ichigo. - Chyba, że masz pod ręką trochę pierza.
- A mam.
Maruko pomachała koszmarnie czarnym kapeluszem. Z długimi, czarnymi piórami. Straszne paskudztwo.
- To z magazynu?
- Nie. - Maruko przymierzyła kapelusz i przejrzała się w jakimś zapomnianym lustrze pod ścianą. Kapelusz wydał się nagle całkiem znośny, jak wszystko na Maruko. Daisuke wyjaśnił kiedyś, że ktoś tak brzydki po prostu czyni wszystko wokół piękniejszym, metodą kontrastu. Maruko zgodziła się z tą teorią, choć nie omieszkała rzucić w autora wazonem.
- Skąd to wyciągnęłaś?
- Z szatni. - Maruko obróciła się i przestudiowała własny profil pod uskrzydlonym rondem.
- Z szatni... - Ichigo wydawała się bliska apopleksji. - Maruko! Ty!
Daisuke reagował cokolwiek szybciej od Ichigo. Może częściej miał do czynienia z publicznością, a trzeci akt spóźniał sie już dziesięć minut...
- Dawaj to! - zawołal szybko i zdarł nieszczęsny kapelusz z głowy Maruko. - Nie obchodzi mnie, czyje to jest, ale my potrzebujemy tego bardziej! Chwilowo. Ichi, dawaj igłę i nici!
- Moje uszanowanie dla nietoperza - rzuciła jeszcze Maruko i zginęła w zakamarkach za sceną.
Spłoszona Freja rozpłaszczyła się na ścianie, uskakując w ostatniej chwili. Gackt przemknął obok, z miną jak chmura gradowa. Nie zwracał uwagi na takie szczegóły, jak żony pracowników, nielegalnie odwiedzające strefę
Wstęp Wyłącznie Dla Personelu.
Na końcu korytarza trzasnęły drzwi i Freja odetchnęła z ulgą. Na szczęście korytarze za sceną były zawalone takimi ilościami rozczłonkowanych dekoracji, sponiewieranych kostiumów, starych luster, tajemniczych konstrukcji, manekinów, zrolowanych plakatów - Bóg wie czego jeszcze - że nie trudno byłoby tu przeoczyć nawet słonia.
- Nie szwędaj się - rzuciła Maruko, przechodząc obok z jakimś koszmarnym kłębem pierza w ręku. Zniknęła w mroku, skąd rozlegały się echa gorącej dyskusji i - w tle - pomruk wkurzonej publiczności.
- Oj... - Freja, z ręką przyciśniętą do serca, przez chwilę pracowała nad uspokojeniem oddechu. W operze zawsze jest coś przerażajacego, ale to, jak Maruko nagle pojawia się znikąd i - jakby nigdy nic - odzywa się tuż przy uchu... Zawału można dostać.
Zanim znowu zaczną grać, ktoś musi opuścić i podnieść kurtynę. I płótno z tłem scenografii. Na belkach pracował zgrany zespół ludzi, którzy w życiu nie nadawali sie nawet do kopania rowów, ale nigdy nie odczuwali lęku przed wysokością. No i tu, w górze, nikt ich nie widział. Ani jak wyglądają, ani jak się ubierają, ani tej flaszki na przykład.
Freja zbliżyła się ostrożnie do zejścia. Miała lęk wysokości. Może nie jakiś wielki, ale dostateczny, żeby trzymać się mocno poręczy i starannie unikać spoglądania w dół.
Flaszkę zauważyła natychmiast.
- Co ja ci mówiłam, co? - warczała. - Zlecisz tym ludziom na łeb i nawet nie wypłacą mi odszkodowania, jak poczują alkohol!
- Oczywiście kochanie, masz rację kochanie - mamrotał pokornie Cake, czy też Lay, Frejowy mąż.
Reszta ekipy z ogromnym zainteresowaniem oglądała niedaleki sufit. Flaszka zdematerializowała się natychmiast.
- Przyniosłam wam kolację - powiedziała wciąż nadąsana Freja, stawiając koszyk na zwoju lin. - Nie zasłużyliście, darmozjady. I nie dziękujcie, pijawki!
- Dziękujemy pani!
- Na dole jest jakaś chryja - powiedziała jeszcze konspiracyjnym tonem. - Mana chyba nie zgodziła się wystąpić.
Lay spojrzał na zegarek.
- Kurde, dwadzieścia minut po czasie. Nie mają innego sopranu?
- Szkoda zachodu. Ludzie kupują bilety na Nietoperza, to chcą Nietoperza. Nie dadzą się byle czym pocieszyć, poza tym dwa akty już przeszły, źle by to wyglądało.
Z dołu odezwała się muzyka.
- Ugłaskali potworę - zauważył Mizuha gdzieś spod kurtyny.
- Widziałam na dole Maruko - przypomniała sobie Freja. - Myślałam, że ma zakaz zbliżania się do Many?
- No... raczej się nie zbliża. Byłoby słychać.
- Na odległość dwóch kilometrów!
- No tak, ale wiesz, trzeba by komisyjnie stwierdzić, że złamała zakaz, a Maruko pojawia się i znika. Wszyscy będą się zarzekać, że widzieli ją w stu miejscach jednocześnie. Sąd w to nie uwierzy.
- Pewnie.
Lay przez chwilę słuchał muzyki.
- Musimy już zaczynać.
Trudno byłoby coś zdziałać z pastelami bez fiksatywy, ale fiksatywa tak przeraźliwie śmierdzi... Otwarcie małego okienka w dachu niewiele pomaga.
Maruko przetarła palcem brzeg plakatu. Rysowanie Many to banał - miała tę godzinę czasu, mogła to zrobić dla Gackta. Nie, żeby on kiedyś coś zrobił dla Maruko... Może poza tym, że odstąpił jej strych Opery. To dobre miejsce dla osobnika Marukowatej natury. Tak... ciemno i staro. I dużo gratów.
Otworzyła klapę w podłodze i zjechała na linie, po drodze mijając sunący w górę worek piasku. Maruko cierpi na całkiem solidny lęk wysokości, ale przecież to jeszcze nie powód, żeby zbiegać sześć pięter w dół po schodach.
VIOLETTA
(colpita)
Gran Dio!
*ŁUP*
- Szlag mnie trafi!
- Uspokój się...
- Zatłukę cię!!!
- Yuana...
- Ty świnio!!!
Do sali zajrzał na moment Gackt, ale zaraz schował się za drzwiami, kiedy Yuana rzuciła wazonem pełnym róż. Pękło jedno z luster.
- To koniec! - piekliła się, tupiąc bezgłośnie stopami w baletkach. - I wiesz co? WIESZ CO?!
- Nie wiem...
- Nie występuję jutro! Nie ma mowy!
Daisuke przez chwilę zastanawiał się, czy powinien paść na zawał, dostać wylewu, czy może po prostu zwariować. To nie był przyjemny dzień, a wieczór stawał się nie do zniesienia.
No dobra. Spróbujmy aroganckiej perswazji.
- Yuana, matole! Nic mnie z nią nie łączy! I w ogóle co to za powód, żeby rozwalać całą choreografię, niby kto to za ciebie zatańczy?
- A to już, mój drogi, jest twój problem - odpowiedziała wkurzona primadonna, wojowniczo poprawiła diadem na włosach i odeszła z miną tryumfującej złośliwości. Trzasnęły drzwi garderoby.
- Trzymajcie mnie ktoś... - westchnął żałośnie Dai, zwracając się do świata jako takiego.
Stłoczone w kącie baletnice przyglądały mu się z nadzieją. Primabalerina nie zatańczy, tak? Ale ktoś musi, tak? Hm, hm... Przyglądały sie też sobie nawzajem, zachowując należyty dystans. Każda zdawała sie mówić: "No dobra. To pewnie nie będę ja, ale nie myśl sobie, że ty..."
- Jakiś problem? - Gackt odważył się ponownie zajrzeć do sali. - Daisuke, to już trzecie lustro w tym miesiącu. Ciekawe, kto za to zapłaci...? - spytał niewinnie.
Daisuke wycenił pośpiesznie lustro, odliczył sumę od swojej wypłaty i uzyskany wynik bardzo mu się nie spodobał. Przede wszystkim był ujemny.
Tymczasem zadowolona z siebie Yuana pudrowała nos w garderobie, gotowa na spotkanie z aktualnym ukochanym. Wcale nie z Daisuke, o nie. Ale ten matoł, oczywiście, wcale nie musi wiedzieć. Był taki bezczelny, że mógłby Yuanie coś wypomnieć, jeszcze czego!
- To całkiem niezła opera - odezwała się Maruko. - No wiesz "zatłuke cię" i zaraz "ty świnio". Tylko nie masz odpowiedniego głosu.
Yuana wiedziała, oczywiście, że ludzie nie pojawiają się po prostu znikąd. Przy Maruko człowiek musiał bardzo, bardzo starannie o tym pamiętać.
- Czego chcesz?
Maruko podeszła do lustra, złapała pierwszy lepszy kajal i wypróbowała na nadgarstku.
- Potrzebuję sukni. Na jutro. - Zerknęła na Yuanę. - Jesteś chyba mojego wzrostu.
I uśmiechnęła się. Zawsze się dużo usmiechała, jak zauważyła Yuana. Ale w sposób niezwiązany z wesołością, ani dobrocią serca.
- Dlaczego niby mam ci załatwić kieckę? Pogadaj z Ichigo.
- Nie mogę. Rozumiesz, potrzebuję sukni do opery... Pokazać się w loży w operowym kostiumie to straszny obciach.
Yuana wolno obracała sobie tę dziwną prośbę w głowie. Maruko prawie nie opuszczała opery. Zawsze czaiła się gdzieś w zakamarkach, ale była elementem wyposażenia tak samo oczywistym, jak kurtyna. No, miała podobno męża. I dom. I - prawdopodobnie - jakieś zajęcia. Nikt nie wiedział nic na pewno i nikt nie odważyłby się spytać.
- Chcesz przyjść oglądać... Manę? - upewniła się baletnica. - To trochę chore, nie uważasz? Nawet teraz ją słychać!
Rzeczywiście, jeśli człowiek się przysłuchał, mógł nawet odróżnić słowa. W tym wielkim budynku głosy i muzyka rozlegały się od dachu po piwnice.
- No tak, ale to nie to samo, co być publicznością. Potrzebuję sukni. Buty mam własne. No i... pożyczę sobie ten kajal.
Yuana wolałaby umrzeć, niż prostestować. W tej Maruko jest coś dziwnego... Naprawdę...
- Ma być jakiś szczególny kolor?
- Lubię czarny. - Znowu ten makabryczny uśmiech. - I cekiny. Naprawdę nie pożałujesz.
Co znaczyło tyle, że jeśli odmówi, będzie żałować długo i bardzo. Yuana znała tę historię o Maruko i poprzedniej primabalerinie. Biedna Bou, uciekła ze sceny i nigdy potem jej nie widzieli... Co dawało do myślenia.
- Myślę, że mam coś w sam raz dla ciebie. E... jutro rano będzie na ciebie czekać. Przyniosę. Osobiście. Słowo!
Maruko sięgnęła do kieszeni.
- Nie kłopocz się. Ja już sobie jedną wzięłam. Nie wątpiłam, że się zgodzisz, a w końcu jakie to ma znaczenie, kiedy dokładnie się zgodzisz... Masz ładny dom, wiesz, ale ten kolor w sypialni... hm, hm... Bezguście. Bez obrazy.
Położyła na toaletce klucze.
- Do widzenia. - Uśmiech. - Będzie miło popatrzeć jutro, jak tańczysz. Ależ nie, nie! Nie musisz tego dla mnie robić! Ale to miło, że wystąpisz. No to pa!
I wyszła.
Ktoś powinien coś z nią zrobić. Na przykład otruć. I to szybko!

Myszczu & Małgorzatka
ehem, Dai i Yuana, dla niewtajemniczonych xD Od prawej do lewej
Frejo, inspirujesz. Jak zwykle.
*ukłon*Dogadaj Marukowi, dołącz do 7 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
I want your horror
I want your design
‘Cause you’re a criminal
As long as you're mine
Gdybym nazwała siebie intelektualistką, frazeologizm o gromie z jasnego nieba musiałby stać się faktem. Ale niemyślenie bywa zaskakująco inteligentne, w pewnych szczególnych wypadkach. Na przykład wtedy, kiedy wszyscy wiedzą, że Sanaka przebywał w kadrach, kiedy mordowano Gackta. Ja tego nie wiedziałam. Czy może raczej - nie wydawało mi się to oczywiste.
- Wyszedł z kadr - wyjaśniła trochę speszona Freja. - Widziałam, że siedział tam godzinę.
- Widziałaś tylko, że tam wchodził i stamtąd wyszedł! - upierałam się.
- To nie to samo?
- Nie, wcale nie.
Sanaka milczał, ściśnięty w kącie między Pash i Freją. Pash wcieliła się w rolę Pocieszyciela Uciśnionych.
- ...wiedzieliśmy, że cię nie lubi, ale żeby sugerować coś takiego! - Zgromiła mnie wzrokiem. - Wstydu nie masz! Zadźgałaś, kogo zadźgałaś, ale nie musisz już zaraz pociągać za sobą KOLEGÓW!
...odezwała się ta, co nabija karykatury Sanaki szpilkami. Ktoś tu rozpaczliwie pragnie wyjść za mąż i to chyba nie ja.
- Zamknij się, Pash. Tobie by nikt czegoś takiego nie powierzył, ale Sanaka jest firmowym inspektorem i na pewno dobrze wiedział o drzwiach za szafą! Jest wystarczająco piszczelowaty, żeby tamtędy przeleźć. No i po 17.00 pusto tam jak na cmentarzu, nikt by go nie widział!
- Jakie drzwi za szafą? - zapytał grzecznie Kyo. Za tym śliskim tonem czaiło się obłąkańcze "Dlaczego ja nic nie wiem?!" i zupełnie histeryczne "DRZWI ZA SZAFĄ?!"
Naprawdę mu współczułam. A nie wiedział jeszcze o chomiku w szafce na akta.
- Ach, no, drzwi. Przy remoncie zastawili je na chwilę szafą.
- Na chwilę...
- No... Dłuższą. Zdecydowanie dłuższą chwilę. Właściwie nikt chyba nie wie, co jest w tej szafie, bo zepsuł się zamek. No i nie wiedzieli, gdzie ją odstawić. A z drugiej strony drzwi powiesili ten idiotyczny rzut. Znaczy plan biura, zasłania pół ściany. Bo... E... Raz z Rukisławem trochę zdewastowaliśmy te drzwi, szczerze mówiąc.
- Jakim sposobem?
Na moment zapadła cisza.
- Naprawdę nie chciałby pan wiedzieć - zapewniła Pash wielce tajemniczym głosem.
- Ale to mało istotne! - zawołałam szybko. - W każdym razie drzwi są i działają.
- Za szafą? - upewnił się Kyo. - Którą ktoś zgubił?
- Obawiam się, że tak.
Obawiałam się też, że nadinspektor Kyo za moment dostanie ataku apopleksji.
- Czy ma pan coś do powiedzenia na ten temat? - zwrócił się do Sanaki.
Sanaka nawet na niego nie spojrzał. Wpatrywał się we mnie wystarczająco ponuro, żebym - przy odrobinie inteligencji - poczuła dreszcze. Na szczęście całe życie byłam głupia.
- Hansen ma rację. - Sanaka wyprostował się nienaturalnie. To zabawne, ale choć miewam często deja vu, to nie było deja vu. Ja po prostu wiedziałam, że taki matoł, jak Sanaka, w takiej sytuacji, powie właśnie to:
- Zabiłem prezesa i wróciłem do działu kadr przez księgowość. Wiedziałem o tych drzwiach.
Neruko rzadko odczuwała wyrzuty sumienia. Niespecjalnie. W końcu nie ona powoduje te... nieszczęśliwe wypadki, dzięki którym pewni ludzie przestają... przestają negatywnie wpływać na interesy innych ludzi.
Nie wykonuje roboty osobiście. Tylko... wskazuje miejsca. Dogodny czas. Podaje adresy. To nie jej sprawa, co chlebodawcy zechcą zrobić z jej informacjami, prawda? To wciąż tylko informacje.
No, ale tak zakablować koleżankę to co innego. Głupio wyszło z tą Maruk Hansen. Znały się. Maruk wiele czasu poświęciła starannemu, bardzo starannemu ukryciu się przed Aoim i Neruko nawet jej w tym pomogła - lewe papiery i tak dalej. No, ale Maruk była też bardzo ważna, odbierała te przesyłki, a teraz nagle mogli ją aresztować! No więc Neruko zawiadomiła Aoiego i teraz topiła kaca moralnego w kieliszku, co zapowiadało całkiem fizycznego kaca jutro rano.
- A zresztą to był pomysł Towy - dorzuciła jeszcze tonem usprawiedliwienia i z kolejnym kieliszkiem poczuła się odrobinę lepiej.
Niewiele dalej Uruha poczuł się znacznie, znacznie gorzej, niż jeszcze chwilę temu. Chwilę temu, na przykład, nikt nie deptał mu po głowie, nie ciągnął po schodach i - zdecydowanie - nikt nie groził mu smiercią. Wszystko to wydarzyło się właśnie teraz i - był tego pewien - miało związek z tą przeklętą Maruko.
Co jest nie tak z tą kobietą? Wszystkie krzywonogie paszczury powinny przejść przez życie niezauważone i w staropanieństwie dotrwać do grobowej deski, nie budząc żadnych sensacji. Ale nie. Ja sprawiałam kłopoty, całkiem kosmiczne i nie szczędziłam tych kłopotów nikomu.
Uruha zarył twarzą w niespecjalnie zachęcającą posadzkę. Mógłby przysiąc, że przebiegł po nim spłoszony szczur.
Do piwnicy nikt dawno nie zaglądał.
- Dzień dobry - przywitał się grzecznie Aoi, schodząc po schodach. Ktoś za nim zamknął drzwi i zapalił latarkę.
Uruha przypomniał sobie nagle, jak dawno się nie modlił.
- Chyba się nie znamy? - Aoi bez pośpiechu zapalił papierosa. - Chociaż... To chyba nie jest do końca prawda. Ty dobrze wiesz, kim jestem, nie?
Uruha spróbował odpowiedzieć, ale kilka dobrze wymierzonych kopniaków przypomniało mu, że istnieje coś takiego, jak pytania retoryczne.
- ...przez chwilę nawet uwierzyłem, że w mieszkaniowym są już całkiem obłąkani i mogli oddać to samo mieszkanie dwóm lokatorom. Ale widzisz, jestem podejrzliwy. To jest to, co Maruk nazywa moją paranoją. Sprawdziłem papiery i jedyną osobą, która wynajmuje ten lokal, jest Maruk Hansen. Dziwne, nie?
- Argh...
- Oj, przepraszam, przydeptałem ci włosy. Naprawdę nieźle ci szło, jestem pod wrażeniem. Nawet ten rudy kolor, no no, ktoś wam bardzo dużo naopowiadał o Maruko...
No właśnie, to aż dziwne.
I want your love and
I want your revenge
You and me could write a bad romance
Wstrząsające wyznania Sanaki na moment wywołały zamieszanie wśród zebranych, kiedy to każdy postarał się znaleźć możliwie najdalej od Mordercy. Co znaczyło w zasadzie, że przede mną został sam Sanaka [w trybie dramatu antycznego], trochę z boku miałam Kyo [pierwsze objawy pomieszania zmysłów], a za plecami stłoczyło się całe stado drogich kolegów i koleżanek. Oraz Pash i przyczajona w kącie Mana.
- Przyznaje się pan? - Kyo wyciągnął notes i długopis. Rozejrzał się za swoimi podwładnymi, zapewne na wypadek, gdyby skruszony winowajca postanowił - powiedzmy - sięgnąć po nóż do poczty.
- Tak. Zrobiłem to.
- Zadźgałeś Gackta na schodach? - zapytałam.
Kyo zerknął na mnie, poirytowany. Sanaka tylko pokiwał głową.
- Ha. - Poprawiłam okulary. - I otrułeś Rukisława, hm?
- Tak. To ja.
- Czym?
Sanaka się zawahał. Tylko chwilę, ale tyle wystarczy - przecież jeśli wsypuje się komuś trutkę na szczury, to trudno o tym zapomnieć. No, ale my przecież nie byliśmy pewni, czy to trutka, prawda?
Sanaka zmienił nagle front.
- Nie będę odpowiadał na żadne pytania bez adwokata.
- Jest takie pytanie, rozumiesz, na które nie musisz wcale odpowiadać. - Zdjęłam okulary, wyciągnęłam chusteczkę i zaczęłam starannie polerować szkła. - Właściwie to zastanawiam się nad tym od kiedy cię poznałam. - Założyłam okulary i poprawiłam włosy. - Dlaczego jesteś takim skończonym idiotą? Ehm. Żeby myśleć, że to ja, no nie wiesz czasem...
Sanaka wytrzeszczył na mnie ślepia i nic już nie powiedział. Wszyscy wytrzeszczyli ślepia, co zanotowałam w pamięci z ogromną satysfakcją. Centrum uwagi to właściwe miejsce dla pępka świata, za który niewątpliwie się uważam.
- No tak... - Obejrzałam sobie paznokcie. - To było bardzo miłe z twojej strony. I wystarczajaco głupie, żeby się tego po tobie spodziewać. Chciałabym czasem trochę mylić się co do ludzi, naprawdę.
- Maruk bredzi - oświadczyła Nobara gdzieś za moimi plecami. - Znak, że zbliża się wypłata.
- Nie, wcale nie - odpowiedziała Menti, z właściwą sobie powagą.
- No przecież słyszysz, jak bredzi!
- O tak, ale ja miałam na myśli wypłatę.
- Jest tutaj ktoś z płac? Przepraszam namocniej, że się narzucam, ale już po dziesiątym!
- O co pani chodzi? - zapytał Kyo, ignorując ożywienie personelu.
- Och, ten idiota, rozumie pan, nie zamordował Gackta. On tylko przeniósł go ze schodów do gabinetu dyrektora, bo tam miał najbliżej. No, nie mógł wiedzieć, że Mana jeszcze siedzi w sekretariacie...
- Ale po co?
Sanaka ponuro milczał.
- Och, to jest całkiem oczywiste, kiedy się trochę zna Sanakę. - Uśmiechnęłam się pobłażliwie. - Przeniósł ciało, żeby odsunąć podejrzenia od mordercy, którego, ehm... Lubi.
W biurze znowu zapadła cisza, jak makiem zasiał.
- Kogo mianowicie?
- No to przecież jasne? - Żachnęła się Pash. - To Maruko!
Kyo pokręcił głową.
- Nie, jestem przekonany, że pani Hansen nie...
- Ależ tak - przerwałam mu. - Sanaka przeniósł ciało, żeby odsunąć podejrzenia ode mnie. Prawda?
Sanaka, trochę zaskoczony, prawie zapomniał o swojej dramatycznej pozie.
- No... Myślałem...
- Ty myślałeś! Nie pochlebiaj sobie!
Nadinspektor Kyo spojrzał na mnie chyba pierwszy raz z tak absolutnie nieskrywanym obrzydzeniem.
- Przyznaje się pani do zamordowania prezesa?
- Co? - Zamrugałam. - Ach, nie! No niechże się pan pięć minut zastanowi, czy ja muszę myśleć za wszystkich obecnych?
- ...nie pochlebiaj sobie...
- Zamknij się, Pash! Gackt zginął na schodach, po którch, oprócz niego, tylko ja mam zwyczaj chodzić. Zginął od mojego noża! I jeszcze niedawno znajdował się na szczycie mojej... ehm... Listy Do Odstrzału. Sanaka po 17.00 chciał mnie złapać na schodach, ale tak, żebym nie widziała, że wychodził na korytarz. Więc przeszedł przez kadry, księgowość i kuchnię, na schodach znalazł trupa, zobaczył nóż i od razu pomyślał o mnie. Przeniósł ciało do gabinetu i wrócił do kadr ta samą drogą.
Kyo zajrzał do notatek.
- Ale pani nie schodziła schodami... I wyszła pani znacznie wcześniej.
- Właśnie - prychnęłam. - Najpierw dyrektor wezwał mnie na dywanik, później zjechałam windą. Na dole czekał Rukisław, ale on już tego raczej nie potwierdzi.
Wszyscy zaczeli się poszturchiwać i mrugać do siebie, idioci. Do Yuany wolałam się już nie przyznawać.
- Dyrektor wyszedł chwilę po pani i również zjechał windą. - Kyo rozsiadł się na moim biurku i wertował notes. - Ale, widzi pani, nie udało się ustalić godziny śmierci aż tak dokładnie. Od godziny 16.10 dział kadr, księgowość i kuchnia były puste. Jedyną osobą, która przeszła w tym czasie na schody jest pan Sanaka. Pani kręciła się po biurze tuż przed czwartą, wychodziła pani do kuchni, czyli równie dobrze około 16.00 mogła pani zamordować prezesa.
- Pan kogoś pomija - zauważyłam z niesmakiem. - Widzi pan, jeśli ktoś się nazywa Mana i siedzi w sekretariacie, w dodatku mnie nienawidzi, może swobodnie przejść przez gabinet dyrektora - pusty przed 17.00 - i wyjść na korytarz, zaraz obok schodów. To trwa ledwie minutę i stanowczo nikt nie mógłby tego zauważyć. A chyba nikt poza Maną nie mógłby wiedzieć, że Gackt postanowił odwiedzić biuro. Przecież to ona prowadzi kalendarz spotkań.
Wszystkie oczy zwróciły się na Manę. Stała sobie w kącie jak manekin i moje oskarżenia wyraźnie jej nie ruszały. Nie raczyła się odezwać ani słowem, mrugała tylko miarowo, co było chyba jedynym sygnałem, że wciąż żyje i - prawdopodobnie - słucha.
- Ma pani coś do powiedzenia?
Cisza.
- Może pan z tym samym powodzeniem przeprowadzić wywiad z jej biurkiem - zauważyła zgryźliwie Menti.
Ktoś się zaśmiał.
- No dobra, ale Ruki? - upierała się Pash. - Co z Rukim?
- Ruki łaził dzisiaj po biurze - zauważył Lay, który wyjątkowo nie opychał się niczym słodkim. - Dzisiaj rano przełaził nawet za szafą. I gadał z woźnym.
No tak. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak łazi i węszy, a później - tak, to cały Rukisław - idzie do Many i grzecznie tłumaczy, że nieładnie się zachowała. Rozmawiali, była bardzo sympatyczna, może okazała skruchę, zrobiła mu kawę... Może tylko podała, albo wsypała cukier. Święta Mamono, z wszystkiego w tym świecie największy dostatek idiotów!
Zauważyłam, jak Mana mruży oczy. Czekaj no, takich Gacktów możesz sobie wytłuc ilu ci się podoba, ale Rukisław nie zasłużył na trutkę na szczury.
- To tylko potwierdza to, co już wiem - powiedziałam na głos. - Naprawdę przez chwilę zastanowiłam się, czy byłabyś aż taka głupia, żeby rąbnąć ten notes spod biurka. No, ale chyba nie miałaś zbyt wiele czasu do namysłu. - Zwróciłam się do Kyo. - Pan zajmował jej biurko, a ona siedziała w gabinecie, prawda? Ale z gabinetu mogła wyjść do kuchni. Nawet nie sądzę, żeby planowała pozbyć się Rukisława, ale ten idiota sprawdzał te wszystkie przejścia, przylazł do kuchni przez ksiegowość, musiała to zauważyć. No i, znając Rukisława - wygadał się, że wszystko wie. To ten rodzaj matoła, niestety.
- A klucz z puszki? - przypomniał Kyo. - Te drugie drzwi z gabinetu, każdy mógł je otworzyć - jeśli zabrał zapasowy klucz.
- Nie sądzę. Kiedyś zwinęłam ten zapasowy i zamknęłam tego nietoperza - Manę, pardon - w sekretariacie. Rano następnego dnia okazało się, że nie miała swojego klucza i siedziała tam całą noc. Rukisław też to pamiętał... - Och, jeszcze jak, oberwał po głowie książką telefoniczną. - Po tej historii pewnie przywłaszczyła sobie klucz z puszki na stałe. Klucze są numerowane, wystarczy sprawdzić jej komplet. Zabrała mój sztylet, zadźgała Gackta i wróciła do sekretariatu. Po niej Sanaka wniósł do gabinetu ciało, bo myślał, że w ten sposób mi pomaga. Widzi pan, on też ma specjalny klucz, jest inspektorem. A Mana pewnie słyszała, że ktoś chodzi po gabinecie, ale mogła myśleć, że to Hide wrócił po coś, on czasem wchodził tamtymi drzwiami i - oczywiście - ma swój klucz, bo to jego gabinet.
- Ale zaczął dzwonić telefon - przypomniała sobie Freja. - I musiała tam wejść.
- Pewnie się trochę zdziwiła - wyszczerzyłam się do Many cokolwiek złośliwie.
- No... dobrze. Obawiam się, że będę musiał obydwie panie - i pana - tu Kyo zwrócił się znowu do Sanaki. - Zatrzymać w celu złożenia zeznań.
To mi się nie spodobało.
- Dlaczego ja? Wszystko wam wyjaśniłam, mam jeszcze powiedzieć, co macie z tym zrobić?
- Och, nie, jest kilka innych kwestii, pani Hansen.
- Chodzi o rękawiczki?
- To? - Wydawało się, że zapomniał o tym jakże krwawym dowodzie rzeczowym. - Jestem pewien, że zostały podrzucone.
- Znaleźliście ślady?
- Nie, ale znaleźliśmy sposób, żeby panią obserwować, pani Hansen. W czasie pani nieobecności rękawiczek nie było w kuchni i nagle się tam pojawiły, co dało trochę do myślenia naszemu... nam.
Odprowadzili mnie do drzwi, zaraz za Maną, która uparcie milczała i Sanaką, który również milczał, ale raczej ze zdziwienia. Chyba jeszcze nie zaskoczył, o co chodzi.
A ja wspominałam scenę w moim domu, nad ranem. Kiedy Kyo przeszedł przez całe moje mieszkanie i dopiero w kuchni zwrócił się do Uruhy "A pan to kto?", jakby przypomniał sobie, że powinien się zdziwić na jego widok.
Jeśli to jest tak, jak ja myślę, że to jest, to szlag mnie trafi prędzej, niż zdążę zauważyć.
- Poza tym, widzi pani, mamy do omówienia kwestię pewnych kopert... - dodał jeszcze Kyo, kiedy już jechaliśmy windą. - I pani nie do końca byłego narzeczonego.
Zauważyłam, jak Sanaka nadstawił uszu.
O rany.
I don’t wanna be friends
I don’t wanna be friends
I don’t wanna be friends
- To, generalnie, wywołuje obłęd. - Jowi pomachała fiolką przed nosem Honti. - Komu to podajesz, co?
- Nikomu niczego nie podałam.
Honti poprawiła się w fotelu. Nie wyglądała na zachwyconą odwiedzinami Jowi, ale Jowi nigdy nie przejmuje się specjalnie tym, czy jest mile widziana.
- Osobiście nie - prychnęła. - Ale oddajesz je swojemu lekarzowi, a on to komuś przepisuje. I ja tak sobie myślę, że twój przyszły mąż leczy się u tego lekarza i pewnie tylko dlatego jest twoim przyszłym mężem. Nawet nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy...
Za drzwiami stał nieznajomy facet, machał odznaką.
- Inspektor Toshiya - przedstawił się. - Zawsze każecie tak długo czekać?
- E... nie? - Miyavi wpuścił inspektora do środka i zamknął za nim drzwi. - Nie usłyszeliśmy dzwonka.
- Strasznie mi przykro, że przeszkadzam - nadąsał się Toshiya. Nie spał dziś zbyt wiele. - Muszę się rozmówić z niejakim Hide. Podobno wybierał się tutaj.
- E, tak. No. Wybrał się. Jest w kuchni.
Toshiya odwrócił się i zmierzył Miyaviego spojrzeniem.
- Jakieś kłopoty?
- Ależ skąd...
Pod drzwiami kuchni, na podłodze, siedzieli 4ge i Reita. Reita zezował do małego lusterka i usiłował opatrzyć bandażem nos.
- Dlaczego mi nie mówisz, idioto, że mnie trafiła? - dąsał się. - Nic nie poczułem, mogła mnie trafić w oko!
- Zdaje się, że jednak macie jakiś problem? - zapytał Toshiya.
Poderwali się z podłogi. Miyavi zdążył jeszcze jeszcze zauważyć, jak dziwny wyraz twarzy miał 4ge. Cokolwiek zażywał dotąd, teraz przestawało działać.
- To drobne nieporozumienie. Nic złego się nie dzieje...
- ...właśnie.
Zza drzwi kuchni rozległ się jakiś hałas.
- Panowie pozwolą... - Toshiya wszedł do środka.
4ge, Miyavi i Reita ostrożnie wyjrzeli zza drzwi. Noże nie latały, krew się nie lała, nikt się nie mordował.
Toshiya trochę przesłaniał widok, ale Ichigo i Hide siedzieli na kuchennym blacie, wśród rozbebeszonych artykułów spożywczych i raczyli się winem.
- O nie... - mruknął tylko 4ge, który niejasno przypominał sobie jakieś przeciwskazania, związane z przyjmowanym lekiem i alkoholem.
- Ziendobrr - powiedziała niewyraźnie Ichigo, zachwiała się i padła twarzą w chuderlawą pierś Hide. Pan dyrektor chichotał, najwyraźniej bez przyczyny, dla samej przyjemności chichotania.
Toshiya bardzo powoli odwrócił się do personelu, który właśnie próbował się ulotnić.
- Zawsze udostępniacie kuchnię w takich celach? - zapytał średnio uprzejmie.
- Oni tylko...
- Nawet nie chcę pytać, co oni tylko, szanowny panie! - Rozejrzał się z niesmakiem po zdemolowanym pomieszczeniu, zerknął niechętnie na dwie sponiewierane, rozczochrane postacie i opuścił kuchnię tak godnie, jak to tylko możliwe w takiej sytuacji.
- On myśli, że oni... - zaczął Reita, ale Miyavi, nie patrząc, nadepnął mu na nogę.
- Argh...
- Czy możemy jeszcze w czymś pomóc? - zapytał szybko.
Toshiya wypisał szybko formularz i podał do podpisu.
- To wezwanie na posterunek. to znaczy, że ma się stawić na policji - wyjaśnił, wyraźnie sugerując, że wątpi w umiejetność czytania wszystkich obecnych. - Jak najszybciej. w związku z morderstwem.
- Och...
- Właśnie. Do widzenia panom.
Toshiya wyszedł, emanując świętym oburzeniem. Cokolwiek skonsternowany personel przez chwilę jeszcze obserwował Ichigo, śpiacą w najlepsze w ramionach niespecjalnie przytomnego Hide.
- Ja tam nie wchodzę - zastrzegł zaraz Reita. - Morderstwo, tak?
- A wydawał się nieszkodliwy, nie?
- Wezwijmy taksówkę - zaproponował 4ge. - Wepchniemy ich tam i niech się pozabijają, jak przyjdą do siebie, gdzieś daleko.
Miyavi i Reita przyjrzeli mu się podejrzliwie.
- Ty wiesz - powiedział wolno Miyavi - że to pierwsza sensowna rzecz, którą powiedziałeś od roku?
- Nie wiem. Dziwnie się czuję.
Miyavi zastanowił się chwilę. Zakmnął drzwi kuchni - na wszelki wypadek - i zastawił krzesłem.
- Daj no mi tę fiolkę - zażądał.
Mijała szósta wieczorem, kiedy opuściłam posterunek szczególnie wymaglowana i zniechęcona do życia. Utrzymano zakaz opuszczania miasta, jak miło z ich strony, doprawdy. Szpiegostwo przemysłowe. To prawie obciach, być oskarżonym o morderstwo, rozwiązać sprawę na swoją korzyść i wpaść ze szpiegostwem przemysłowym.
Szlag, szlag, szlag... Przy najbliższej okazji porozmawiam sobie poważnie z Yuaną...
Tymczasem, ku mej rozpaczy, towarzyszył mi Sanaka.
- Przykro mi z powodu Rukiego - powiedział tym swoim tonem Męczennika Za Miłość. Żeby go pokręciło.
- Mówi sie trudno, żyje się dalej - odpowiedziałam sentecjonalnie, zresztą po maglowaniu miałam niejakie trudności z pozbieraniem myśli i mówiłam, co ślina na język przyniesie. - Nie musiałeś targać tego ciała do gabinetu, idioto, do końca życia będą cię posądzać o współudział.
- Przepraszam.
- Nie mnie przepraszaj, właściwie to nawet dobrze się stało.
Bez przekonania machnęłam ręką na taksówkę. Nie byłam nawet pewna, czy mam jakieś pieniądze. Uznałam, że Sanaka w końcu może się do czegoś przydać. Wsiedliśmy razem.
- Jak wpadłaś na to, że to Mana?
- Och, to przez przypadek. - Z roztargnieniem przetrząsałam kieszenie w poszukiwaniu papierosów. - Kiedy Rukisław chował rok temu notes pod biurko, skaleczył się o gwóźdź. Tylko Mana to widziała, zaglądała przez drzwi i nawet przyniosła mu plaster. Nikt więcej nie mógł tego stamtąd zabrać. Ale jeszcze wcześniej zastanawiałam się, kto mógł mnie tak nienawidzić, żeby to zrobić. I przyszło mi do głowy, że wcale nie chodziło specjalnie o mnie, tylko o Gackta.
Gdzie ja je schowałam...?
- Zabiła go, żeby pomóc Hide?
- Co? Ach, nie. Mana to nie ten typ. Zabiła go, bo miała do niego żal. Jak długo tu pracujesz? Trzy lata? Nawet nie. Widzisz, na samym początku to było tak, że Gackt siedział w tamtym gabinecie. I ona była jego sekretarką.
Szlag, rzuciłam to przeklęte palenie. Mogłabym czasem o tym pamiętać.
- Między innymi sekretarką, rozumiesz...
- Aha. Nie wiedziałem.
Wzruszyłam ramionami i wbiłam ręce w kieszenie. Oczywiście wiem, że nałogi są złe, ale czasami wolałabym, żeby było inaczej.
- W sumie z tych, co teraz pracują, tylko ja wiem. No i Mana. Pożarli się o coś, a ona, rozumiesz, nie jest z tych, co zapominają. Obmyśliła sobie wszystko i wykonała plan bardzo starannie. Tylko że ty jej całkiem nabruździłeś.
Kątem oka zauważyłam, że cieszy się tym jak dziecko. A to nie była nawet pochwała. Idiotów ci u nas dostatek.
Taksówka podjechała pod mój adres i wyskoczyłam szybko, zanim kwestia płacenia w ogóle zaistniała.
- Do jutra! - rzuciłam tylko i już wbiegałam po schodach...
...gdzie przypadkiem kopnęłam coś znajomego. Podniosłam wisiorek i obejrzałam bezmyślnie.
Chwila moment.
Gdybym nie znała swojego życia, mogłabym pomyśleć, że Uruha przypadkiem zgubił jedną ze swoich błyskotek, wychodząc gdzieś z domu. Wróciłabym do domu i zajęła czymś pożytecznym.
Ale znam swoje życie i zaniepokoiłam się od razu. O rany, coś mu się stało?
Wydało mi się, że drzwi do piwnicy były zamknięte, kiedy je mijałam. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś je zamykał, zamek i tak ledwo trzymał.
Zbiegłam szybko na dół i szarpnęłam za klamkę. W następnej chwili oberwałam w ten swój durny łeb, aż mnie zamroczyło. Trzeba być nieprzeciętnie tępym, żeby samemu ruszać przeciwko bandzie zbirów, ale ja przecież nigdy nie zgłaszałam żadnych pretensji do intelektu.
Nigdy nie rozumiałam za bardzo kobiet typu frejowatego, więc nie oczekujcie, że wyjaśnię, dlaczego w ogóle otworzyła drzwi. No dobrze, ja też mogłabym drzwi otworzyć, ale tylko po to, żeby Towę zrzucić ze schodów, względnie na niego napluć. Soana, pardon.
Freja otworzyła drzwi w celach pojednawczych. I nawet przyjęła kwiaty. Za to mogłabym ją kopać w kostkę przez wiele godzin, a i tak by nie zrozumiała, o co się wściekam.
- Mówiłam, żebyś nie przychodził - przypomniała. - Jak już tu jesteś, to wejdź, ale to jest OSTATNI raz!
Jak tam, pospadaliście już z krzeseł?
- Tylko sobie nie myśl!
- Nic sobie nie myślę - zapewnił pokornie Towuś, wyjątkowo zgodnie z prawdą. Zdziwiłabym się, gdyby myślał. W ogóle. Ale na pewno nieźle kombinował.
Z tym, że, widzicie, ja nie jestem tak głupia, jak wyglądam. Lubię pomagać ludziom w sposób, który zapewne nie przyszedłby im nigdy do głowy. I dobrze, bo w takim razie sami by sobie pomogli, ale widać nie wszyscy są zdolni do... No, do kombinowania właśnie.
Jeszcze w zeszłym tygodniu sporządziłam anonim i wysłałam priorytetem do pięknego sąsiada. Piękny Daisuke wziął sobie mój anonim bardzo do serca. Nie minęło pięć minut od zjawienia się Towy, kiedy ktoś wszedł bez pukania.
- Cześć, kotku - Daisuke wcisnął się na kanapę między Freję i Towę. - Nie mówiłaś, że masz dzisiaj gości?
- Umh... - mruknęła Freja, przez chwilę niezdolna do konwersacji.
- To twój mąż? - Obejrzał sobie Towę z odległości kilku centymetrów, mniej więcej tak, jak dzieci oglądają czasem coś obrzydliwego, pełzajacego w kałuży.
- Eee... tak?
- Och. Bardzo... mi miło.
Towa uśmiechnął się rozpaczliwie.
Kilka dni później, w szpitalu, obudził się Uruha. Od razu poczuł wszystkie połamane, wszystkie pocięte i wszystkie wyrwane z zawiasów kawałki. I wcale nie pomogło mu to, że pierwszym, co zauważył w swoim pokoju, byłam ja. Stałam sobie, owinięta w szlafrok, przy jego szafce i wyżerałam jego słodycze, przytargane przez jakąś dobrą duszę.
- O. - Wytrzeszczyłam ślepia. - Już nie śpisz?
- Mam nadzieję. To byłoby nie fair, żeby śniły mi się takie paszczury.
Upuściłam szklankę na łóżko, biedak zwinął się z bólu.
- Ojej, ja niechcący - wymamrotałam i pożarłam kawałek czekolady. Oblizałam palce. - No? Miałeś bliskie spotkanie z Aoim, czyżby?
- Skąd się tutaj wzięłaś?
Wskazałam rozcięcie na czole.
- Ruszyłam ci na ratunek, matole. Chociaż, po głębszym przemyśleniu - a miałam czas na przemyślenia - mogłam to rozegrać trochę inaczej. Straciłam narzeczonego, znaczy zmył się bez śladu i zastanawiam się właśnie, czy nie wystąpić o odszkodowanie z tytułu strat moralnych. Do policji. - Spojrzałam na Uruhę z niechęcią, ale nie miałam już więcej szklanek pod ręką. - Co się stało ze zwykłym leżeniem na dachu i podglądaniem? Wszystkim teraz podsyłacie aroganckich, niechcianych lokatorów?
Nie odpowiedział.
- Freja przyniosła ci słodycze - powiedziałam dla podtrzymania rozmowy. - No, ale uznałam, że nie będą ci specjalnie potrzebne. Chyba nie możesz wstać, co?
- A jak ci się, idiotko, wydaje?
- No ja nie wiem, pytam normalnie, troszczę się i co mnie za to spotyka? - Westchnęłam nad panoszącą się niesprawiedliwością. - Szkoda, bo myślałam, że może pójdziesz ze mną na ślub. Nasz dyrektor sie żeni, rozumiesz. Znaczy wywalili mnie z roboty, ale mam chody u panny młodej.
- Niezmiernie mi przykro.
- No, ale bez obaw. Za miesiąc ślub Freji. I, rozumiesz, mógłbyś mi jednak towarzyszyć. Widzisz, mogłabym niby pójśc z Sanaką. On wezwał policję i w sumie uratował nam tyłki, no, ale mimo wszystko nie dam rady sie zmusić. Facet mnie obrzydza. Rukisław nie żyje, Aoi zniknął - znowu - i zostajesz mi ty. Twój szef, Kyo, już się zaoferował, ale nigdy nie wiadomo, czy go w ostatniej chwili nie odwołają do jakiegoś trupa. O Yuanie nawet nie myślę. No, może czasami...
- Jednego nie rozumiem.
- Hm?
- Jak to się dzieje, że zawsze recytujesz taką listę? Jesteś strasznym paszczurem, bez obrazy.
- Nie obrażam się. - Rzuciłam karton po soku w stronę kosza. Nie trafiłam. - Pocieszam się, że nie gorszym od ciebie. Ale musisz przynać, że mam lepsze włosy.

prawdopodobnie jedyna inspirująca [mnie] fotka Uruhy
-------------
well, that's it, boys 'n girls
Mogłabym, oczywiście, rozwinąc pare wątków. Freja rozwiodła się z Towiszonem, Towiszon żebra na ulicy, Sanaka wstępuje do klasztoru, 4ge ucieka sprzed ołtarza, Ichigo zostaje panią dyrektorową, Maruko chodzi na piwo z Uruhą i tak dalej. No, ale kogo by to dłużej interesowało?
pracuję nad nowym opkiem
Dogadaj Marukowi, dołącz do 6 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Za jabłkami szalałam całe życie. Niepohamowanie i jednostajnie, całodobowo. Gdybym nie cierpiała na bezsenność, na pewno śniłabym o jabłoniach. Co zreszta zdarza mi się na jawie.
- Świnio, nie dręcz mnie - poprosiłam grzecznie i dostałam z kilogram ukochanych owoców. Aoi zaopatrzył się w cały zapas, jak mnie to bydle dobrze zna.
- Wracając do sprawy mojego wyjścia...
- Nigdzie nie idziesz.
- Ha-ha. Dobre, uśmiałam się. Ale tak całkiem serio nie jesteś debilem, żeby mnie tu trzymać. Czy gdziekolwiek - zastrzegłam zaraz, rozumiejąc, do czego zmierza z tym wrednym uśmiechem. - Tobie się wydaje, że mnie wywieziesz, to ja się zgodzę, co? Na mózg ci padło. I w ogóle nie ma mowy.
- Już się raz zgodziłaś.
- Och, wtedy... - Machnęłam ręką lekceważąco. A myślałam sobie: "Co?! Ty tylko zapytałeś, czy wyjdę, a ja zdążyłam zapytać: 'CO?!' i tyle ci, matole, starczyło do ogłaszania wszem i wobec zaręczyn, ty skończony..." - Mój drogi. to nieporozumienie. Ale zostawmy to w spokoju, dobrze? Mam teraz niejakie problemy, rozumiesz, tak czy inaczej nie mogę opuścić miasta, więc jeśli pozwolisz mi teraz wyjść...
- Aresztują cię.
- W takim wypadku poznam lepiej otoczenie przyszłego męża - wymruczałam dość niewyraźnie, wciąż pochłaniając ulubione owoce.
- Słucham?
- Mówiłam, że jakoś przeżyję, jak wszystko zresztą. - "Na przykład ciebie, jełopie." - Ale jeśli nie wypuścisz mnie teraz, to obawiam się, że mam niewielkie szanse uniknięcia listu gończego. I w ogóle skąd się tutaj wziąłeś?!
To pytanie nurtowało mnie od początku. Z moich obliczeń wynikało, że jeszcze przez najbliższe 5 lat będzie siedział w pudle. Nawet przy najlepszym sprawowaniu. Eh, życie, nie oszczędzasz ty mnie wcale... Zresztą możliwe, że nie liczyłam zbyt dokładnie.
- Jakoś nie wyglądasz, jakbyś wypatrywała mnie z utęsknieniem - powiedział z wyrzutem. On! Za to, jak szybko musiałam wiać i zmieniać nazwisko z JEGO powodu, on ma DO MNIE pretensje! Świecie, świecie!
- Jakoś nigdy nie wyczekiwałam niecierpliwie wiezienia w bagażniku. Może uważasz to za bardzo emocjonujące, ale ja dziękuję bardzo za tę przyjemność.
- Już przeprosiłem, nie? - nadąsał się.
Nazwanie go idiotą byłoby nadużyciem samego terminu "eufemizm".
Spojrzałam na zegarek. Szlag, prawie dziesiąta...
- Słuchaj, mam jeszcze jakie pół godziny, żeby uniknąć zwolnienia z pracy. Już i tak będzie mi trudno to wytłumaczyć, bo policja widziała, jak wychodzę z domu! Przecież możesz mnie obserwować.
- Ach, nie! To zbyt pracochłonne, rozumiesz. Mam lepszy pomysł.
- Ta...?
- Ty nie uciekniesz, a ja nie zamuruję żywcem w piwnicy twojego przyjaciela. Co ty na to?
- Rukisława? - spytałam z nadzieją.
- Och, nie. Miałem na myśli tego... sublokatora.
- Nienawidzę go! - wybuchnęłam. O szlag szlag szlag...
- Serio...? Nie, wiesz co? Wydaje mi się, że jednak jesteście sobie bardzo bliscy. Skoro sprzedał twoje buty paserowi i jeszcze go nie otrułaś...
Musiałam wyglądać dość głupio z takimi wytrzeszczonymi ślepiami, jak zwykle, gdy próbowałam myśleć. Zaprzeczanie nic tu nie pomoże, ten ćwok opacznie wszystko zrozumie. Poza tym to wcale nie jest tak, że nie lubię Uruhy. Znaczy owszem, nie lubię go.
I owszem, uwielbiam.
Nienawidzę gada!
I przepadam za nim bez reszty, bo tak całkiem go nie lubić, to jak nie lubić samej siebie. Mam przecież pełny zestaw kompleksów, ale to nie przeszkadza mi być skończonym megalomanem. Nie odetnę sobie palców tylko dlatego, że mi się nie podobają, to są moje palce, bardzo się do nich przywiązałam. No, a Uruha jest po prostu bardzo mój. W pewnym sensie. Jakimś sensie. Może nie wielkim, ale w końcu nie wszystko musi zaraz mieć jakiś sens!
Mój największy wróg. Sama go otruję. Kiedyś. Nie robię tego nie dlatego, że bym nie mogła, po prostu teraz nie mam ochoty, jasne?
- Jeśli to wszystko, to już sobie pójdę... Gdziekolwiek jestem.
Okazało się, że musiałam drałować jeszcze dwadzieścia minut piechotą i podjechać trzy przystanki autobusem. Przejrzałam się dokładnie w sklepowych witrynach i widok wcale mnie nie zachwycił. Wożenie w bagażniku, odurzanie, budzenie solami trzeźwiacymi i kopniakami, brak śniadania - to naprawdę nie wpływa korzystnie na urodę. Wcale a wcale.
Chciałam wbiec po schodach, ale przegnała mnie stamtąd policja. Chyba nikogo nie zdziwi, że byłam cokolwiek rozkojarzona, jeszcze zanim wsiadłam do windy. Wysiadłam z niej i przekonałam się, że moje rozkojarzenie to szczyt opanowania w porównaniu z tym, co działo się w biurze.
Pash stała pod regałami i stamtąd wytrzeszczyła na mnie ślepia. Obok Freja zawodziła, kołysząc się miarowo na krzesle. Całkiem jak wtedy, kiedy zdechł jej chomik. Policjanci przyglądali mi się bardzo surowo, między innymi Shinya, czy jak mu leciało, który właśnie trzymał w ręce kopertę... Nie, to była raczej torba na tak zwane dowody rzeczowe. Latali z tym wczoraj po całym biurze.
To były osoby, na które akurat zwróciłam uwagę. Bo w ogóle w centralnym biurze tłoczyli się wszyscy, lamentując. Trudno było przyglądać się temu dłużej, niż minutę, samemu nie popadając w obłęd.
- Co się stało? - zapytałam najbliżej stojącą osobę i - ku swojemu niezadowoleniu - trafiłam akurat na Yuanę. Wyrósł nagle przy mnie, jak spod ziemi i teraz przyglądał mi się z naganą. Patrząc z bliska. I trochę w górę.
- Czego?! - warknęłam z wysokości najlepszych szpilek z Paryża.
- E... Pytałaś co się stało.
- To odpowiadaj, a nie gapisz się, jełopie!
- No, wykitował starszy księgowy. - Mały drań wydawał się dziwnie uradowany. - No wiesz... Ten twój - dodał.
- No nie wiem! Nie stać mnie na własnych księgowych, a jeśli mówisz o tym cieciu Ruk... Co?
Treść informacji powoli przedarła się przez mgłę oszołomienia, niedawnego odurzenia, ogólnego poobijania i straszliwego głodu. I wrodzonej, szeroko pojętej głupoty.
Ten... To małe bydle właśnie mi powiedziało o zwłokach Rukisława. Zwłoki to taki człowiek cokolwiek martwy, prawda? Ahaha... Co?
- Co? - powtórzyłam, bo nic więcej jakoś nie mieściło mi się chwilowo w głowie.
- No, ten... On. Co z nim wczoraj wyszłaś. Otruł się.
- Czym?! Własną śliną?!
- Właściwie nie wiemy jeszcze czym - odezwał się uprzejmie głos zza moich pleców. Spojrzałam za siebie. I trochę w dół.
- Och, dzień dobry...
- Dobry? - zdziwił się Kyo. Wyglądał, jak coś wypranego w pralce. Z gotowaniem.
- No dobra, może nie najlepszy, ale chciałabym, tak jakby, zorientować się w sytuacji. To chyba jakieś nieporozumienie, co? Czym można otruć człowieka w biurze?
- Właśnie to sprawdzamy. Ale przyznam, że niejaki ubytek w trutce na szczury - to fascynujące, że przechowuje się ją w kuchni obok cukru - daje trochę do myślenia.
- Przecież to musi być obrzydliwe świństwo! - żachnęłam się. - Żaden czysty arszenik! Nie poczuł smaku? Co ja opowiadam... Rukisł... On wczoraj na moich oczach wyżłopał wiele więcej alkoholu, niż zwykle było mu trzeba do biegania za wężem. Dzisiaj rano nie poczułby nawet chili. Na pewno pił bardzo dużo bardzo mocnej, obrzydliwej kawy...
Kyo uśmiechał się prawie maniakalnie.
- To ciekawe, że żaden z pani kolegów o tym nie pomyślał - zainteresował się uprzejmie. - I rzeczywiście wygląda na to, że - cokolwiek to było - było w kawie.
- No to musiał sam się ukatrupić - oznajmiłam ponuro. - Starszy księgowy nie pozwoli sobie zrobić kawy. Ja sobie też bym nie pozwoliła zrobić kawy.
- Dlaczego?
Popatrzyłam na Kyo z niechęcią. Wcale nie miałam mu ochoty wyjaśniać, że częstotliwość plucia do kawy wzrasta wprost proporcjonalnie do metaforycznej wysokości stanowiska. Nikt, kto najpierw był na dole i sam pluł, nie będzie taki głupi, żeby pić coś podanego przez ukochanych podwładnych, kiedy już znajdzie się na górze. A my z Rukisławem wyczynialiśmy różne ochydne rzeczy, zanim dopchaliśmy się do awansów... Wspólnie. Dlaczego jakoś tak zawsze wychodziło, że działaliśmy zawsze we dwoje, nawet kiedy przyszło wsypywać ziemię spod kwiatków do śniadania kierownika?
- Po prostu nie wysługujemy się kolegami do takich czynności - skłamałam gładko i udawałam, że nie widzę, jak Yuana się na mnie patrzy.
- Gdzie pani była?
No jasne. Mogłam się tego spodziewać. Jakże pięknie byłoby opowiedzieć prawdę i odesłać Aoiego do pudła... Ale wizja cementowego odlewu z Uruhy obrzydziła mi ten piękny plan. No cóż. Zawsze wykazywałam nieprzeciętne umiejętności we wciskaniu kitu...
Ichigo prychała pogardliwie, odwracając się z odrazą od osobnika po drugiej stronie stołu. Miyavi [kuchnia], 4ge [kuchnia] i Reita [cieć] wspólnymi siłami zatargali obydwoje do kuchni, a to nie było łatwe. Przede wszystkim trzeba było ich rozdzielić, w wyniku czego Ichigo została z kłębkiem cudzych kłaków w dłoni. Hide nie przedstawiał się zbyt imponująco z podbitym ślepiem, rozczochrany, rozhisteryzowany i obłożony lodem.
- To niebezpieczna wariatka!
- Wolę okreslenie: kobieta walcząca. O swoje. - Ichigo znacząco poprawiła naderwaną sukienkę.
- Do czubków, moja pani, do czubków!
- Ależ proszę bardzo, droga wolna...
- Ty, wezwać kogoś, albo co? - wymamrotał Reita do Miyaviego, wciąż nienaturalnie uśmiechnięty. Nad kuchennym blatem kołysały się ostre sztućce.
- Lepiej ich stąd wyprowadić - odpowiedział Miyavi, przyglądając się potencjalnym narzędziom zbrodni.
- Racja.
Obydwoje spróbowali na migi wytłumaczyć swoje zamiary 4ge, który stał po drugiej stronie kuchni, pilnując nadąsanej Ichigo. 4ge nie zrozumiał i w odpowiedzi popukał się energicznie w głowę.
- No tak, jeszcze ten kretyn nam się trafił...
Pozwolili mi popatrzeć, zapewne w celu wybadania reakcji. Kompletnie zwariowali, uważają, że latam po biurze i morduję kogo popadnie?
Ruki spadł pod biurko. To znaczy przyjęłam, że to on, bo ubranie się zgadzało. No, może jeszcze fryzura. Ale ludzie stanowczo nie powinni być takiego koloru.
- Więc oglądała pani szpilki? - dociekał Kyo, jakby zapominając, że własnie pokazuje mi trupa mojego domniemanego [przez wszystkich oprócz mnie] przyjaciela.
- Co? A tak tak, mhm. Łaziłam po sklepach.
- Myślałem, że planowała pani iść prosto do pracy?
- Poczułam zew i musiałam sie udać na łowy.
Przez chwilę panowała niemiła cisza. Parę godzin temu widziałam, jak Kyo liczy moje wszystkie szpilki. Czterdzieści cztery pary, nie licząc tych opylonych paserom przez Uruhę.
- Kupiła pani coś?
- Jakoś nie. Wybredna jestem. I bez kasy.
- Wybrała się pani na zakupy bez pieniędzy...?
Zirytowałam się.
- Czy ty, człowieku, w życiu nie spotykałeś się z kobietą, czy co?! Oczywiscie, że poszłam na zakupy bez pieniędzy! Co innego mogłabym zrobić, kiedy nie mam pieniędzy i mam ochotę poprzymierzac buty? To mnie uspokaja!
- Czuje się pani zaniepokojona...?
Przewróciłam oczami i nie odpowiedziałam. Było mi, mimo wszystko, żal Rukisława. Osobiście planowałam go zabić jakoś bezboleśnie. Trutka na szczury to straszne świństwo. Poczułam, że to nie fair, że ktoś mi morduje znajomych w sposób, którego dla nich nie przewidziałam. To trzeba było ukrócić. Znaleźć sprawcę!
- Domyslacie się, kto to robi? - spytałam. - Jakieś pomysły? znaczy poza mną?
- Niestety żadnych. Poza panią. Myślę, że możemy już wyjść.
Cudownie.
Wychodząc, obejrzałam się jeszcze raz na biurko. Coś mi zaświtało... Biurko Rukisława zawsze było podejrzanie puste. Nie jak moje, gdzie roiło się od kartek z przypadkowymi notatkami. Znałam tego oszołoma całkiem dobrze i teraz wyobraziłam sobie mały, zużyty notes, który wyglądał niemal jak obgryziony...
- Znaleźliście jego notes? - spytałam bezmyślnie. - Taki A6, potargany. Na okładce był napis "Rukisław", sama to nabazgrałam. Był wciśnięty w szczelinę pod blatem, po lewej stronie.
Kyo popatrzył na mnie dziwnie. Po czym zawrócił do biurka.
- Tam jest taki... - powiedziałam jeszcze, ale za późno.
- Au!
- Gwóźdź - dokończyłam. - Przytrzymuje notes. Gdyby Rukisław miał coś ciekawego do powiedzenia, to na pewno tam to napisał. Chociaż on nigdy nie miał nic ciekawego do powiedzenia... Niespecjalnie.
Kyo przez chwilę ssał skaleczony palec i przyglądał mi się z namysłem.
- Tam nic nie ma.
- Co?
Aż sama podeszłam do biurka, ale z drugiej strony, zignorowałam protestujacego lekarza medycyny sądowej i nad zwłokami Rukisława przecisnęłam się do znajomej skrytki. W której notesu rzeczywiście nie było. Tylko gwóźdź sterczał smętnie z drewna.
Wstałam, wyprostowałam się, poprawiłam kieckę i włosy.
- Chciałabym porozmawiać z kolegami, jeśli pan pozwoli.
- Może pani nie zauważyła, ale to my prowadzimy śledztwo...
- Tak, ale zadajecie niewłaściwe pytania.
- A-ha. A pani może zechce nas oświecić, jakie pytania są właściwe?
- Nic wam to nie da. Ale mogę wam coś powiedzieć o notatniku.
O tym głupim notatniku, w którym zapisywaliśmy wszystkie plotki i inne duperele. I wiedzieliśmy o nim tylko ja, Rukisław i ktoś, kto ponad rok temu zaglądał przez drzwi, kiedy Rukisław skaleczył się o gwóźdź...
- Co to jest? - spytała podejrzliwie Ichigo, przyjmując odruchowo filiżankę herbaty. Trochę się zdyszała od tego rzucania talerzami i wrzasku.
- Herbata. Ehm - 4ge wycofał sie pośpiesznie pod ścianę i obserwował czujnie rozwój sytuacji. Sam powinien zażyć lek na paranoję... Środek uspokajający, pardon. Przez to wszystko nie zdążył, a teraz podał solidną dawkę tego świństwa dwójce szalejących gości. Hide i Ichigo sączyli herbatę, obserwując się przez długość kuchni, czujnie jak koty. Trwało chwilowe zawieszenie broni.
Reita wychylił się zza drzwi.
- Czemu tak cicho? - syknał do Miyaviego, kulącego sie pod blatem.
- A co, przeszkadza ci?!
- Nie, skąd...
- Może wyjdźmy stąd, co...?
Wszyscy trzej pośpiesznie opuścili pobojowisko. To jest kuchnię. W drzwiach tkwił wbity do połowy nóż - jeszcze wibrował.
- Myślicie, że teraz się pozabijają? - spytał Miyavi, przetrząsając schowek na szczotki w poszukiwaniu czegoś solidnego i dającego poczucie bezpieczeństwa.
- Nie mam pojęcia. Chyba nas nie zamkną za to, że oni się tam zadźgają, czy coś?
- Może im przejdzie. Podałem im to - 4ge pokazał pustą fiolkę.
- Twój środek? Na... eee... nerwy?
- Czy zwykle nie używasz tylko kilku kropel? Tylko tak pytałem! - zastrzegł zaraz Miyavi. 4ge robił się... nerwowy.

zawsze mnie fascynował frazes o cementowaniu przyjaźniDogadaj Marukowi, dołącz do 14 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Nie mogę zwyczajnie wyjść z domu spóźniona i wściekła, przelecieć drogę do biura na piechotę w szpilkach, zmoknąć na deszczu i na miejscu poddać się dochodzeniu w sprawie morderstwa, o które podejrzewało mnie już pewnie pół miasta. Nie. Ja muszę zaginąć po drodze. Co mnie nawet nie dziwi, znam swój Los - strasznie mnie nie cierpi. I vice versa.
Kyo przez szybę w samochodzie zobaczył mnie, jak schodzę z głównej drogi i idę dalej przez park, na skróty. Trzymałam nad głową różowy parasol - szanse niezauważenia mnie były nikłe. No więc zauważył mnie i zdążył wskazać siedzącemu z tyłu Shinyi, zanim zniknęłam w uliczce za parkiem.
- Rzeczywiście idzie do pracy. Sądziłem, że raczej żartuje.
- Może jest całkiem tępa? Chyba ją to bawi.
Kyo pokręcił głową w zamyśleniu.
- Wcale nie jest. I to tym bardziej mnie zastanawia. Przecież chyba wie, że - nawet jeśli osobiście nie uważam, że jest winna - sąd może uznać, że zamordowała tego faceta? Za cztery rany kłute wysyłają na szubienicę.
W tej chwili miałam cokolwiek poważniejsze zmartwienia, niż wszystkie szubienice świata. I nawet o tych nie mogłam nic wiedzieć, bo właśnie tłukłam się, odurzona chloroformem, w zamkniętym bagażniku. Nawet gdybym miała tego świadomość, wciąż nie byłabym zdziwiona. Wściekła, owszem, ale nie zdziwiona. Jestem właśnie taką ofiarą Losu, której przydarzają się właśnie takie rzeczy.
Technoboy feat. Matia Bazar
Ti sento
La parola non è
Né sapore, né idea...
Rukisław, podobnie jak wszyscy w biurze, siedział na swoim miejscu z miną człowieka, który nie ma pojęcia czym właściwie miałby się zająć, ale to nie przeszkadzało mu być bardzo, bardzo zajętym. W związku z czym nie mógł stać się pomocny, powiedzmy - dla organów ścigania. Ktokolwiek pracuje w biurze dłużej niż miesiąc doskonale wie, jak to się robi.
Rukisław rozmyślał. Nie podejrzewałabym go o to, ale fakt jest faktem - Rukisław wykonywał właśnie ciężką pracę umysłową. Możliwe, że raz pierwszy w życiu.
Myślał sobie: Czy ci wszyscy kretyni nie rozumieją, jak ważne było to, co powiedzieli o kluczach?
Czy wspominając o marukowym zwyczaju wbiegania po schodach nie zwrócili uwagi na zupełnie oczywisty fakt - że Gackt miał ten sam zwyczaj?
Mana nic nie słyszała. A miesiąc temu Maruko opublikowała uaktualnioną Listę.
Rukisław wpatrzył się z niejakim zdziwieniem w przycisk do papieru.
To jest takie proste?
- Aoi? - Kyo wydawał się uprzejmie zdziwiony.
Pash emanowała czystą, niczym niezmąconą złośliwością. Niemal świeciła własnym światłem.
- Tak się nazywał - potwierdziła radośnie. - Zawsze mi się wydawało, że ma jakieś kryminalne znajomości, ten nasz Maruk. Po tym, jak załatwiła nam ten papier drukarski z przemytu, kiedy dostawca zerwał kontrakt... - Zastanowiła się. - Zreszta zerwał go, bo Maruko mu coś napyskowała, więc musiała to jakoś inaczej załatwić.
- I jest pani pewna, że padło takie nazwisko?
- Aha! Aoi. Na pewno. Menti ma pamięć do nazwisk i to właśnie wymieniła. I powiedziała, że to był kryminalista!
- Bardzo pani dziękujemy, sprawdzimy to.
Kyo był zdumiony. Zaledwie dziesięć minut temu zajął swoje nieoficjalne miejsce za biurkiem Many, a już trzecia osoba "coś sobie przypomniała" i przyszła kablować na Maruko. Bardzo... pouczające.
- Mamy kogoś jeszcze z donosem w zębach? - zapytał z niejaką obawą.
- Jeszcze ten kurier - Shinya zajrzał do notatek. - Zaczepił mnie w hallu i chyba bredził coś o bardzo ważnych informacjach.
- Jasne. Zawsze są bardzo ważne. Możesz go tu sprowadzić.
Yuana wyglądał na zdeterminowanego. Praworządny obywatel, wypełniający swoje obywatelskie obowiązki. Kyo aż się wnętrzności przewracały na jego widok.
Yuana położył na biurku zalakowaną kopertę. Kyo kątem oka zauważył adresata:
Maruk Hansen.
- Co to jest?
- Przesyłki dla pani Hansen, do rąk własnych. Kiedyś wrzucała je do kosza przy schodach na parterze, podarte. Ale niedawno zabiera je do domu i pali...
Kyo wyobraził sobie, jak Yuana skrupulatnie wybiera kawałki z kosza i skleja... Obrzydliwy typ. Maruko musiała pomyśleć to samo i zaczęła niszczyć korespondencję tak, żeby wyeliminować nawet resztki.
- A skąd pan wie, co ona robi w domu?
- Podglądałem - przyznał się Yuana bez mrugnięcia okiem. Kyo miał ochotę go kopnąć, całkiem porządnie. - Przesyłki przychodzą raz w tygodniu, za każdym razem innego dnia. I - Yuana aż się rozpromienił - ja wiem skąd!
Ruki wykonał krótki spacer - przez księgowość do kuchni, z kuchni wprost na schody. Pracowała tam wciąż ekipa techników policyjnych. Ruki wrócił do kuchni i innymi drzwiami wyszedł na korytarz - prawie naprzeciw miał teraz tylne wyjście z gabinetu dyrektora, w którym znaleziono ciało. Wrócił do kuchni, przez nią przeszedł do księgowości, dalej do kadr i wyszedł w centralnym biurze.
To bardzo stary budynek. Można całe piętro obiec dookoła, każdy pokój ma przynajmniej dwoje drzwi - jeśli ktoś wie, że czasem trzeba się wsunąć za regał, albo - w kuchni - wyciągnać klucz zza szafki na szklanki. Zamek był zatrzaskowy, z drugiej strony wystarczyło nacisnać klamkę - ale najpierw trzeba było wyciągnać ją z własnej szuflady Rukisława i założyć. Nikt nie zamykał swoich szuflad na klucz.
Ruki wrócił do swojego biurka. Wrzucił klamkę do szuflady i zamyślił się tym razem ponuro - ktoś naprawdę mógł to zrobić. Ale ktoś wyjątkowo dobrze obeznany z tym biurem. Jeśli się wie, gdzie tutaj wszystko leży, sprawa jest całkiem prosta...
Ten Kyo ma przed sobą prawdziwą drogę przez ciernie, uświadomił sobie Ruki. Przecież nawet cukier trzymamy w pojemniku podpisanym "sól", a sól wsypujemy do starego dzbanka do herbaty. Nikt się nie zastanawia, czy to ma sens, po prostu ktoś kiedyś użył tego, co miał pod ręką.
Ruki postanowił porozmawiać z woźnym, teoretycznie odpowiedzialnym za klucze.
Aoi. Tym razem jednak się zdziwiłam.
Chyba pierwszy raz dziękowałam Opatrzności za tego domowego szkodnika, Uruhę, który opustoszył mi lodówkę i tym samym pozbawił śniadania. Gdyby nie to, byłabym zwymiotowała komuś na buty, a to zwykle źle wygląda, szczególnie jeśli ten ktoś może ci przestrzelić głowę na wylot. W zaistniałej sytuacji było mi tylko niedobrze, ale człowiek prowadzący tak niezdrowy tryb życia, jak ja, właściwie permanentnie odczuwa mdłości - na przykład kiedy spojrzy w lustro.
Wracając do rzeczy. Aoi. Wstrętny gad, którego nie życzyłam sobie widzieć za żadne skarby świata i nigdy w życiu. Siedział sobie spokojnie w fotelu i przyglądał mi się z nikłym zainteresowaniem. Do dopełnienia obrazka brakowało jeszcze białego, puszystego kota.
- Dzień dobry - powiedziałam głupio, bo zresztą co miałabym powiedzieć?
- Co raz lepszy - zapewnił mnie wstrętny gad. - Jak miło, że zechciałaś wpaść.
Zechciałam wpaść... Święta Mamono!
- Czy istnieje jakaś szczególna przyczyna mojej obecności tutaj? Skoro już upchano mnie w bagażniku, chciałabym wierzyć, że to dla jakiegoś wyjątkowo doniosłego celu!
- Może usiądziesz?
Usiadłam w drugim fotelu i wierciłam spojrzeniem w tej... w tym... W nim.
Człowiek czasem nie wie, jak będzie musiał cierpieć, kiedy walczy z nałogiem przeklinania i wygrywa. Bywają momenty... nie do opisania. Niedoopisanie jest właśnie tym, co boli najbardziej. Oczywiście wiesz, jakie słowa idealnie pasują do sytuacji... I nie wypowiesz ich, choćby ten upór miał cię skłonić do przegryzania mebli.
Żeby być uczciwym trzeba przyznać, że nie istnieją inwektywy adekwatne do tego bydlęcia, na które zmuszona byłam patrzeć.
Aoi spokojnie zapalił papierosa. I - oczywiście - zachęcająco wyciągnał do mnie paczkę, chociaż wie, że rzuciłam nałóg dawno i z jeszcze większym bólem, niż kosztowało mnie wyrzeczenie się inwektyw.
- Nie.
- Na pewno? Cóż... - Zaciągnął się i przyjrzał mi spod przymrużonych powiek, jakby oceniał towar z drugiej ręki, wystawiony na sprzedaż. - Jak się czujesz w tej swojej legalnej pracy? Wszystko bardzo uczciwe, żadnych paskudnych typów?
- Po co sie głupio pytasz, kiedy na pewno wiesz? - zirytowałam się.
Szlag mnie trafi.
- Słyszałem coś o waszych przekrętach, nic specjalnie ciekawego. Ale - Wypuścił kłąb dymu. - Chyba macie jakieś problemy z policją?
- Kazałeś zamordować Gackta?
Przez chwilę milczał, chyba cokolwiek zaskoczony.
- Dlaczego miałbym robić coś takiego?
- Nie wiem. Jesteś jedynym morderczym bydlakiem, jakiego znam.
- Bardzo mi miło, ale jednak nie. Chociaż jeśli usłyszysz, że ten twój księgowy zginął w wypadku, rozjechany na pasach, czy coś koło tego, to możesz się do mnie zgłosić po sprawozdanie.
Kolejny debil, który uważa, że spotykam się z Rukisławem! Niech mnie skarżą o morderstwa trzy razy dziennie, ale nie to, nie to!
- Słuchaj no, jeśli rozjedziesz tego paszczura, możesz liczyć na moją dozgonną wdzięczność. Jeśli przy okazji wybawisz mnie od sublokatora, napiszę hymn na twoją cześć. A teraz gadaj, o co chodzi, bo nie wierzę, że przejechałam w bagażniku pół miasta po to, żebyś mógł na mnie popatrzeć! Ile planujesz mnie tu trzymać? Godzinę?
- W ogóle nie zaplanowałem, żebyś miała stąd wychodzić.
- Dorabiać klucze? - woźny spojrzał na Rukisława, jak na idiotę. - Nikt tego nie robi!
- Przecież można zabrać ze sobą klucz do domu i oddać do skopiowania - upierał sie Ruki. - Albo, czy ja wiem? Zrobić odcisk klucza.
- Ale z naszymi kluczami nie da się tego zrobić - wyjaśnił woźny. - Nie wiem, do czego to panu potrzebne, ale jeśli już musi pan wiedzieć, to właściciel, zanim wyciagnął kopyta (mówię panu, że ta jego kobieta, ta Honti, go wykończyła!) on kazał sprowadzić specjalne zamki. Dorobienie kluczy do nich jest bardzo trudne i byle kto nie wykona takiej roboty. Poza tym są znaczone.
Ruki wyciagnął swój komplet kluczy od księgowości. Miały grawerowane logo i numery.
- Poza tym jak ktoś zgubi, to udaje, że ma swój klucz, tylko bierze jakiś zapasowy - opowiadał dalej woźny, z wyraźnym wyrzutem. - Prawie wszystkie zapasowe są w obiegu.
Rukisław był pewien, że ma ten sam klucz, który otrzymał od swojego poprzednika... Ale moze ten był już zapasowym?
- Firma nie uzupełnia braków?
- Firma nic nie wie. Policja też o to pytała, ale oni nie rozumieją, upierają się, że to powinno być gdzieś zgłaszane, jak giną klucze. Ale to nie tak działa. Pan wie, że za utracenie klucza zwalniają dyscyplinarnie?
- To chyba niemoż... - Ruki przypomniał sobie świętej pamieci właściciela, miłośnika paranoi. - Aha. Naprawdę?
- Tak. Przecież zobowiązanie trzeba podpisać razem z umową!
Rukisław przypomniał sobie niejasno jakieś stosy papierów, które musiał podpisać w chwili zatrudnienia. Chyba było coś takiego, jak protokół przekazania kluczy... Ale taki jest zawsze, w każdej firmie. Nie czytał go wcale.
- Dlatego jak ktoś zgubi swój komplet, to siedzi cicho. Te wszystkie zapasowe komplety już dawno sprzeniewierzyli, podzielili między siebie. A jakby ktoś chciał dorobić choćby sztukę, musiałby stracić robotę, jeszcze byłoby śledztwo i dwa miesiące by trwało, zanim by przyjechali mechanicy od producenta wymienić wszystkie zamki w drzwiach i szafkach... Ponad trzysta zamków w całym biurze. Taka procedura. Policja tego nie rozumie.
Nie, na pewno nie. Ruki mógł sobie wyobrazić minę Kyo, kiedy tego wszystkiego słuchał. Na pewno nie był zachwycony. Prawdopodobnie uważał nas za zgraję wariatów, plotkarzy, złodziei, symulantów i innego śmiecia.
I miał zupełną rację.
Ichigo czuła, że to nie będzie dobry dzień. Trzech lokatorów nie płaciło czynszu. Ta modliszka, Honti, gnębiła ją o zwrot pożyczki. Wstrętna baba, dorobiła się na małżeństwie ze staruszkiem, któego pewnie wykończyła, a teraz pławi się w luksusach... I kto mógł coś takiego przypuścić, kiedy były tylko koleżankami od spotkań w Stokrotce - Ichigo, Honti, Maruk, Neruko, Freja...
Ichigo wzdycha nad dziwnymi kolejami losu.
I nagle traci pantofel.
Obcas zaklinował się w bruku. Chodnik na tyłach Stokrotki pozostawia wiele do życzenia, ale z tej strony miała bliżej do lokalu, zresztą znała się z obsługą i wpuszczali ją tylnym wejściem.
Wredny pantofel utknął w podłożu na mur. Ostrożne próby uwolnienia go bez uszkadzania obuwia spełzły na niczym, w dodatku jedna bosa stopa utrudniała złapanie równowagi.
Zirytowana Ichigo chwyciła w końcu but w obie ręce i szarpnęła z całej siły. Wybrała na to fatalny moment, o czym świadczył choćby ten wrzask chwilę potem...
Obcas ustąpił, Ichigo fikneła do tyłu, aż zarzuciła nogami i wypuściła buta z ręki, a ten przeleciał lotem koszącym nad chodnikiem i trafił w twarz kogoś, kto podobnie jak Ichigo, korzystał z kuchennych drzwi.
- Ała! - wrzasnęła sama Ichigo, która stłukła sobie tyłek, w dodatku trochę się przestraszyła. Wstała zaraz, z trudem złapała równowagę i odwróciła się, przekonana, że wybiła oko znajomemu.
Ale facet nie był znajomy. No, może trochę. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, Maruko wskazała go w tłumie i powiedziała: "Widzisz? To Hide. Encyklopedyczny przykład paszczura!"
Rzeczywiscie miał trójkątny, szczurzy pysk, chociaż teraz Ichigo widziała tylko część, bo resztę Hide zasłonił rekami.
- Wybiłas mi oko! Wybiłaś!!!
Ichigo, która wcale nie znała, a co za tym idzie - nie lubiła typa, w dodatku nie lubiła się do niczego przyznawać, zaprzeczyła dla zasady:
- Wcale nie.
- Jak to? - odjął ręce od facjaty i chociaż mrużył jedno oko, wyglądało na nienaruszone.
- Na przykład tak, jełopie, nie wiesz, po czym poznać, ze masz na miejscu obie gały?! Oddaj mój but!
- Weź go sobie!
- Wisi ci na portkach - żachnęła się Ichigo.
Hide popatrzył w dół, gdzie sprzączka buta zaczepiła się o kieszeń. Odczepił obuwie bardzo, bardzo ostrożnie, trzymając je jak coś obrzydliwego i odrzucił dziewczynie, nie patrząc, czy złapie. Wrócił do pocierania oczu.
- To była napaść!
- Przypadkiem but mi z ręki wyleciał. Nie dramatyzuj.
Ichigo uświadomiła sobie, jak głupio to brzmi - stałam sobie na drodze, but miałam w ręce, tak sobie wyleciał...
W dodatku pamiętała wszystkie moje demonizujące opowieści o Hide - facet z zewnątrz, podrzucony przez prezesa, kukułcze jajo, spoza zespołu, w dodatku paszczur. Odstrzelić bez żalu. Niechęć prawie zmaterializowała się w powietrzu.
A ten debil jednym okiem mierzył ją wzrokiem od stóp do głów - zresztą nie jest to imponująca odległość.
- Co się gapisz?!
- Czy ja pani gdzieś nie...
I w tej chwili oberwał drzwiami i poleciał na pysk, z braku czegokolwiek chwytając za kieckę Ichigo.
W drzwiach pojawił się zaintrygowany Miyavi.
- Hej, ktoś krzyczał?
Spojrzał... I na chwilę zamarł, zafascynowany. Ichigo z pasją okładała po głowie wijącego się Hide. Butem. Niejaki nieład w ubiorze rozgniewanej dziewczyny dawał dużo do myślenia. Szybko przeszła do szarpania za włosy.
- Przepraszam, co pani robi? - zainteresował się Miyavi, wycierając ręce w fartuch. Człowiek całe życie spędza w tej przekletej kuchni, ale na co sie czasem napatrzy... Powinien pomóc zaatakowanemu facetowi. Dyrektor, ważny klient, przyszedł złożyć jakieś poważne zamówienie. Ale Miyavi rozpoznawał już objawy u Ichigo - ten wzrok, te niepowtarzalne inwektywy i nieskończona inwencja [przeszła do szarpania włosów, zaraz będzie drapanie twarzy paznokciami, a później jeszcze zęby...], no więc lepiej sie nie narażać.
- Zawołam kogoś na pomoc! - oznajmił uczynnie Miyavi i zniknął w kuchni.
Ciekawe, czy komuś już świta, kto zabił?
Dogadaj Marukowi, dołącz do 9 odważnych *kusiciel*
O tych ♂♀ skomplikowanych sprawach, no wiesz...
Spróbowałam ocenić, ile już podobnego badziewia w życiu wyprodukowałam. Ale chęci do samokrytyki szybko we mnie zdechły, gdy uświadomiłam sobie, ile trzeba zmarnować dobrego papieru, żeby wydrukować tylko te kilka notek, jakie wrzuciłam do dziś na JRXC [ekshumowane].
Wiecie, to na swój sposób przerażające. Te wszystkie pierdoły siedzą w mojej głowie? Nic dziwnego, że nie zostało nic miejsca na mózg.
No dobrze, mamy w kuchni parę zakrwawionych rękawiczek. Moich własnych. To jeszcze nie powód, żeby popadać w paranoję.
Uspokoiłam się nieco. W końcu czego się spodziewałam, kiedy ktoś usilnie stara się mnie wrobić? To aż dziwne, że sztylet pozostawił łaskawie pod mostkiem Gackta, zamiast zwyczajnie podrzucić go do mojej szuflady na sztućce. Jedna myśl nawiedziła mnie natychmiast i zauważyła, jak swobodnie ta świnia sobie poczyna w moim mieszkaniu. Czyżby miała klucz? A może zna mnie tak dobrze, że wie o wypaczonym oknie w dużym pokoju, które można otworzyć jednym szarpnięciem - jeśli już ktoś opanuje chodzenie po całkiem pionowych ścianach. Stałam jeszcze chwilę w milczeniu, zaskoczona własną bystrością. Czy nie powinnam się wściekle zirytować, zakrztusić własną śliną, czy ja w końcu wiem - zionąć ogniem? To były bardzo ładne rękawiczki. Jedyne do granatowego kapelusza.
- Wezwałeś policję? - spytałam.
Uruha spojrzał na mnie jak na wariatkę, czyli mniej więcej tak, jak zwykle.
- Przecież to twoje!
- Tak. Ale widzisz, jeśli spróbuję je zniszczyć, to pewnie i tak znajdą jakiś ślad, czy coś, a wtedy głupio będzie im tłumaczyć, dlaczego musiałam zniszczyć parę takich ładnych rękawiczek.
- Przecież to dowód!
- I bardzo dobrze. To jest właśnie to, co interesuje policję - dowody. Czekałeś do rana, żeby mi je pokazać?
- Myślałem, że... kogoś...
Zastanowił się.
Że ja kogoś zabiłam. Jasne. Prawie widziałam, jak obraca sobie to zdanie w głowie. No, że mogłam to zrobić, to pewnie by się zgodził. Nawet że byłam dość głupia, żeby trzymać dowód w kuchni. Ale żeby zniszczyć parę skórzanych rękawiczek, tych od granatowego kapelusza? Nie ma mowy.
- To co one tu robią?
- Nie wiem. Może zgubiłeś klucz?
- Nie.
- Też nie.
Na moment zapadła pełna namysłu cisza.
- Przez okno?
- A widziałeś kogoś, kto potrafiłby wejść po tej ścianie?
Znowu chwila ciszy.
- Naprawdę wezwiesz policję? Przewrócą wszystko do góry nogami.
- A co, chcesz to sam sprzątać? To znaczy, jeśli nie boisz się niczym zarazić...
- A czyja to krew?
- Gackta.
- Nie tknę tego nigdy w życiu. Mógłbym się skaleczyć, czy coś...
- Właśnie.
- Wiesz co? Wezwij tę policję.
Doczekałam się połączenia z aspirantem i uprzejmie przekazałam, co następuje:
- Dzień dobry. To znaczy tak się mówi, chociaż formalnie mamy noc. W mojej kuchni leży para rękawiczek, w których popełniono morderstwo. Czy ktoś byłby tak miły i je stąd zabrał?
Aspirant odpowiedział dopiero po dłuższej chwili, głosem podejrzanie spokojnym:
- Skąd pani wie?
- Zobaczyłam je w kuchni! A skąd mogłabym wiedzieć?
- Miałem na myśli: skąd pani wie, że to w nich dokonano morderstwa.
- Należą do głównej podejrzanej.
- Aha. Więc zna pani osobę podejrzaną o popełnienie morderstwa? Kim ona jest?
- Tak. To ja.
- Słucham?
- Jestem podejrzana. I mam w domu swoje rękawiczki. Są trochę pokrwawione, wie pan, jak to jest. Ale widzi pan, ja jestem niewinna i ten element garderoby w pobliżu zlewu naprawdę działa mi na nerwy. Nie chciałabym sama tego sprzątać, to krew naszego prezesa, a on się szlajał i w ogóle. Ktoś mi je podrzucił.
- Ktoś pani podrzucił jej własne rękawiczki?
- Tak.
- Eee... Czy może pani podać adres?
Ratatat
Mirando
Sąsiedzi zawsze lubili na mnie kablować do administracji i nie wątpiłam, że dziś nastało dla nich święto lasu. Pod dom zajechał radiowóz. Spodziewałam się samych płotkowatych funkcjonariuszy, ale widać moje wygłupy zwróciły uwagę kogo trzeba, bo do drzwi zapukał Kyo we własnej osobie i w towarzystwie Shinyi.
Rozejrzałam się po mieszkaniu...
Słodka Mamono...
- Uruha - warknęłam, zatrzymując się z ręką na klamce. - Dlaczego tu jest taki syf?!
- Masz na myśli twoje szmaty w kuchni, twoje szmaty w pokoju, czy te... aha, też twoje szmaty w łazience?
- NIE! MAM NA MYSLI TEN OGÓLNIE POJĘTY BURDEL! Jestem prawie pewna, że przed chwilą deptałam po twoim portfelu!
- Nie przejmuj się i tak jest pusty.
Nie było rady, Kyo dobijał się do drzwi, sama jakby go wezwałam i dłuższe przetrzymywanie go na schodach około piątej rano mogło się zakończyć reakcyjnym zapudłowaniem. Nawet przez wizjer widać było, że koleś jest wkurzony i niewyspany.
- Czy pani się wygłupia? - zapytał na powitanie. Wleźli do mieszkania bez zbędnych zaproszeń, przez co zmuszona byłam upchać się pod wieszakiem.
- Ja się nigdy nie wygłupiam - odpowiedziałam, ryzykując rażenie gromem o świcie. - W kuchni leżą moje rękawiczki!
- To takie straszne?
- Całe we krwi.
- Aha.
Przeszli za mną do kuchni, potykając się o moją i Uruhy garderobę, tudzież o drobniejsze sprzęty domowe, porozrzucane pod nogami.
- Tam - wskazałam straszliwe znalezisko i usunęłam się na bok. W kuchni było ciasno, więc Uruha mógł tylko zaglądać przez drzwi [zresztą od lat nieobecne]. Miałam nieodpartą chęć pociągnąć go za te rude kłaki, ale to raczej nie poprawiłoby mojego wizerunku w oczach policji.
- Ktoś tego dotykał?
- Er... ja nie.
Kyo odwrócił się do Uruhy.
- A pan?
- Podniosłem je.
- Fuuj...
- Zamknij się, Maruk!
- Proszę spokojnie. - Kyo spoglądał podejrzliwie to na mnie, to na Uruhę. - A pan to...?
- Mieszkam tutaj. To moje mieszkanie.
- A pani jest...
- Też tutaj mieszka i to też jest jej mieszkanie.
- My sami tego nie rozumiemy. - wtrąciłam szybko. - Ale on nie jest moim narzeczonym, ani nikim takim. Nawet się nie lubimy.
- Nic takiego nie sugerowałem - zapewnił Kyo. - A teraz, jeśli można, mam do pani jedno pytanie.
- Acha?
- Dlaczego nas pani wezwała?
Nieświadomy wszystkich nocnych wydarzeń Rukisław przyszedł do pracy skacowany i lekko spóźniony. Już po wyjściu z windy zauważył, że kac w dniu dzisiejszym nie jest wielkim wykroczeniem. W biurze brakowało połowy personelu, a nawet ci, którzy raczyli przyjść, zajmowali się szemraniem po kątach i pochłanianiem litrów kawy.
Biurka moje i Freji przetrząsał naspokojniej w świecie jakiś facet. Pod drzwiami sekretariatu stał policjant.
Ruki otrząsnął się z pierwszego wrażenia, odrzucił możliwość, że pomylił piętra i ruszył do księgowości, po drodze zdejmując płaszcz. Dopuszczał jeszcze możliwość, że zwyczajnie śpi, śniac wyjątkowo realistyczny sen. Po imprezie czasem się zdarza.
W księgowości [trzy wygodnie odizolowane od otoczenia pokoje] zebrało się kilka osób. Pash, Nakashima z recepcji, Neruko i Menti z kadr, stenotypistka Hamasaki i niedobitki księgowości w osobach Shou, Nobary i Laya, który właściwie nie uczestniczył w konwersacji, tylko obżerał się ciastem.
- ...bo to prawdziwa modliszka - nawijała Pash, siedząc elegancko na cudzym biurku. - Polowała w tym biurze na wszystko, co nosi spodnie, naprawdę. Pewnie wdzięczyła się do tego nadinspektora-paszczura... Cześć, Ruki! ...no i on zaraz zaczął szukać innego sprawcy! A na początku sam uważał, że to Maruko!
- Nie, on tylko słuchał, kiedy mu mówiłaś, że to Maruko - wtrąciła jadowicie Menti. - Wcale nie wiesz, co sobie naprawdę myslał.
- To chyba nie jest zupełnie tak, że ona poluje? - zauważyła Nakashima, specjalistka w tej dziedzinie. Przeglądała sie w lusterku.
- Opędza się - poparła ją Menti. - To bardziej odpowiednie słowo.
- Modliszka! - upierała się Pash. - Zobaczycie jeszcze, jaka z niej niewinność, kiedy już zawiśnie!
- A ty ją pewnie osobiście wprowadzisz na szafot? - spytała jadowicie Neruko.
Pash rozłożyła ręce w geście bezradności wobec tylu przejawów głupoty. I przewróciła oczami.
- Nie wywracaj gałami - warknął Shou, który mnie wcale nie lubił, ale Pash serdecznie nienawidził i tym samym starannie odpracowywał obowiązki mojego największego zwolennika. Pash szlag trafiał, bo wielbiła Shou od stóp po same końce włosów.
- Przepraszam, czy wszyscy piliście coś dzisiaj? - zainteresował się uprzejmie Ruki.
- Kawę...
- Maruko zamordowała nam Gacia! - oznajmiła Pash z satysfakcją.
- Co?
- Zejdź z tej Maruko! - żachnęła się Hamasaki. - Prezes nam kopnął w kalendarz, ot co!
- Ktoś go zadźgał w gabinecie Hide. Ale dyrektora już nie było.
Ruki przemyślał sobie tę informację.
- A Mana?
- Mana nic nie słyszała. W ogóle to teraz uważają, że ktoś go najpierw zabił i dopiero tam zatargał. Teraz sprawdzają schody. Ale po schodach biega tylko Maruko!
- Zabiła go nożem do poczty - zachichotała nagle Nobara. - Mówcie sobie co chcecie, ale jak usłyszałam, że ktoś zadźgał tym Gacia, od razu pomyslałam: Maruko!
Nie wiadomo dlaczego pozostałych ogarnęła podobna nerwowa wesołość.
- Ale policja tak nie mysli? - spytał Ruki, dziwnie ponury.
- Ach, oni nie znają Maruko!
- Właśnie. Pamiętacie jak rzucała tym nożem w Sanakę?
- Ruki, nie krzyw się, prawie zmiażdżyła cię szafą!
Ruki nie odpowiedział.
- Albo wtedy, kiedy zabrała klucze z puszki i z Freją zamknęły Manę na noc!
- Przecież Mana ma swoje klucze?
- Właśnie nie wiem, ale przecież przyjechałem rano i ona tam tkwiła w środku! Ty tego nie pamiętasz, to było dwa lata temu. Maruko zwinęła te klucze i zamknęła drzwi, właśnie tak samo powiedziała, że stara wiedźma ma swoje klucze i wyjdzie. Ale rano okazało się, że siedziała w biurze całą noc!
- Nie wyobrażam sobie, w jakim stanie wyszła...
Ruki pamiętał. Był wtedy nowy. Kochana, zawsze pomocna koleżanka Maruko podała mu wtedy klucz "z puszki". Z bardzo niewinnym wyrazem twarzy. I poprosiła o otwarcie drzwi...
Trudno zapomnieć coś takiego, jak wściekła Mana, która w dodatku miała jakieś 12 godzin, żeby się porządnie rozkręcić.
- To Maruko zamknęła drzwi... - powiedział wolno Ruki jakby do siebie.
Nie zwracali na niego uwagi.
- ...wszyscy jak zwykle wiedzieli, nie? To jest najlepsze, że jak wymyśli jakiś numer, wszyscy wiedza oprócz... no, ofiary. Nakashima popłakała się ze śmiechu, kiedy on przechodził i jeszcze opowiadał, jaki to będzie wspaniały interes...
To Ruki też pamietał doskonale. Maruko, Menti i Nobara dzwoniły do Świni w sprawie jakiegoś fantastycznego projektu, podając się za konsorcjum, z którym akurat współpracowała konkurencja. Świnia, który zawsze obwieszczał wszem i wobec swoje sukcesy, również tym razem nie powstrzymał się od przechwałek. To było takie głupie... Ale wszyscy pokładali się ze śmiechu, kiedy Świnia paradował w nowym płaszczu do wyjścia, by udać się na wiekopomne spotkanie biznesowe... Które ze zrozumiałych przyczyn się nie odbyło. Do dziś tajemnicą pozostało, jak kierownik nie był w stanie rozpoznać głosów swoich bodajże najdłużej pracujących podwładnych.
- Albo kiedy wypisała na tablicy listę swoich przyszłych ofiar?
- Aaa, to! - Nobara aż przymknęła oczy. - Trzy lata temu. To było w dzień po tym, jak napluła Sanace do kawy, nie? Kto już wtedy był? Ja, Menti, Maruko... Freja jeszcze nie. Lay! - Lay prawie sie udławił. - No i Świnia, ale nie był kierownikiem. Kto był...?
- Hide - podpowiedziała Menti.
- Tak! I Sanaka. No, ale dość, że jak się pożarła z Hide, rozumiecie, to weszła na krzesło i na tablicy wypisała listę... Czekajcie, będzie chyba z cztery osoby.
- Hide, Sanaka, Gackt i jakiś ex.
- Nie, czekaj, ona go nazywa Były Niedoszły Numer Dwa.
- Kto był pierwszy?
- Nie mam pojęcia. Ale ten drugi to jakiś przekręt. Aoi, czy coś koło tego, chyba siedział wtedy w pudle.
- No dobra, niech ci będzie - Nobara machnęła ręką. - Tej tablicy już nie ma, ale wisiała nad biurkiem Hamasaki. Hide wchodzi i staje jak wryty. Wszyscy udajemy, że nic nie widzimy, nie? Tylko Maruko zaczeła się trząść, bo ona to się zawsze pierwsza zacznie śmiać. Hide pyta co to, a Maruko na to...
Menti, Nobara i Lay, który ledwo zdążył przełknąć, zacytowali chórem:
Marukowa Samouaktualniająca Się Lista Paszczurów Do Odstrzału!

A tak. Wspominanie w złą godzinę może poskutkować nagłym zjawieniem się takiego paszczura. Co zresztą, ponieważ Los mnie nie cierpi, będzie zupełnie naturalne. I nie do końca przypadkowe.
Czyli wkrótce spodziewajcie się najazdu Aoiego, Reity-Bez-Nosa, Yuany z pakietem donosów i... A tak. Owszem. Miyaviego i 4ge. Bez nich to już nie byłoby to samo, ne?
Jeszcze jakieś pół roku bez snu i zacznę pisać wierszem :/
Dogadaj Marukowi, dołącz do 7 odważnych *kusiciel*